poniedziałek, 25 września 2017

429. Przez kozę do złota

Z Agadiru wyruszyliśmy w kierunku Marrakeszu przez pasmo górskie Atlasu Średniego.



W Maroku rośnie endemiczna, czyli występująca tylko na tym obszarze, argania żelazna, zwana drzewem arganowym. Gatunek ten wpisany został na Listę Światowego Dziedzictwa Przyrodniczego UNESCO.


Arganie rodzą owoce, których pestki zawierają bardzo wartościowy, najdroższy na świecie olej arganowy, nazywany „płynnym złotem Maroka”. Olej przeznaczony do celów spożywczych tłoczy się na ciepło, ze zmiażdżonych prażonych ziaren i jest ciemniejszy od kosmetycznego. Nadaje potrawom silnie orzechowy smak. Ma dobroczynny wpływ na organizm: obniża poziom cholesterolu, poprawia krążenie, wspomaga odporność. Olej kosmetyczny tłoczy się na zimno. Znajduje się przede wszystkim w kremach, balsamach do twarzy, rąk i ciała, w preparatach odmładzających i przeciwzmarszczkowych. Wykorzystuje się go również do produkcji mydeł i do oświetlenia. Po tłoczeniu oleju pozostają wytłoczyny w postaci gęstej, brązowej pasty o smaku podobnym do masła orzechowego. Podawana jest ona do pieczywa i używana jako sos bądź składnik sosów do mięs.
Olej arganowy tłoczy się zarówno tradycyjną, ręczną metodą, jak i maszynowo. Skorupki pestek są tak twarde, że otwieranie ich jest niezwykle trudne. Dlatego do tłoczenia oleju wykorzystuje się pestki nadtrawione przez wszędobylskie kozy, które – nie znajdując na pustynnej glebie pożywienia – pasą się… na drzewach, zjadając zarówno liście, jak i owoce. Niestrawione pestki wydalają, podobnie jak łaskun muzang wydala ziarna kawowca, z których powstaje najdroższa na świecie kopi luwak. Kozy na drzewach stały się jednym z symboli Maroka.











sobota, 23 września 2017

428. Babaryba i pieprzenie kotka

Czymś w rodzaju nabożnego podziwu napełnia mnie ludzka umiejętność pieprzenia o niczym. Pieprzenia na serio, dodajmy, bo ma to istotne znaczenie. Co innego wygłupy, a co innego śmiertelnie poważne podejście do bzdetów. Do przemyśleń na temat tej zdumiewającej sztuki skłoniło mnie zupełnie niepozorne wydarzenie, jakich tysiące.
O godzinie 915 na przystanku autobusowym skrytym w cieniu kasztanowca siedziała samotnie jedna pani. Sądząc po wieku, emerytka. Wyelegantowana, wymalowana, wyfryzowana jak się patrzy. Usiadłam na drugim końcu ławki i tradycyjnie pogrążyłam się w lekturze, nie zwracając szczególnej uwagi na otoczenie.
- Musi się pani tak pchać? – usłyszałam i dopiero wtedy spojrzałam na to, co rozgrywało się na drugim końcu ławki.
Świeżo przybyła niewiasta w równie zaawansowanym wieku z zaciętą miną upychała tyłek między wyfiokowaną emerytką a ścianą wiaty.
- Muszę – oświadczyła z nieprzejednaniem. – Tutaj jest cień.
- Z tej strony też jest – padła sucha, bezwzględna odpowiedź.
- Nie ma.
- Jest. Nie musi się pani tak rozpychać.
- Muszę, bo tu jest cień, a pani się nie posunie.
- Bo po co się pani pcha?
- Bo pani nie chce się przesunąć, proszę pani.
- Z tej strony też jest cień, może pani tu usiąść, nie musi się pani pchać.
I tak dalej, w kółko w ten sam deseń.
- Ja pierdolę – wyrwało mi się szczerze spod samego serca. Na szczęście pod nosem i w kierunku bogu ducha winnej książki. Od biedy mogłoby to wyglądać na komentarz pod adresem literatury.
Baby międliły cień i pchanie odwłoka bez końca, a mnie przed oczy wjechało wspomnienie Babyryby. Pracowała ze mną taka, wyglądała jak karp wigilijny i jakkolwiek nie mam nic przeciwko karpiom i rozumiem, że twarzy się nie wybiera, to jednak sama się prosiła o nielubienie. Odbierając telefon, darła się:
- Halo! Tu DOKTOR taka a taka!
a o swoich najbliższych mawiała z odcieniem pogardy:
- Moja rodzina to same wieśniaki – sygnalizując tym samym, że ona wieśniarą nie jest. Ciekawe tylko, skąd się taki brylant pojawił w tej rodzinie i kto go spłodził, bo chyba nie ci sami rodzice, których też wieśniakami nazywała?
Mniejsza o to. Babaryba owa miała nieznośny zwyczaj kręcenia się w koło i zataczania coraz większych kręgów celem maltretowania każdej napotkanej osoby (a jest nas setka z okładem).
- Popatrz, jaką bluzkę sobie kupiłam. Fajna, nie?
- Ale ładne ma kolory, co?
- Dobrze na mnie leży, prawda?
- A ta szminka do niej dobrze pasuje, nie uważasz?
- A takie to tanie było.
- Fajna ta bluzka, naprawdę.
- Takie ładne kolory i tak dobrze na mnie leży.
Po zadręczeniu jednej ofiary przesuwała się do osoby znajdującej się najbliżej i zaczynała kolejkę od nowa.
- Popatrz, jaką bluzkę sobie kupiłam. Fajna, nie?
- Ale ładne ma kolory, co?
- Dobrze na mnie leży, prawda?
- A ta szminka do niej dobrze pasuje, nie uważasz?
- A takie to tanie było.
- Fajna ta bluzka, naprawdę.
- Takie ładne kolory i tak dobrze na mnie leży.
Czasem wracała do zakatowanego już męczennika i fundowała mu kolejna porcję trucia.
- Popatrz, jaką bluzkę sobie kupiłam. Fajna, nie?
- Ale ładne ma kolory, co?
- Dobrze na mnie leży, prawda?
- A ta szminka do niej dobrze pasuje, nie uważasz?
- A takie to tanie było.
- Fajna ta bluzka, naprawdę.
- Takie ładne kolory i tak dobrze na mnie leży.
Doszło do tego, że zaczęłam chodzić kanałami w obawie przed spotkaniem Babyryby.
Nie jestem milczkiem, kto mnie zna, wie o tym. Ale obtłukiwanie warg po próżnicy to jednak gruba przesada.

środa, 20 września 2017

427. Weronka

Całkiem niedawno i zupełnie nieświadomie Pantera wprawiła mnie w stan nostalgiczno-zadumany, publikując wiersz Juliana Tuwima Do prostego człowieka. Wystarczyło spojrzeć na tytuł, aby z odmętów pamięci wypłynęła przed oczy jej twarz – twarz Weronki. Niemal jednocześnie w uszach zabrzmiał po latach jej głos.
Zaskoczyły mnie komentarze pod Panterowym postem, bo wynikało z nich, że większość w ogóle tego utworu wcześniej nie znała, pozostali zaś spotkali się z nim w różnych, ale nie szkolnych okolicznościach. Sama autorka wyraziła pewne zdziwienie faktem, że pamiętam go z LO. Zastanowiło mnie to. Czyżbym była wyjątkiem?
Nie.
Wyjątkowa była Weronka.
W moim liceum – jednej z najstarszych i najszacowniejszych szkół w Polsce, wówczas elitarnej – postać Weronki była jedną z najbardziej owianych legendą i tajemnicą.
Nikt nie wiedział, ile mogła mieć lat – nam wydawała się okropnie stara, ale dziś wiem, że na upartego mogła być nawet w tym wieku, w którym jestem teraz lub niewiele starsza. Należała do najlepszych polonistów w województwie. Co roku co najmniej jeden ze sformułowanych przez nią tematów pojawiał się na pisemnej maturze. Posiadała niesamowitą wiedzę, którą z wszystkich sił starała się przekazać profanom. Była też kompletnie niezrównoważona. Mówiąc do nas, patrzyła w okno; potrafiła w połowie lekcji wściec się albo rozpłakać, wyjść, trzaskając drzwiami i pozostawiając nas w kompletnym osłupieniu, a po przerwie zaskoczyć jeszcze bardziej – powrotem z rozanielonym uśmiechem na twarzy, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło. Kiedyś, słuchając mojej koleżanki, rozpłakała się rzewnymi łzami, położyła głowę na biurku, a gdy ją podniosła, była czerwona na twarzy i śmiała się w głos. Osiągnęła najwyższy poziom nieprzewidywalności i tam pozostała, stresując tym samym i dezorientując nędznych kujonów bez polotu oraz antytalenty humanistyczne, które też w mojej klasie istniały, bo byliśmy biologiczno-chemiczni. Profil klasy zresztą nie miał dla Weronki najmniejszego znaczenia: jak już brała się za uczenie, to na całego! Szła z materiałem jak czołg na Berlin, bez względu na nasze moce przerobowe i deficyt wydań niektórych pozycji literackich.
A ja kochałam Weronkę.
Kiedyś, już po maturze, powiedziała mi:
- Frau Be, ty franco, wiecznie spałaś na języku polskim. Samo spanie jeszcze bym ci darowała, ale do tego wszystkiego chrapałaś!
- Pani profesor, z całym szacunkiem… Spałam, bo przez cztery lata miałam wrażenie, że na lekcji mówione są rzeczy tak oczywiste, że aż śmieszne. To było jak wyważanie otwartych drzwi.
- Tak – odpowiedziała. – Ale te rzeczy były oczywiste tylko dla ciebie. Dla pozostałych trzydziestu pięciu osób nie i z nimi trzeba było te drzwi wyważać.
Nie mam pojęcia, co się z nią teraz dzieje, czy w ogóle jeszcze żyje, czy nas pamięta, ale ja będę pamiętać ją do końca życia, bo to był największy i najlepszy nauczyciel w mojej naukowej „karierze”.

sobota, 16 września 2017

426. Maroko: wszystkie smaki i zapachy Maroka

- Jedziemy do Maroka – oświadczono przy świątecznym stole.
Mimowolnie wydałam z siebie bolesny jęk zazdrości zabarwiony nabożnym podziwem. Marzenie!
- Jedziecie z nami?
- Tak! – wyrwało mi się, zanim zdążyłam pomyśleć, co mówię. A gdy już pomyślałam, to całkiem mi się to spodobało i w ten sposób klamka zapadła. I tak oto pewnego pięknego dnia w południe wylądowaliśmy w Agadirze – najważniejszym mieście południowego wybrzeża Maroka.




Jest ono stosunkowo młode, choć – paradoksalnie – posiada długą historię. Pierwsza osadę (Thymiaterium) założyli tu w VI w. p.n.e. Fenicjanie, a w XV w. powstało miasto handlowe, do którego zwożono lokalne produkty i stąd wysyłano statkami do Europy. Być może właśnie w średniowieczu ukształtowała się nazwa – słowo „agadir” oznacza w języku Berberów „ufortyfikowany spichlerz”.
W latach sześćdziesiątych XX stulecia Agadir został całkowicie zniszczony przez gigantyczne trzęsienie ziemi i trzeba było odbudować go niemal od zera. Dlatego brak tu prawdziwej medyny (starego miasta, otoczonego zazwyczaj murem).




Nowa architektura została przemyślana przede wszystkim pod kątem turystyki, dlatego królują tu ładne i czyste hotele oraz nowoczesne budynki. Przyjazny klimat sprzyja wypoczynkowi niemal cały rok.









Główną atrakcją tego miejsca jest piękna, szeroka plaża na brzegu Oceanu Atlantyckiego. Mimo że u wybrzeży Maroka często szaleją wiatry, w Agadirze panuje spokój, który miasto zawdzięcza zatoce. Dzięki niemu powstał tutaj największy marokański ośrodek turystyczny na wybrzeżu.







Rozwinęło się tu również rybołówstwo, dlatego na północnym końcu plaży znajduje się port rybacki.




Na wysokim wzgórzu króluje stara kazba (forteca), z której pozostały tylko na wpół zrujnowane mury. Poniżej, na zboczu, widnieje wielki napis ułożony z kamieni: „Allah, król, naród”. Wieczorem jest on podświetlany.



Gdy tylko odetchnęliśmy po podróży, wybraliśmy się na rekonesans. Agadir był tylko pierwszym przystankiem, z którego mieliśmy ruszyć w dalszą podróż po tym fascynującym kraju. Przeszliśmy kawałek promenadą wzdłuż plaży, a potem skręciliśmy w miasto, mijając sklep z charakterystyczną ceramiką.










Jak zwykle w takich krajach, zachwyciły mnie egzotyczne odpowiedniki tego, co dobrze znane, europejskie, swojskie.




W pewnym momencie zawędrowaliśmy do sklepiku pełnego ziół i rozmaitych naturalnych specyfików.



Prowadził go krzepki, żylasty starzec, który pełnił chyba rolę miejscowego znachora. Pokazał nam opublikowaną przez siebie książkę (ze zdjęciem na okładce!) i wytłumaczył, do czego służą rozmaite medykamenty. Na koniec dotknął moich ramion i powiedział, że mam problem ze stawami. Skąd wiedział, że od czasu do czasu boli mnie któryś ze stawów barkowych lub łokieć? Później popatrzył na moją córkę i orzekł, że ma egzemę, coś z krążeniem i z krwią. Rzeczywiście, Letnia walczyła wówczas z uciążliwymi zmianami na dłoniach i to mogło być widoczne. Blada cera również mogła zwiastować „problem z krwią”, który ujawnił się tydzień po powrocie z Maroka w postaci silnej anemii. Ale jak zgadł, że hoża dziewoja ma zawsze zimne ręce i stopy, nie sprawdzając tego organoleptycznie?
Nie dokonaliśmy żadnych zakupów, ale wyszliśmy wzbogaceni o nową wiedzę z dziedziny naturalnej medycyny arabskiej.
Wieczorem jeszcze raz wybraliśmy się na spacer, ale już bez aparatów, bo zapadał zmrok. Znaleźliśmy duży sklep spożywczy, w którym zaopatrzyliśmy się w napoje i wróciliśmy (nieco okrężną drogą) do hotelu, z którego mieliśmy wyruszyć następnego dnia, aby poznawać kolory, smaki i zapachy Maroka, które na zawsze zapadają w pamięć.






wtorek, 12 września 2017

425. Ślub w kwiatach

Ponad cztery lata temu napisałam TO. Historia miała swój dalszy ciąg w postaci zupełnie nowego rozdziału i w minioną sobotę zakończyła się nader romantycznym happy endem. Ach, co to był za ślub! Przepiękna i przeszczęśliwa panna młoda, przypominająca egzotyczną piękność rodem z Tahiti, z białą orchideą w czarnych włosach, powiedziała „tak” mężczyźnie, który wszedł w naszą rodzinę jak, nie przymierzając, nóż w masło. Zrobili to w nadzwyczajnym otoczeniu, mając za sprzymierzeńca cudowną, słoneczną pogodę. Tak bowiem ślub, jak i wesele, odbyły się w łańcuckiej storczykarni. Miejsce to znajduje się na terenie zespołu parkowego Muzeum-Zamku w Łańcucie. Jest to czworokątny zespół szklarni, w którym znajdują się część ekspozycyjna przeznaczona do oglądania kwiatów, kompleks hodowlany i kawiarnia otoczona zbiornikami z wodą, w której rosną lilie wodne i pływają rybki.
Dla pani urzędnik, która przyjechała specjalnie na tę okoliczność z USC, ustawiono pośrodku zadaszonego dziedzińca specjalny stół, udekorowany – jakże by inaczej! – kompozycją kwiatową, w której dominowały storczyki. Goście, którzy przybyli z drugiego końca Polski, wyjechali na drugi dzień zaopatrzeni w zakupione na specjalnym stoisku orchidee.
Mój zachwyt wzbudził nie tylko sam ślub w romantycznej scenerii, ale także wesele, tak odmienne od tradycyjnych, gdzie rzępolą orkiestry, a podchmieleni wujkowie wrzeszczą „gorzko!” i tańczą polki. Zaplanowane zostało jako kompletny „chillout”. Kto chciał, uskuteczniał wyżerkę w szklanym pawilonie, inni woleli się napić lub zapalić, jeszcze inni – posiedzieć przy stoliku na świeżym powietrzu i porozmawiać, potańczyć, posłuchać spokojnej muzyki, poleniuchować na leżakach z szemrzącą wodą w tle. Byli i tacy, którzy poszli buszować w storczykach, w tym ja, dlatego teraz będziecie mieć co oglądać.