środa, 17 stycznia 2018

451. Gorące słońce Casablanki…

Chociaż jeden z najsłynniejszych filmów świata zatytułowany Casablanca spopularyzował nazwę tego miasta, żadna z jego scen nie została tam nakręcona. Sukces filmu przeszedł do historii, a nazwa wyparła rodzimą – Ad-Dar al-Bajda. Dziwne to miasto – z jednej strony bardzo stare (pierwsza osada o nazwie Anfa powstała tutaj w VII wieku), a z drugiej – bardzo nowoczesne.


Przez wieki było to miasto portowe (w XV w. nawet siedziba piratów!), opanowane od XVI do XVII w. przez Portugalczyków, którzy nazwali to miejsce Białym Domem (Casą Blancą). Ich panowanie skończyło się wraz z wielkim, katastrofalnym w skutkach trzęsieniem ziemi. Odbudowa i rozwój odbywały się bardzo wolno i dopiero ustanowienie protektoratu francuskiego w 1912 roku dało początek gwałtownemu rozkwitowi miasta, które po odzyskaniu niepodległości stało się największą metropolią Maroka (większą od samej stolicy) i całej północnej Afryki.




Bez wątpienia największą atrakcją Casablanki jest przepiękny, imponujących rozmiarów meczet wybudowany na życzenie króla Hassana II.






Wzniesiony na styku trzech żywiołów – ziemi, powietrza i wody – stanął nad brzegiem Atlantyku, częściowo na sztucznym półwyspie o powierzchni 12 hektarów. W niektórych miejscach przez oszklone fragmenty podłogi można zobaczyć wodę, a kontakt z powietrzem zapewnia rozsuwany dach. Jest to trzecia pod względem wielkości budowla sakralna na świecie. Mieści w swym wnętrzu 25 000 osób. Najwyższy na świecie minaret ma wysokość 210 m.




Do budowy ukończonego w 1993 r. obiektu zostały użyte najdroższe materiały najlepszej jakości: szkło, marmur i drewno cedrowe. Olśniewający przepych wnętrza zapiera dech i odbiera mowę.














Otwierany dach z drewna cedrowego

Po wejściu do meczetu należy, oczywiście, zdjąć buty, kobiety-niemuzułmanki muszą mieć szale, którymi okryją głowę. Pomna na doświadczenie palestyńskie, kiedy to paradowałam po meczecie w bluzce na głowie zawiązanej pod szyją rękawami, miałam ze sobą odpowiednie wyposażenie, co i tak nie ochroniło mnie przed debilnym wyglądem. W pomarańczowej bluzce...


i jaskrawozielonej szmacie na głowie...


boso i z butami w reklamówce musiałam wyglądać jak siódme dziecko stróża. Nic mnie to zresztą nie obeszło – zafascynowana wspaniałością tego miejsca, nie zważałam już na nic, tylko chłonęłam wrażenia.

Sale ablucji mieszczące się w dolnej kondygnacji



Hammam (łaźnia)


Wszędzie te cudne mozaiki i arabeski...







poniedziałek, 8 stycznia 2018

450. ...

Wczoraj umarła część mojego serca, wyszarpnięta brutalnie, bez ostrzeżenia.
Ból jest nie do zniesienia.
Nie wiem, czy i kiedy zacznie się goić.

niedziela, 7 stycznia 2018

449. Jak zrobić krzywdę książce?

Odpowiedź na pytanie postawione w tytule brzmi: w krótkim czasie uczynić ją okrzyczaną. Nie wiem, jak w innych ludziach, ale we mnie zataczająca szerokie kręgi sława pojawiającego się na rynku tytułu budzi od razu podejrzenia i wewnętrzny sprzeciw. Im głośniej o czymś, tym większa moja niechęć. Czy bierze się ona z jakiejś wewnętrznej przekory, będącej moją indywidualną cechą, czy też z awersji do nachalnej reklamy i propagowania wszelkich mód – nie wiem. Dość, że zapewne nie jestem w tym odosobniona, bo ludzie są różni, ale nie aż tak bardzo. W jednych budzi się ciekawość, w drugich uprzedzenie.
W ten sposób z uporem maniaka długo i skutecznie uchylałam się od przeczytania paru fajnych książek, a o tym, że jednak warto, przekonałam się dopiero wtedy, gdy dotarły do mnie informacje zasłyszane od osób, których zdanie w tej materii jest dla mnie wiarygodne. Pożałowałam wówczas tak długo stawianego oporu, bo okazało się, że przeczytanie niektórych osławionych tytułów dostarczyło mi przyjemności. Stąd bierze się moje przekonanie, że dobra książka obrobi się sama, a trąbienie o niej na cztery strony świata niepotrzebnie zniechęca potencjalnych czytelników wyposażonych w charakterki podobne do mojego.
Moją rezerwę potęguje fakt, że szeroka reklama nie jest tożsama z jakością promowanej książki. Sztandarowym przykładem są dla mnie megawybździny i supergnioty gigantycznego kalibru głośne powieści Malowany ptak Jerzego Kosińskiego i Chata Williama Paula Younga. Po dziesiątkach peanów na ich cześć moje skonfundowanie sięgnęło zenitu i Malowanym ptakiem usiłowałam onegdaj zabić Tobołkową, a po Chacie chciałam zrezygnować z posiadania Internetu, żeby już nigdy nic głupiego nie strzeliło mi do głowy.
Przez to wszystko, niestety, mój stosunek do „książki okrzyczanej” nie uległ zmianie na lepsze.

środa, 3 stycznia 2018

448. Początek (II)

Grudniową nocą w 1968 roku, o godzinie 105, przyszłam na świat jako niebieskooka, duża, czterokilogramowa i zapewne różowa dziewczynka. Ciekawe, jaka była wówczas zima. Mroźna? Śnieżna? Mama wspominała, że pod koniec ciąży nie dopinała już płaszcza, dlatego nosiła długi, ciepły szalik, który zakrywał lukę. Odrzucało ją od wszelkich woni i miała nieprzepartą ochotę na wszystek nabiał, zupełnie jak ja dwadzieścia osiem lat później.

Mama na trzy miesiące przed moim urodzeniem w kuchni przy O. S.
Miała wówczas dokładnie tyle samo lat, co moja córka dzisiaj.
Przez dwa dni męczyła się, nie mogąc urodzić, a lekarze, jak zwykle, czekali nie wiadomo na co. Po dwóch dobach, na mocy cesarskiego cięcia, zaszczyciłam wszechświat swoją obecnością. Mama nie mogła zdecydować się, jak mnie nazwać po tym, jak dziadek Roman ofuknął ją, że Tamara i Tatiana to obce, „ruskie” imiona. Proponował ponoć Lucynę i Urszulę, ale – ku mojej dzisiejszej uldze – nie spodobało się. Z pomocą mamie przyszło radio, które dzień w dzień rozbrzmiewało przebojem Trubadurów.

Tato i dwumiesięczna ja

Mama i dwumiesięczna ja
Podobno przez siedem pierwszych miesięcy mieszkałam z mamą przy S. Jako świeżo upieczona matka po cesarce, korzystała zapewne z pomocy babci.

Z mamą w mieszkaniu przy S.

To ja w wieku dwóch miesięcy - rozpoznaję rękę babci Danusi

Mama i ja

Już w wieku dwóch miesięcy miałam wyraźną skłonność do refleksji
Rzecz jasna, byłam zbyt mała, żeby pamiętać cokolwiek z tamtego okresu. Jakoś nigdy nie pytałam, jak to było. Czy mieszkała ze mną i z ciocią Basią – młodszą o niespełna cztery lata siostrą – w jednym pokoju? Czy może siedemnastoletnia wówczas ciocia mieszkała z babcią i dziadkiem – swoimi rodzicami?
Po upływie kilku miesięcy przeprowadziłyśmy się do internatu – tego dziwnego, magicznego domu, który do końca życia będę wspominać jak najpiękniejszą Arkadię.

niedziela, 31 grudnia 2017

447. Tajemnice marrakeskiej medyny – Plac Cudów

Sercem miasta i najsłynniejszym w Maroku (a jak twierdzą niektórzy – nawet i na świecie) placem miejskim jest wpisany w 2001 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO Dżemaa el-Fna, czyli Plac Cudów.


Służył niegdyś jako targ niewolników, miejsce egzekucji, ośrodek ruchu hippisowskiego, rynek zbożowy. Z dawien dawna „przechowały się” tutaj tradycje dawnego Maroka. Słynni zaklinacze węży demonstrują tu umiejętności swoich podopiecznych, gawędziarze opowiadają tradycyjne bajki, baśnie i historie, domorośli dentyści jednym wprawnym ruchem wyrywają zęby za pomocą obcęgów i przykładają coś, po czym nie krwawi dziąsło, a uśmiechnięci pacjenci przymierzają protezy wygrzebane ze stosów leżących na stołach i odchodzą zadowoleni do domów. Kuglarze pokazują sztuczki, akrobaci, muzykanci i tancerze demonstrują swój kunszt, malarze henną, połykacze ognia, sprzedawcy wody, szamani, wróżbici i znachorzy pracują bez wytchnienia.


Biała spódnica moja, kolorowa - Letniej

Te kobry chyba... bały się nas, zamiast odwrotnie
Jednym z „cudów” (wątpliwego autoramentu), jakie dokonują się na placu, jest sprytne podszczypywanie lub poklepywanie po pupach białych kobiet. Nigdy nie wiadomo, czyja ręka to zrobiła, tak szybko się to dzieje. Podobno istnieją turystki, które składają w biurach podróży reklamacje, ponieważ nie zostały klepnięte. Mam na ten temat swoją własną teorię: najwidoczniej są w oczach tubylców skrajnie nieatrakcyjne – za chude.
Niewątpliwą zaletą Placu Cudów są stoiska, przy których można wypić świeżo wyciśnięty sok z owoców. W tym klimacie nie istnieje nic lepszego.


Plac ożywa jeszcze bardziej wraz z nastaniem zmierzchu. Zapamiętałam, że dokonuje się to w sposób dziwnie gwałtowny, jakby z pominięciem powolnego szarzenia. W jednej chwili jest jasno, a w następnej już ciemno. Zwróciliśmy na to zjawisko uwagę, bo było szalenie zaskakujące. Tłum na Placu wówczas gęstnieje, a powietrze zasnuwa się dymami. Dziesiątki, o ile nie setki straganów z jedzeniem pojawiają się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jedni gotują, grillują, pieką i smażą, drudzy kupują, jedzą i do późna słuchają muzyki wykonywanej na tradycyjnych instrumentach ghajtaud. Nad Placem góruje oświetlona wieża meczetu Al-Kutubijja.





Nie skorzystaliśmy z egzotycznych jadłodajni na świeżym powietrzu. Kolację zjedliśmy w restauracji, gdzie zaserwowano nam tradycyjny tadżin i pokaz marokańskich tańców.










Największe wrażenie wywarł na mnie występ niemłodej już, ale jakże zwinnej tancerki, która dokonywała rozlicznych akrobacji, kładła się na podłodze, wstawała, robiła szpagaty i inne figury, mając na głowie tacę z zapalonymi świecami i czajnikiem ze zwyczajową herbatą miętową. 






Podejrzewaliśmy, że pewnie są one przyklejone do podłoża, ale tancerka zademonstrowała na koniec, że każda z tych części stała „luzem”. Taca również nie była przymocowana do głowy.
Po kolacji wróciliśmy na noc do hotelu, który podobał mi się sam w sobie ze względu na egzotyczny wystrój.






Zauważyłam, że jakąś lokalną specjalnością jest malowanie drzwi – nawet te od windy zostały ukwiecone.

Drzwi do wc
Drzwi do windy