piątek, 17 sierpnia 2018

485. Wspomnienie dla ochłody


Zima pojawiała się pewnego dnia za oknami, nieodmiennie kojarząc mi się z ulubionym sosem koperkowym do jajek na twardo. Rzadkie, szarozielone trawki wystające spod cienkiej warstwy pierwszego śniegu wyglądały łudząco podobnie do kawałeczków posiekanego koperku w gęstej, śmietanowej zawiesinie. Uwielbiałam patrzeć na padający śnieg. Stojąc przy oknie w kuchni, zadzierałam głowę i patrzyłam w górę. Na tle bladego, zimowego nieba wirujące płatki wyglądały jak szarawy popiół. Gdy wychodziłam z domu, wnikliwie oglądałam śniegowe gwiazdki osiadające na szaliku i rękawiczkach. Podziwiałam ich misterne, filigranowe kształty i dziwiłam się, jak szybko znikają. Był to czas, gdy lubiło się zimę, bo niosła tyle wspaniałych atrakcji: śnieg, lodowisko, sanki, Mikołaja, urodziny, ferie zimowe... Nie myślałam wtedy o tym, że na ulicach jest ślisko i niebezpiecznie, że ludzie łamią ręce i nogi, nie przeszkadzały mi grube ubrania ani przemakające rękawiczki i buty. Nie wracałam ze szkoły prosto do domu, lecz razem z rozwrzeszczaną dzieciarnią spędzałam kolejne godziny, jeżdżąc na butach po prowizorycznej ślizgawce urządzonej gdzieś na chodniku przed szkołą. Nierzadko wpadałam do domu zgrzana, zdyszana, z zaczerwienionymi od mrozu i ruchu policzkami, na które mówiłam „buły”, w porozpinanej kurtce, narażając się na gniew babci i przeziębienie. Po obiedzie cała okoliczna ferajna wylegała na górkę na plantach za internatem. Ta z samego brzegu bulwarów, po prawej stronie (dzisiaj najbliżej Lidla) była najwyższa i najbardziej stroma. Z kolei ta od strony przeciwnej, najłagodniejsza, przecięta alejką, łączyła się z drugą pod wieżowcem. Dzisiaj wszystkie wydają mi się nieprawdopodobnie niskie, nie do zjeżdżania, a przecież to wciąż te same miejsca, nadal okupowane przez dzieci. Na początku chodziłam na sanki z Helą, która biła rekordy cierpliwości wystając godzinami na mrozie, podczas gdy ja nie znałam umiaru. Później, w miarę upływu lat, nie potrzebowałam już opieki. Czasem do zabawy przyłączał się wujek. Wyczyniał wtedy karkołomne ewolucje: fikał koziołki razem z sankami, stawał na głowie i tak zjeżdżał. Osobiście zadowalałam się tradycyjnymi sposobami – zwyczajnie, na siedząco i „na śledzia”, czyli na brzuchu, głową do przodu. Z czasem doszły inne urozmaicenia: bokiem, na plecach głową w dół albo na siedząco, ale za to tyłem. Towarzyszyło temu dyskretne podwyższenie poziomu adrenaliny we krwi.
Z początku jeździłam na moich pierwszych, dziecinnych sankach, które nie nastręczały zbyt wielu możliwości, ponieważ miały dość głębokie oparcie, a w przedniej części uskok i nisko położone szczebelki pod nogi, jakby podłogę. Trudno więc było nawet nimi kierować, bo ze względu na oparcie nie dało się położyć nóg po bokach, na płozach. Któregoś roku zastałam prezenty od Mikołaja ułożone na środku pokoju na pięknych, dużych, „dorosłych” sankach. Od tej pory mogłam szaleć. Pamiętam, jak pewnego razu wybrałam na miejsce do zjeżdżania mniej więcej środkową część górki ciągnącej się wzdłuż tyłów internatu, dokładnie naprzeciw szachownicy obsadzonej ozdobnymi krzewami, tonącymi wówczas do połowy wysokości w śniegu. Sądziłam, że do nich nie dojadę, jednak źle to sobie obliczyłam.
Rozpędzone sanki wbiły się w ośnieżone chaszcze, a ja wyleciałam głową do przodu jak z procy, lądując w puchowej zaspie. Oczywiście nic mi się nie stało, choć poczułam się mocno zaskoczona. Prawdziwa frajda zaczynała się wraz z rozpoczęciem ferii zimowych. Czas płynął wtedy jakoś inaczej, dużo wolniej niż dziś i dotyczyło to również czasu wolnego od szkoły, który rozciągał się w prawdziwą, pełną nieskrępowanej swobody wieczność. Był jak jakaś odrębna, szczęśliwa era. Najlepsze było to, że na cały ten czas przyjeżdżała do swoich dziadków Joa. Przy niesprzyjających warunkach pogodowych bawiłyśmy się zawzięcie w domu, kłócąc się i godząc przynajmniej raz dziennie. Zazwyczaj jednak przepadałyśmy na całe dnie na górce albo na lodowisku urządzonym tuż przed naszymi oknami, na szkolnych boiskach przed internatem. W domu zjawiałyśmy się tylko na chwilę, na obiad, gdy wołały babcie, a drugi raz wieczorem. Nasze buty i rękawiczki wciąż lądowały na kaloryferach, zwłaszcza wtedy, gdy wybierałyśmy dzień na śniegu.
Zimy w tamtych czasach były mroźne i śnieżne, dlatego nieraz codziennie od nowa trzeba było przecierać szlaki dla sanek, które grzęzły w świeżym śniegu. Cała dzieciarnia rzucała się na górki, często gęsto odśnieżając trasę własnymi ciałami. Kładliśmy się po prostu na szczycie górki bokiem i spychaliśmy sobą śnieg aż do samego dołu. Niektórzy robili to za pomocą sanek ustawionych w poprzek, ale śnieg przesypywał się przez płozy. Gdy mieliśmy ochotę na dodatkowe atrakcje, ze zwałów śniegu usypywaliśmy na dole „skocznię”, czyli pagórek, na który wjeżdżało się z impetem i lądowało kawałek dalej. Trzeba przyznać, że sanki robiono wówczas nader solidne – wytrzymywały to wszystko nad podziw dobrze. Tylko blaszane okucia na płozach rdzewiały i przecierały się czasem, ale i na to znajdowała się rada: tato zdejmował je i z metalowej taśmy robił nowe. Smarował je woskową świeczką, pewnie dla zabezpieczenia przed korodowaniem, ale dla mnie to miało inne znaczenie – nawoskowane lepiej niosły, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Ferie zimowe miały i tę zaletę, że uczniowie rozjeżdżali się do swoich domów, internat pustoszał, a wraz z nim lodowisko, które pozostawało do naszej wyłącznej dyspozycji. Mama wypożyczała z uczelni łyżwy, czasami dla całej rodziny i bywało, że późnym popołudniem na lód wychodzili dorośli. Pamiętam rodzinną eskapadę na lodowisko, które w jednym roku zostało urządzone na boisku do koszykówki. Byłam wtedy dość mała, bo zamiast figurówek używałam jeszcze przypinanych do butów skórzanymi paskami dziecinnych łyżew saneczkowych o podwójnych płozach. Ciocia B. nie była wtedy jeszcze żoną wujka. Było ich czworo i ja. Jeździliśmy wieczorem w świetle latarni po niezbyt dużej powierzchni (najlepsze lodowiska powstawały na dużym boisku do piłki nożnej), dopóki nie przewrócił się ktoś z dorosłych. Na niego poleciała kolejna osoba, która nie zdążyła wyhamować, a na kotłujący się kłąb – trzecia. Zrobiło się jak w „Rzepce” Tuwima:
Aż wstyd powiedzieć,
co było dalej!
Wszyscy na siebie
poupadali [...].
Nie pamiętam, w jakiej konfiguracji się to odbyło i czy przewróciła się tylko trójka, czy też wszyscy czworo, ale wśród poszkodowanych była na pewno mama. Śmiali się wszyscy. Tym, kto na pewno się nie przewrócił, byłam ja. Na łyżwach saneczkowych nie dało się ani przesadnie szarżować (prawdę mówiąc, nie można było się nawet dobrze rozpędzić), ani przewracać. W moich wspomnieniach utrwaliła się atmosfera beztroski i śmiechu, które wypełniły tamten wieczór i wiele jemu podobnych.
Na lodowisku potrafiłam spędzać całe dnie. Czasem jeździłam sama, czasem byłyśmy na lodowisku we dwie z Joasią, a czasem przychodził jeszcze ktoś „zza ogródka”, przeważnie z wieżowca. Pewnego dnia usiłowałyśmy z Gośką nauczyć jeździć na łyżwach Roberta – „Rybę”. Chłopak bał się i ledwo utrzymywał równowagę. Gdy zaczął stawiać pierwsze niepewne kroki i podjeżdżać po kawałeczku w przód, robił to zgięty w pół, z rękami prawie przy samej tafli lodu, zapewne po to, żeby – na wszelki wypadek – mieć bliżej do twardego podłoża. Kiedy zaczynał czuć się nieco pewniej, prostował się stopniowo. Byłyśmy trochę okropne i co chwilę któraś z nas wołała w jego kierunku: „Ryba, siad!” Biedak, nie dość, że niepewnie trzymał się na nogach, to jeszcze – zdeprymowany naszymi złośliwymi okrzykami – przewracał się na każde wezwanie. Bóg wie, ile siniaków wyniósł z tego kursu, ale jednak nauczył się w końcu jeździć na tyle, żeby czuć się pewniej.
Mój powrót z lodowiska do domu – i to zaledwie na chwilę – mogło spowodować jedynie stanowcze wezwanie babci na obiad przez okno kuchni. Biegłam wtedy na górę w łyżwach (tych prawdziwych, figurówkach), szłam w nich przez cały korytarz i nie zdejmując ich z nóg siadałam przy stole. Zjadałam obiad pośpiesznie, nic nie robiąc sobie z gderania dziadka, że poprzecinam szare linoleum i tym samym sposobem wracałam na lód. Biegając w łyżwach po korytarzu i po schodach tępiłam je niemiłosiernie, co z kolei denerwowało tatę, który musiał w kółko je ostrzyć. Trzymając łyżwy do góry nogami, ściśnięte między kolanami, operował wielkim pilnikiem i mamrotał pod nosem rozmaite inwektywy pod moim adresem. Gwoli ścisłości – jego burczenia też nie brałam zbyt serio. Swoje musiał odburczeć, ale krzywdy nigdy nie wyrządził.

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

484. Maroko: w akompaniamencie młotków


Zmierzając w kierunku Placu Seffarine, przeszliśmy przez jeden z rozlicznych, barwnych suków pełnych różności, czasem zresztą zdumiewających.



Sterty oliwek o różnych kolorach i smakach regularnie przyprawiały mnie o palpitację serca. W życiu nie jadłam pyszniejszych od tych przyprawionych czosnkiem i zieloną pietruszką albo ostrą, czerwoną harissą z chili i czosnku! Praktycznie przez cały pobyt w Maroku obżerałam się nimi, bezwstydnie nie okazując ani cienia umiaru.


Marokańskie pomarańcze i truskawki biły rekordy słodkości…




…sery przepięknie opakowane w liście palmowe wzbudzały mój zachwyt…


…karczochy i owoce jojoby – zainteresowanie…



…a obrzydliwie kolorowe ciasteczka – niesmak.


Mijając stoiska oferujące do jedzenia rozmaite stworzenia, raczej przyśpieszałam kroku.




Dużo lepiej prezentowała się ekspozycja hidżabów…


…a czajniczki do parzenia herbaty z mięty marokańskiej (skrajnego obrzydlistwa, którym zapijało się moje dziecię) do tego stopnia mnie zachwyciły, że w końcu kupiłam sobie jeden.



Tłoczny Plac Seffarine przywitał nas charakterystycznym hałasem. To rzemieślnicy trudniący się wyrobem metalowych – głównie miedzianych – naczyń, tłuką się młoteczkami, młotkami i młotami od rana do wieczora.






Fez słynie również z bajecznie kolorowych tkanin, zwłaszcza prawdziwych wełnianych dywanów. Tak jak ma to miejsce w wypadku innych gałęzi rzemiosła, również wytwarza się je ręcznie. Wzory, kolory i rozmiary występują w ilościach mogących przyprawić o zawrót głowy. Ceny (dla turystów już nie w dirhamach, a w euro) również.


















czwartek, 19 lipca 2018

483. Jotka, Beethoven i skarpetki


Już dawno wypowiedziałam się na temat blogowych „wyróżnień” wymyślonych tak naprawdę przez nie wiadomo kogo. Ciągną się jak łańcuszki świętego Antoniego przez całą blogerską społeczność na zasadzie „podaj dalej”, zataczając kręgi i powracając.
Wiadomo, że każdy, kto sam pisze, czytuje również inne blogi. I tylko od indywidualnych upodobań zależy, co się komu podoba. Dlatego powtórzę to, co już raz kiedyś napisałam: te nie wiadomo co przedstawiające znaczki, opatrzone w dodatku obcojęzycznymi napisami, przyznawane każdemu przez każdego, nie są wyróżnieniami. No bo jak można czuć się wyróżnionym, kiedy wyróżnieni są wszyscy?
Miarodajna byłaby opinia jury złożonego z profesjonalistów, a nie moje prywatne widzimisię. Powszechnie wiadomo przecież, że jeden lubi Beethovena, a drugi jak mu skarpetki śmierdzą.
Jednak ze względu na OGROMNĄ SYMPATIĘ, jaką darzę JOTKĘ, która w najlepszej wierze nominowała mnie do tej bezsensownej zabawy, wskażę te blogi, które należą do moich ulubionych. Niech te osoby poczują się W PEWNYM SENSIE wyróżnione (w pewnym sensie, bo nie jestem nikim szczególnym, by moje zdanie miało mieć jakąś specjalną wartość).
Zatem moje ulubione:

Jotka, Lidia i PKanalia – za wszechstronność podejmowanej tematyki



Oko i JoAnna – bo uwielbiam ludzi twórczych



Wkraj i Maria Kołodziejczyk – za cudownie pokazywane ślicznych kawałków świata



Ania O. – za całokształt



Iwona Zmyślona i Ismena – za posty starannie przemyślane, ciekawe, podejmujące interesujące tematy



Asmodeusz – za myślenie



Pantera, Iw, Jaga i Iwona B. – bo to moje fajne koleżanki są :)




Sentymentalistka – za uwielbiane przeze mnie opowiadania, które (niestety) chwilowo przestała pisać




niedziela, 15 lipca 2018

482. Dzieciątko Jezus rules!


Produkowane ze ścieków i abortowanych płodów, wywołują autyzm, nowotwory, encefalopatię, padaczkę, ADHD i choroby psychiczne. Taką „wiedzą”, zdobywaną u mocno podejrzanych „autorytetów” w dziedzinie medycyny i farmakologii, nierzadko nie posiadających nawet ani stosownego wykształcenia, ani tytułów, ani uprawnień, kierują się antyszczepionkowcy – ruch o silnej podbudowie religijnej. Ta ostatnia cecha z całą pewnością nie pozostaje bez wpływu na wyjątkową indolencję umysłową antyszczepów, zwłaszcza tych stowarzyszonych w „STOP NOP” (zbieżność z morale i poziomem intelektualnym chazanowców nieprzypadkowa). Są oni godnymi spadkobiercami dziewiętnastowiecznych obskurantystów przekonujących, że szczepionki to znamię apokaliptycznej Bestii, są nieczyste, pod ich wpływem dzieci mogą zamieniać się w zwierzęta, a jako takie nie dostąpią zbawienia.
Niejaka Dorota Czajkowska-Majewska (podobno prof. przed nazwiskiem), od której wybździn odżegnał się nawet KUL, jedna z guru antyszczepów, wsławiła się w ubiegłym roku zajęciem pierwszego miejsca na podium głupoty za pomocą „faktu naukowego” zwalającego z nóg. Otóż „Nanocząsteczki ze szczepionek wbudowują się do błon komórek i wnikają do ich wnętrza. Powstają cyborgi. Umożliwiają zdalne sterowanie aktywnością neuronów”. Dalej pani guru przekonuje, że w konsekwencji takie nanoboty sterują zachowaniami ludzi i zwierząt (bo te też padają ofiarą szczepień), czyniąc z nich bezwolnych niewolników. Nie chcę Was straszyć, ale praktycznie wszyscy macie przekichane. Na pewno byliście szczepieni i sterują Wami nanoboty. Jako i mną. Tylko patrzeć, jak zostaniemy psychotycznymi cyborgami z ADHD, autyzmem i permanentną sraczką.
Ale jest i dobra wiadomość. A otóż do szacownego miasta Rzeszowa, w którym jak do tej pory rządził szatan, o czym pisałam dwa razy (tutu), zawitała nareszcie prawdziwa jutrzenka wolności, że o kaganku oświaty nie wspomnę. Oto w czerwcu odbyła się tutaj konferencja antyszczepionkowców. Trudno odmówić sobie przyjemności przedstawienia jej organizatorów:
- wspomniana wyżej prof. Dorota Czajkowska-Majewska, laureatka nagrody Biologicznej Bzdury Roku 2017, bezprawnie powołująca się na związki „naukowe” z Instytutem Psychiatrii i Neurologii w Warszawie,
- Justyna Socha – agentka ubezpieczeniowa, aktywistka ze „STOP NOP” bez żadnego wykształcenia medycznego,
- Jerzy Jaśkowski – były lekarz z zawieszonym prawem do wykonywania zawodu, autor tak apetycznych kąsków jak twierdzenie, że do poprawy smaku produktów spożywczych dodaje się substancji wyprodukowanych z płodów ludzkich,
- Jerzy Zięba – znachor zalecający leczenie raka witaminą C i powiększanie biustu hipnozą.
Nie będę się rozwodzić nad argumentacją antyszczepionkową, bo mogłoby mi nie wystarczyć życia na kontemplację takiego bezmiaru wiedzy i logiki myślenia. Niech wystarczy fakt, że zacność wymienionej plejady gwiazd oraz doniosłość tematyki konferencji podkreśla argument koronny: „Dzieciątko Jezus nigdy nie było szczepione”!
Tak jest, moi drodzy. To takie genialne w swej prostocie, że aż chce się wyć, że to nie ja na to wpadłam.
Ponieważ zaś Dzieciątko Jezus nigdy nie korzystało z Internetu, smartfona, komputera, samochodu, pasty do zębów, aparatury medycznej ratującej życie (także idiotom!), papieru toaletowego, okularów (ani tym bardziej soczewek), samolotów, wczasów „all inclusive”, a nawet „lewoskrętnej witaminy C”, jestem przekonana, że uczestnicy konferencji pójdą w jego ślady. Także w podtrzymywaniu modelu rodziny 2 + 1, w którym przyszło na świat (choć zdecydowanie bezpieczniejszy społecznie byłby model 1 + 0) oraz w długości życia ograniczonej do 33 lat.
Cieszę się, że do Rzeszowa zawitał promyk oświecenia. Dwa tygodnie później wsparła go kolejna światła inicjatywa – publiczny różaniec „wynagradzający za grzech homoseksualizmu”.
Bardzo Dobra Zmiana już puka do twych drzwi…

środa, 11 lipca 2018

481. Rytuały codzienne i niecodzienne (XI)


Wiele wydarzeń i drobnych rodzinnych zwyczajów zaciera się w ulotnej ludzkiej pamięci, część jednak pozostaje w niej utrwalona na zawsze jako odległe wspomnienie czegoś, co istniało w jakimś innym, dalekim, ale jednak prawdziwym świecie. W tamtym wymiarze pozostał między innymi wieczorny ceremoniał zasypiania. Jako dziecko lądowałam o stosownej porze w swoim łóżku. Mama zapalała lampkę nocną i zostawiała mnie w pokoju. Szła się myć, aby niebawem wrócić w szlafroku, a czasem i w hełmie z ręcznika na głowie, do pokoju dziadków. Tam, za ścianą, cała rodzina gromadziła się wokół stołu na wieczorne oglądanie telewizji. Tuż przedtem dziadek prażył w rondelku albo na małej patelence nieśmiertelny słonecznik, który kupował kilogramami w sklepie nasienniczym przy ul. 8 Marca. Wszyscy obowiązkowo zajadali go przed telewizorem, przysparzając babci roboty. Łupiny, mimo że każdy uważał, spadały także na dywan. Tymczasem ja oczekiwałam na charakterystyczny stukot pantofli na niewielkich koturnach o podłogę korytarza i trzaśnięcie drzwiami znamionujące wejście mamy do pokoju za ścianą. Wołałam wtedy dziarsko:
- Mama, jesteś?
- Jestem! – odkrzykiwała mama.
- Zapukaj!
I mama stukała we framugę nieużywanych drzwi w ścianie między pokojami, a ja potwierdzałam odbiór stukanej informacji:
- Dobra, dobra, siedź tam, siedź!
Stukanie już się nie powtarzało, ale „Mama, jesteś?” i „Dobra, dobra, siedź tam, siedź!” musiało zostać powtórzone jeszcze dwukrotnie. Dopiero wtedy, gdy rytuał został porządnie odpukany i odkrzyczany, zasypiałam w błogim poczuciu dobrze wykonanego obowiązku.
Wieczorne oglądanie telewizji również należało do utartych zwyczajów rodzinnych. Przychodziły siostry babci, które nigdy nie miały własnego telewizora. Jedna siadała z wszystkimi przy stole albo z boku, na tapczanie. Druga obowiązkowo zajmowała miejsce na podłodze, tuż przed telewizorem. Z jakiegoś względu, najpewniej z powodu wzroku mocno nadwerężonego kataraktą, z tej pozycji najlepiej jej się oglądało. Seans rozpoczynał się obowiązkowo „Dziennikiem Telewizyjnym”, a po nim oglądano na jednym z dwu programów film dla dorosłych. W tym czasie już spałam. Co znamienne – często zdarzało się, że siostry babci się zasiedziały i odjeżdżał im ostatni autobus jadący w kierunku centrum. Szły wówczas do domu piechotą, a mimo to się nie bały. Lata siedemdziesiąte XX wieku należały do czasów, w których na ulicach było dużo, dużo bezpieczniej niż dziś.
Istniał też rytuał niedzielny. Bardzo często dziadek gotował w sobotni wieczór „hyżkę”, czyli galaretę ze świńskich nóżek. Towarzyszyłam mu przy tym, obserwując, co robi. Galareta, rozlana równomiernie do głębokich talerzy, zostawała na noc na stole kuchennym do stężenia. W niedzielę o poranku wstawałam pierwsza i po cichutku, żeby nie obudzić rodziców, wymykałam się z pokoju. Czasem, w ramach atrakcji, spałam na wersalce z mamą i wtedy wkurzałam ją, wychodząc niezgrabnie z łóżka i przydeptując stopy.
Przekręcanie klucza w zamku drzwi do kuchni brzmiało w ciszy niedzielnego poranka jak wystrzał armatni. Zamek był głośny i jego otwarcie lub zamknięcie niosło echem po korytarzu.
Na kuchennym stole stały porozstawiane talerze z galaretą, która przez noc zdążyła zastygnąć. Na jej powierzchni tworzyła się warstwa aromatycznego tłuszczyku, który babcia później skrupulatnie zdrapywała nożem na spodeczek i odkładała do lodówki. Był na potem do chleba. Siadałam grzecznie na krześle obok stołu i cicho siedziałam czekając, aż obudzi się ktoś z dorosłych. Dotykałam tylko potajemnie jednym palcem sprężystej powierzchni galarety. Zazwyczaj pierwsza zjawiała się babcia, czasem dziadek i wkładali talerze z „hyżką” do lodówki, aby porządnie zastygła i schłodziła się.
O 9.00 obowiązkowo oglądałam „Teleranek” rozpoczynający się tykaniem zegara i obrazem biegnącego kogucika. Jego triumfalne pianie na płocie dawało sygnał do rozpoczęcia programu. Po „Teleranku” schodziła się reszta rodziny, w tym także najmłodsza siostra babci, na wspólne śledzenie losów „Czterech pancernych i psa”. Oglądało się serial z zapartym tchem. Zaraz potem siostra babci zabierała mnie na 1100 do kościoła, poganiając przy tym, żebyśmy się nie spóźniły, bo film kończył się stosunkowo późno.
Pośród zwyczajów, które nadawały tamtemu życiu swoisty koloryt, nie sposób pominąć „radzieckiego samolotu”. Był to rodzaj zabawy zainicjowanej przez młodszego brata taty, której rozpoczęcie sygnalizowało hasło: „Robimy radziecki samolot?” Nie trzeba było mnie zachęcać. Wujek kładł się na tapczanie i unosił mnie nad sobą, a ja rozpościerałam ręce i udawałam, że lecę. Bujanie „radzieckiego samolotu” kończyło się zwyczajowym cmoknięciem mnie w nos.
W dzieciństwie prawie nigdy nie spałam w ciągu dnia, dlatego dziwiło mnie, że dzieci z podwórka znikały nagle około południa w swoich domach. Czasem zdarzało się, że siostra babci usiłowała nakłonić mnie do spania. Wkładała wówczas rękę pod poduszkę i zaczynała mnie kołysać. Bardzo mi to odpowiadało, ale spać ani myślałam. Zasypiałam rzadko. Gdy tylko cioteczka uznała, że zasnęłam lub zmęczyła jej się ręka, mruczałam natychmiast: „Kołysać!” I kołysała cierpliwie od nowa. Później, gdy po latach ze śmiechem wspominała moje burkliwe, apodyktyczne „Kołysać!”, we mnie budził się podziw dla jej świętej cierpliwości. Niekiedy uciekała się do podstępu i aby mnie spacyfikować, machała ręką w stronę kratki wentylacyjnej, umieszczonej wysoko pod sufitem, mówiąc chytrze: „Widziałaś? Zagląda!” Nie wiedziałam, kto taki, ale nie pytałam, tylko na wszelki wypadek chowałam się z głową pod kołdrę. Gdy niebezpieczeństwo mijało, spoglądałam ostrożnie w kierunku kratki na poły podejrzliwie, a na poły z ciekawością. Pewnego razu wypatrzyłam tam szary kłębek kurzu. Wydawało mi się, że się porusza i spogląda na mnie, przekrzywiając łebek jak wróbel. Odtąd znałam już swego prześladowcę, który obserwował mnie z wentylacji. W myślach nazwałam go „Kurzykiem”, lecz nigdy nie wypowiedziałam na głos jego imienia. Nienazwane było mniej groźne. „Kurzyk” nie był szczególnie przerażający, gdyż nigdy nie opuszczał swojego stanowiska. Jeśli już, to raczej cofał się w głąb komina. Jednak go nie lubiłam. W mojej wyobraźni żył jako istota, która od czasu do czasu patrzyła na mnie groźnie, bo nie chciałam spać w dzień. O innych porach i w innych okolicznościach w ogóle się nie uaktywniał.
Jednego razu położyłam się przed południem z Joasią w pokoju u państwa Em – z czystego koleżeństwa. Leżałyśmy pod jednym kocem. Sądziłam, że z nas dwóch tylko ona będzie spała i... zasnęłam nie wiadomo, kiedy. To niecodzienne wydarzenie szybko znalazło wyjaśnienie: obudziłam się chora, z gorączką.
Pamiętam także wyjątkowe misterium wywoływania zdjęć przez tatę. Anektował wówczas do swojej wyłącznej dyspozycji kuchnię i łazienkę, z których urządzał prowizoryczną ciemnię. Nie wolno było wtedy szwendać się nikomu, żeby zdjęcia się nie prześwietliły. Tato pozwalał mi sobie towarzyszyć, bylebym tylko nie przeszkadzała. Zaczynało się od całkowitego zaciemnienia pomieszczeń. Na oknach kuchni i łazienki lądowały koce, rozpostarte na całych szybach, szczelnie zasłaniające każdą, najmniejszą nawet szparkę, przez którą mogłaby się wcisnąć choć odrobina światła z zewnątrz. Jeśli zdecydowałam się zostać w tym prowizorycznym atelier, to musiałam w nim być do końca. Ze zrozumiałych względów nie wolno mi było kręcić się tam i z powrotem. Tato ustawiał na kuchennym stole powiększalnik, białe kuwety z grubego tworzywa, butelki z wywoływaczem i utrwalaczem, papier fotograficzny w żółtych pudełkach. Niesamowicie podobały mi się dwie żarówki. Jedna z nich wyglądała jak pomalowana na czarno, dawała jednak piękne, krwistoczerwone światło. Druga świeciła na zielono. Tato wywoływał najpierw klisze, a kiedy wyschły, wkładał je do powiększalnika i naświetlał papier fotograficzny, który lądował potem kolejno w jednej i drugiej kuwecie. Moment, w którym obraz powoli ukazywał się na papierze, był fascynujący. Wywołane zdjęcia schły na sznurze do bielizny w łazience, aby niedługo potem dostarczyć całej rodzinie nieziemskiej frajdy płynącej z ich oglądania.