niedziela, 23 czerwca 2019

531. Pomtesy i bukszpabobki

Tutaj pisałam kiedyś o naszym Zamku. Dziś będzie o przyległościach, a konkretnie o Letnim Pałacyku Lubomirskich, umiejscowionym na jego tyłach. Było to miejsce odpoczynku magnatów, zabaw, rozrywki – zwłaszcza wówczas, gdy powracali z wypraw wojennych albo z „wielkiego świata”.



Pałacyk powstał około 1700 roku na terenie winnicy dawnego właściciela Rzeszowa, Mikołaja Spytka Ligęzy, według projektu niderlandzkiego architekta Tylmana z Gameren pozostającego w służbie magnackiego rodu Lubomirskich, autora wielu słynnych budowli warszawskich. Na wzór Wersalu, pozostając w obrębie dóbr zamkowych, budowla pełniła funkcję miejsca, w którym skupiało się życie towarzyskie. Była miniaturą drezdeńskiego pałacu Taschenberg – rezydencji hrabiny Cosel.



W XVIII wieku właściciel Rzeszowa, Hieronim Augustyn Lubomirski, dokonał gruntownej przebudowy Pałacyku. Nadwornym architektem był wówczas przybyły z Saksonii Karol Henryk Wiedemann, który pokochał Rzeszów i spędził w nim 40 lat życia. Zmienił oblicze miasta i pozostawił słynny, ręcznie wykonany plan – dziś najstarszą zachowaną mapę Rzeszowa, której oryginał znajduje się w Muzeum Okręgowym, a replika zdobi mur kamienicy przy ul. Sokoła.

Oryginalny plan K. H. Wiedemanna (zdjęcie z Wikipedii)

Plan Wiedemanna na ścianie kamienicy przy ul. Sokoła

Powzięte prace miały na celu uczynienie z letniego pałacu maison de pleisence, czyli „domu dla przyjemności”. Bywał nazywany „teatrzykiem”, ponieważ wyposażony został w scenę, na której wystawiano spektakle.
Otaczały go rozległe ogrody podzielone na kwatery, wypełnione kwiatami, boskietami, gabinetami ogrodowymi, basenami, kanałami wodnymi i rzeźbami ogrodowymi. Znajdowała się tam również oranżeria zawierającą wspaniałą kolekcję egzotycznych roślin. Wyczytałam w jakimś przewodniku, że rosły tam różne odmiany cytryn i pomarańczy, jabłonie, granaty, drzewa migdałowe, holenderskie bukszpany, goździki i gloriosy, drzewa bobkowe (laurowe zapewne), a oprócz nich rośliny, które nastręczyły mi pewnych kłopotów, to jest pomtesy, pompele, pitery i bukszpabobki. O ile udało mi się dojść do tego, że pompele to gatunek pomarańczy (pomarańcza olbrzymia, czyli dzisiejsze pomelo), a pitera to śródziemnomorska agawa, tak zabijcie mnie – nie wiem, co to są pomtesy i bukszpabobki!
Syn Hieronima Augustyna Lubomirskiego, Jerzy Ignacy, żeniąc się z niespełna czternastoletnią baronówną Joanną von Stein zu Jettingen (sam miał w momencie ślubu pięćdziesiąt lat), postarał się stworzyć dla swojej młodziutkiej żony jak najpiękniejsze otoczenie.

Jerzy Ignacy Lubomirski

Joanna Lubomirska
Przed Pałacem urządził reprezentacyjny ogród w stylu francuskim, a labiryntowe przejście obsadzone żywopłotem prowadziło do ogrodów warzywnych i sadów umieszczonych w dolinie od strony południowej. Znajdował się tam również wielki staw z obszerną wyspą, na której urządzono zwierzyniec i wybudowano pierwszą w Polsce altanę w stylu chińskim.

Fragment mapy K. H. Wiedemanna - czerwona strzałka wskazuje Zamek, żółta - Pałacyk Letni, zielona - staw, po którym pływają łodzie i łabędzie, a pośrodku którego króluje wyspa. Dodatkowa, różowa strzałka pokazuje kolegium pijarskie, gdzie mieści się moje liceum, o którym niedawno pisałam
Dzięki kontaktom z dworem saskim Rzeszów stał się wówczas uznanym ośrodkiem życia towarzyskiego i artystycznego w Polsce.


Również od strony południowej, w skarpie, znajdował się tunel prowadzący do pałacowych podziemi, gdzie dzisiaj działa restauracja.


Wzdłuż północnej ściany Pałacyku biegnie współcześnie ul. Jana Dekerta. W jednej ze stojących przy niej kamienic spędziła pewien okres swojego życia niejaka Stokrotka, nasza blogowa koleżanka.




Stokrotko, w której z tych kamienic mieszkałaś?

Zdjęcie z Galerii Fotografii Rzeszowa autorstwa Ireny Gałuszki. Biała strzałka pokazuje Zamek, różowa - Pałacyk, czerwona - dolinę, w której mieściły się ogrody, staw i wyspa, a zielone - Stokrotkowe kamienice przy ul. Jana Dekerta.

środa, 19 czerwca 2019

530. Nie siepie


A było tak.
Ponieważ mojej kuzynce i jej małżonkowi się odwidziało, w ramach urozmaicenia pożycia dokonali aktu spektakularnego nawrócenia, to jest postanowili zarówno wziąć posiadany już (ten istotny, usankcjonowany prawnie) ślub, tym razem obrzędowy (kościelny) oraz ochrzcić posiadane już dziecko. Na jednej mszy hurtem, coś w rodzaju „wash and go” – dwa w jednym.


Następnie złożyli rączki do mnie, mówiąc grzecznie:
- My ciebie pleasujemy, Frau Be, zrób ty nam prześliczne zdjęcia!
Moje miękkie serce nie pozwoliło się opierać. Ofiarnie nabyłam dusznym porankiem nową kartę do aparatu (stara bowiem zepsuła się była), zalałam się potem (i przedtem), a następnie podjęłam heroiczną próbę wejścia do świątyni. I tutaj nastąpiła rzecz niezrozumiała.
W myśl wszelkich zasad, jako ateistka jestem siedliskiem szatana, czyli – z grubsza biorąc – jednostką opętaną jak złoto. Takich zaś, zgodnie ze sztuką, powinno w miejscu poświęconym ciepnąć na podłogę i porządnie wytelepać. Mile widziane nieartykułowane ryki, piana na ustach, przekleństwa i złorzeczenia. Święte obrazy, figury, sakramenty i woda ponoć potęgują efekt. Kłopot ze mną polega na tym, że ani żadna niewidzialna ściana nie rzuciła się na mnie w progu kościoła, broniąc wstępu, ani inna niewidoczna siła nie obaliła na posadzkę. Ba! – nawet się nie potknęłam. Mało tego: przez godzinę z okładem pałętałam się po pomieszczeniu, wielokrotnie stając tyłem do ołtarza, depcząc wielebnemu po ornacie, przepychając się za jego plecami albo włażąc mu przed nos jak rasowy paparazzi. I NIC! Chociaż… chyba zalatywało ode mnie siarką, bo pod koniec zapowiedział, że wygłosi modlitwę z egzorcyzmem.
- No, to teraz się zacznie! – zmartwiłam się. – Jak mną zacznie siepać, to aparat rozwalę…
A tu nic. No, kiszka pasztetowa zupełna. Nic się we mnie nie odezwało, ani diabeł, ani tym bardziej sumienie. I teraz nie wiem, czy aby nie jest ze mnie aż tak straszna baba, że nawet diabli omijają mnie z daleka?! No bo jak inaczej wyjaśnić ten zuchwały brak objawów owładnięcia przez szatana?

środa, 12 czerwca 2019

529. Czechy: osobliwy gust pana Rinta, czyli cacuszko nad łóżko


Jednym z najciekawszych miast położonych niedaleko Pragi jest Kutna Hora (Kutná Hora), wpisana w 1995 roku na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO. Powstała w średniowieczu. Do jej niebywałego rozkwitu doszło dzięki złożom srebra, które tu odkryto. Legenda głosi, że pewnemu zakonnikowi z klasztoru cystersów drzemiącemu na łące przyśniło się, że zamiast trawy wokół rośnie srebro, a gdy się obudził, znalazł grudkę tego kruszcu. Król Wacław II założył tutaj kopalnię srebra i królewską mennicę, dzięki czemu stał się jednym z najbogatszych władców w Europie. Liczba mieszkańców miasta była równa liczbie ludności zamieszkującej Londyn.
Po okresie prosperity, w XIV wieku, w okresie wojen husyckich nastąpił poważny kryzys, jednak kopalnie przynosiły wciąż znakomite dochody, dzięki którym Kutna Hora w miarę szybko podźwignęła się z ruin. Wybudowano m.in. wspaniałą świątynię pw. św. Barbary (Chrám sv. Barbory), jedną z najsłynniejszych w całych Czechach.


Budowę rozpoczęto w 1388 roku, a fundatorami i budowniczymi kościoła byli w dużej mierze górnicy – wybudowano go z ich składek i datków mieszczan. Zalicza się go do najwspanialszych przykładów architektury gotyckiej na naszym kontynencie. Przepiękna, pięcionawowa budowla została zwieńczona na wysokości 30 m gotyckim sklepieniem o wspaniałych ornamentach i przykryta trzema kopułami.



Ołtarz główny to neogotycki tryptyk z XIX wieku. Ze względu na swoje piękno i monumentalizm kościół św. Barbary bywa nazywany katedrą – w sensie architektonicznym, bo siedzibą biskupa ani ośrodkiem diecezji nie jest. Należy za to do szczytowych osiągnięć późnego gotyku.












Do kościoła św. Barbary wiedzie ulica Barbarska, która następnie przechodzi w szeroki taras ciągnący się wzdłuż zbocza winnicy. Mur tarasu został ozdobiony trzynastoma figurami świętych autorstwa Franciszka Bauguta (świeckiego jezuity), co stanowi zamierzone nawiązanie do Mostu Karola w Pradze.




W sąsiedztwie świątyni znajduje się barokowe, trzykondygnacyjne kolegium jezuickie z XVII wieku, zaprojektowane przez Włocha Giovanniego Domenica Orsiego.







Niepozorna starówka miejska kryje w sobie zabytkowe skarby. Jednym z nich jest Kamienna Fontanna (Kamenná kašna) – gotyckie dzieło Matyáša Rejška z 1495 roku. Jest to dawny centralny zbiornik wody, który zabezpieczał potrzeby mieszkańców miasta i Włoskiego Dworu, zaopatrując ich w wodę pitną. Dostarczał również wodę innym fontannom w mieście.




Nieopodal wznosi się wspaniała kolumna morowa z 1715 roku. Wybudowano ją po epidemii dżumy. Ma ponad 16 m wysokości i jest dziełem Franciszka Bauguta. Na jej szczycie znajduje się (oczywiście) figura Marii Panny Niepokalanej.


W dzielnicy Sedlec ulokowany został dawny kościół cystersów pw. Wniebowzięcia NMP (kostel Nanebevzetí Panny Marie) z lat 1290-1330, przebudowany na początku XVIII wieku w unikalnym stylu architektonicznym zwanym barokowym gotykiem, a będącym połączeniem gotyku z barokiem.


W tym miejscu cystersi założyli w 1142 roku swój pierwszy klasztor na terenie całej Bohemii.




Średniowieczny kościół to dzieło Jana Blažeja objęte patronatem UNESCO.







Barokowy ołtarz boczny
We wnętrzu znajdują się m.in. nieodmiennie budzące we mnie niesmak relikwiarze zawierające szczątki św. Feliksa i św. Wincentego. Zostały sporządzone w ten sposób, że kości zmarłych zostały połączone z szatami i ułożone w oszklonych skrzynkach.



Te białe paski w miejscu klatki piersiowej to oryginalne żebra, a w miejscu nóg - piszczele
Do najbardziej chyba znanych obiektów w Kutnej Horze zalicza się co najmniej kontrowersyjna kaplica-ossuarium, gdzie zgromadzono kości 40 000 osób, głównie ofiar epidemii dżumy i wojen husyckich grzebanych na pobliskim cmentarzu. Początkowo również mieszkańcy miasta życzyli sobie tam spocząć po śmierci, gdyż w XIII w. podobno rozsypano tam ziemię przywiezioną z rzekomego grobu Jezusa. W 1511 r. jeden z mnichów zaczął układać kości w piramidy jako swoiste „memento mori”. W 1870 roku niejaki František Rint otrzymał pozwolenie na ozdobienie nimi kaplicy (znajdującej się w głęboko położonej krypcie niewielkiej świątyni Wszystkich Świętych z XIV wieku) i chyba trochę za bardzo go poniosło. Efekt jego kawalerskiej fantazji jest, moim zdaniem, kuriozalny. Z czaszek i kości wykonał absolutnie wszystko – od żyrandoli, krzyży, świeczników i kielichów po herb rodziny Schwarzenbergów i ozdobne girlandy.


Ozdóbki nad wejściem

Zachęcające wejście

Śliczniusie dekoracyjki!

Też niczego sobie akcencik

Chrzcielnica?

Zapraszamy na salony!

Komu żyrandol?

Girlandy

Cudnej urody... bo ja wiem, co? Stojaki?

Detalik zdobniczy

Cacuszko nad łóżko

Elegancko przystrojony balkonik

Kolekcja

Świetny pomysł na herb

Herbowe szczegóły

Kościany autograf pana Rinta
O górniczej przeszłości Kutnej Hory świadczy najstarsza świątynia w mieście – tzw. „wysoki kościół”, czyli kościół pw. św. Jakuba Większego Apostoła (patrona górników i rzemieślników) z lat 1330-1420. Jego wieża odchyla się od pionu, bo grunt uległ pewnemu obniżeniu w miejscu, gdzie pozostały wyrobiska.



W sercu starego miasta znajduje się ważny zabytek – Dwór Włoski (Vlašský dvůr), w którym mieściła się słynna mennica króla Wacława II.




Obiekt był nazywany klejnotem korony królów czeskich. Przy jego wznoszeniu pracowali rzemieślnicy ściągnięci z samej Florencji.





Fajna ta ławeczka!
W jednym miejscu znajdowały się dwór królewski i mennica, w której dziś mieszczą się muzeum winiarstwa i galeria numizmatyczna. Ozdobą Dworu jest Fontanna Górnika.


Fontanna Górnika

Złoża srebra wyczerpały się w XVII wieku, a Kutna Hora stała się sennym, zaledwie 20-tysięcznym miastem.



Trudno wręcz uwierzyć, że przed wiekami konkurowała z Pragą. Ale starówkę ma piękną.