wtorek, 31 stycznia 2012

11. Dobro powraca? Niekoniecznie!



„Dobro powraca” – tak brzmi slogan reklamowy jednej z fundacji starających się poruszyć ludzkie serca. Być może w niektórych wypadkach powraca – nie wiem.
Zaczyna się okres wzmożonej walki o 1% podatku dla instytucji użyteczności publicznej. W ciągu całego roku zewsząd otoczeni jesteśmy wszechobecną żebraniną. Namolne reklamy w TV, uliczni „rozdawacze” (a raczej „wciskacze”) ulotek z numerami kont, domokrążni przedstawiciele rozmaitych fundacji, przykościelne akcje charytatywne, bilboardy ze zdjęciami z hospicjów, sklepowe skrzyneczki na pieniądze, doroczna bitwa o 1% od podatku na początku roku – to wszystko epatuje nas chwytającymi za serce zdjęciami, łzawymi głosami matek, buziami niewinnych dziatek. Sama kiedyś za każdym razem płakałam na widok niewidomego chłopca śpiewającego: „...masz takie oczy błękitne jak tamta miała...”. I zaraz budzi się żal, że nie możemy pomóc wszystkim, zbawić świata... Wciąż trzeba wybierać, komu dać złotówkę, dwa złote, 1% podatku...
Widziałam jednak niejeden raz, co potrafi wyrosnąć z tych „słodkich niewiniątek”. Potrafią być bardziej okrutne dla rówieśników, zwierząt i każdego, kto jest od nich słabszy niż niejeden dorosły oprawca. Będę szczera, choć bardzo „niepoprawna politycznie”: doświadczenia własne i cudze sprawiły, że zupełnie straciłam serce do pomagania ludziom. Sami mnie z tego wyleczyli.
Ponadto namolność, wymuszanie pomocy, szantaż moralny i branie na litość działają na mnie jak płachta na byka. Skoro wyciąga się do mnie rękę, to chcę mieć możliwość wyboru, wiedzieć, komu pomagam i czy ta pomoc ma sens.
Zostałam obdarzona tym szczególnym typem wrażliwości, który sprawia, że codziennie boli mnie tysiąc spraw: gołąb ze złamanym skrzydłem, głodny pies, krzew z obłamanymi gałązkami, zdeptane kwiaty, futro z kotów, którym szczyci się moja koleżanka (biolog z wykształcenia!!!). Jest dość ludzi pomagających ludziom. Jest telewizja, są gazety – człowiek wciśnie się wszędzie. Tymczasem są jeszcze inni, którzy czekają na naszą pomoc. Ci „niemedialni” i „niedochodowi”, których nie widać na bilboardach, o których nie słychać w reklamach społecznych, którzy nie przyczynią się do korzyści finansowych państwa ani Kościoła. Zwierzęta. W schroniskach i przytuliskach, w ogrodach zoologicznych, w zagrożonych ekosystemach. One nie dadzą na tacę, nie zapracują na ZUS, nie zaopiekują się nami na starość, nie wpuścimy ich w koszty. Ta pomoc nam się nie zwróci. Nie mają nic, są bezbronne i coraz bardziej narażone na bezduszność ludzkiej cywilizacji. Kocham je. To im od lat pomagam i będę pomagać. Tak wybrałam. Raz na zawsze.

sobota, 28 stycznia 2012

10. Twardzielka



- Z pani to jest twardzielka! – powiedziała Miniaturka. – Gdyby tylko pani chciała, to gołymi rękami wybudowałaby pani dom.
- Tak – uśmiechnęła się Twardzielka zamaszyście. Dziarskim krokiem podeszła do swojej szafki. Fakt, była niebywale silna.
- Co mnie nie zabije, to mnie wkurzy – mawiała. Zawsze uśmiechnięta, niezależnie od okoliczności promieniowała takim światłem, że twarzą mogłaby oświetlić pół województwa. Przeszła w życiu wiele i wiele złego zaznała od tych, którym zaufała. Nigdy jednak nie opuszczała rąk. Przyjaciele, koleżanki, znajomi, współpracownicy – wszyscy oglądali ją wyłącznie energiczną, rześką, tryskającą poczuciem humoru i powtarzającą sakramentalne: „przecież to nie problem!”.
- Co prawda, to prawda – przytaknęła Miniaturce Wiedźminka. – Masz w sobie tyle siły i tyle życia, że jesteś naszym słoneczkiem!
Twardzielka wyszczerzyła w odpowiedzi zgryz i pokiwała głową, jakby trochę do samej siebie.
Wieczorem, gdy nikt już nie mógł jej zobaczyć ani usłyszeć, patrzyła w ciemność, słuchając spokojnej muzyki. Płakała.

środa, 25 stycznia 2012

9. Grecja: "Przechodniu, powiedz Sparcie..."



Przy autostradzie wiodącej ku Atenom leży niepozorna wioska Thermopile. Nazwę swą, oznaczającą po grecku „gorące wrota”, zawdzięcza źródłom geotermalnym, bijącym w tym miejscu do dziś. To tutaj rozegrała się słynna bitwa w przesmyku gór Iti – wąwozie Thermopile, oddzielającym góry od Zatoki Maliakos.


W roku 480 p.n.e. potężna armia Persów pod dowództwem króla Kserksesa przybiła do brzegów Grecji. Wódz grecki, Leonidas, czekał z czterotysięczną armią na pewne zwycięstwo, lecz został zdradzony. Aby oszczędzić armię, odesłał wojsko do domu, a sam pozostał na straconej pozycji z niewielkim oddziałem liczącym 299 Spartan wybranych spośród ochotników, którzy nie mieli żon i dzieci. Na butną propozycję Kserksesa, aby oddał mu przełęcz bez walki, szlachetny Leonidas odparł dumnie: „Przyjdź i weź!” – i te słowa (gr. „molon lave”) widnieją na jego pomniku.


Walka, która rozgorzała, była krwawa. Przed zachodem słońca polegli wszyscy Spartanie, jednak bitwa ta – choć przegrana – nie oznaczała końca wojny. Krwawa ofiara mężnych Spartan nie poszła na marne. W kilka miesięcy później wojska Kserksesa zostały rozgromione pod Salaminą. Po drugiej stronie autostrady, na niewielkim wzgórzu w zacisznym gaju, znajduje się mogiła poległych Spartan, otoczona 299 żałobnymi cyprysami. Na jej szczycie umieszczono skromną tablicę ze słynnym dwuwierszem Simonidesa:

„Przechodniu, powiedz Sparcie: Tu leżym, jej syny

Prawom jej do ostatniej posłuszni godziny”.



A mnie w tym miejscu, chwytającym za gardło wzruszeniem, przyszły na myśl słowa Słowackiego:

„Na Termopilach ja się nie odważę

Osadzić konia w wąwozowym szlaku.

Bo tam być muszą tak patrzące twarze,

Że serce skruszy wstyd – w każdym Polaku.

Ja tam nie będę stał przed Grecji duchem –

Nie – pierwej skonam, niż tam iść z łańcuchem.

(...)

Na Termopilach, bez złotego pasa,

Bez czerwonego leży trup kontusza,

Ale jest nagi trup Leonidasa,

Jest w marmurowych kształtach piękna dusza;

I długo płakał lud takiej ofiary,

Ognia wonnego i rozbitej czary.”

Urok i patos pobytu w historycznym miejscu nadwerężył nieco klasyczny zjazd na tyłku, który ze wzgórza Spartan wykonałam z niezaprzeczalnym wdziękiem mastodonta. Oj, no... poślizgnęłam się po prostu na wypalonej słońcem mieszaninie piachu i kamieni. Zjechałam z samej góry i oceniłam szkody: rozdarte spodenki, z całym szacunkiem – majtki i pośladki, dwie nogi obdarte ze skóry i jedna paskudna rana na stopie. Mogło być gorzej.
Pokuśtykałam w stronę atrakcji terenu: źródeł termalnych, bijących tam nieprzerwanie od tysięcy lat. Wytryskują ze zbocza góry i rozlewają się malowniczymi strumieniami.


Pierwszym wrażeniem, odnotowanym po zbliżeniu się do turkusowej wody, był nieziemski smród. Jak się okazało, źródłem czarownej woni są siarczany, które czynią strumienie dobroczynnymi dla zdrowia. Bezmyślnie zanurzyłam obolałą stopę w leczniczym potoku z idiotyczną nadzieją na odczucie ulgi i doznałam wstrząsu: odrażająca ciecz parzyła! W palącym słońcu było to doznanie szokujące. Ciężko urażona, wyjęłam kopyto i pospiesznie oddaliłam się w stronę nowego trofeum. Resztę czasu spędziłam, gołocąc z lubością drzewa figowe z cudownie dojrzałych, wygrzanych w słońcu owoców. Smakowały jak ambrozja.


niedziela, 22 stycznia 2012

8. Żywy plastik a mózg z placebo



- Wieeeeesz – powiedziała konfidencjonalnym szeptem Topielica, zwracając się do Dramatycznej. – Mój Misiaczek jest w szoku, bo pierwszy raz widział u człowieka włosy pod pachami.
- Co ty powiesz? – wyraziła uprzejme zbulwersowanie Dramatyczna.
- To musiał być jakiś lump – ziewnęła, jak zwykle znudzona, Gwiazda. – Kto normalny ma włosy pod pachami?
- Nikt – wzruszyła ramionami Topielica.
- Tylko patologia – skwapliwie poświadczyła Dramatyczna.
- Tak też dziecku wytłumaczyłam – przytaknęła Topielica.
Pomyślałam, że nie chciałabym wiedzieć, co myślą o zwykłych, przeciętnych mężczyznach, którzy nie depilują się z góry na dół, żeby wyglądać jak Keny z plastiku made in China i o biednych kobiecinach chorych na hirsutyzm.
- Jeeeeeeezuuuuuuuu, ale masz piękne cycki – zmieniła temat Dramatyczna i przeniosła wzrok na Szefa. – Czy on ma w domu lustro? No przecież to dramat!
Topielica parsknęła śmiechem i schowała się za Gwiazdą.
- Dajcie spokój, jak można tak wyglądać...? – retoryczne pytanie Gwiazdy zawisło w powietrzu jak wyrzut.
- Ej, patrzcie! – Dramatyczna wskazała nagle szpicem brody Chudego Dżeka. – No przecież beznadziejny! – prychnęła z pogardą. – To dramat, po prostu dramat...! Spójrzcie na tę marynarkę, na te okulary... Gdzie on to kupuje? Kto się dzisiaj tak ubiera?!
Odruchowo podążyłam wzrokiem w kierunku chłopaka. Niestary, wysportowany... Ubrany przeciętnie, w każdym razie schludnie, czysty i zadbany. Też patologia...? Ciekawe, czy depiluje się pod pachami. Dotąd zawsze robił na mnie wrażenie normalnego.
- Przysłuchajcie się, jak on mówi – ciągnęła niezmordowanie Dramatyczna. Topielica krzywo uśmiechała się do blatu stołu. Gwiazda ziewała bez żenady.
- Dramatyczna, gdzie sobie zrobiłaś taką fryzurę?
Dramatyczna zalotnie potrząsnęła nieforemną meduzą spowijającą podgolone ciemię. Przelotnie zastanowiło mnie, gdzie wybieliła sobie skórę, do niedawna usianą piegami. Trzeba przyznać, że ma zacięcie do samookaleczania. Odchudzanie do rozmiaru średnio zabiedzonego kościotrupa przypłaciła operacją flaków.
- Patrzcie na Lady D.! – Topielica krztusiła się od tłumionego śmiechu. W odróżnieniu od Gwiazdy i Dramatycznej nie jechała na Botoxie i przynajmniej twarz miała prawie prawdziwą. Poza nienaturalnie białymi zębami i nieudanie powiększonymi ustami. Przysadzista Lady D. z zapałem coś referowała.
- To jest coś gorszego niż Shrek – Gwiazda wyglądała, jakby miała za chwilę zwymiotować. – Gruba jak beczka i do tego ta gęba!
- I gdzie ona się ubiera? Na bazarze? To powinno być karalne! Dramat, po prostu dramat... – oburzenie Dramatycznej sięgnęło zenitu. Topielica uśmiechała się krzywo. Skuliłam się w sobie i głupio zapragnęłam stać się niewidoczna.
- A co to masz za sukienkę? – Topielica zwróciła się do Gwiazdy w rozmodlonym zachwycie.
- A nic takiego – na znudzonej twarzy Gwiazdy błysnął cień zainteresowania. – My z Bliźniaczką mamy dokładnie takie same wymiary jak modelki, więc jeździmy do Warszawy na wyprzedaże kolekcji projektantów. Prosto z manekinów. Po jednym razie na wybiegu. Wszystko pojedyncze egzemplarze, a za półdarmo.
- Baaaardzo ładna – pokiwała głową Topielica. – dużo zapłaciłaś?
- Co ty, mówię ci przecież, że liczą za pół ceny. Głupie 8 tysięcy.
Jezu. Zamknęłam oczy i policzyłam dziesięć oddechów. O czym one mówią? Gdybym miała 8 tysięcy, wyremontowałabym wreszcie łazienkę, w której tynk ze ścian kawałami wpada mi do wanny. Ile rzeczy można kupić za 8 tysięcy...?
- Dlaczego ta Iśka chodzi taka zaniedbana? – niesmak Dramatycznej sięgnął zenitu.
Biedna Isia uciekła niedawno w środku nocy z dwójką małych dzieci od męża, który startował do niej z nożem. Ze swoją połówką etatu rozpaczliwie walczyła o przetrwanie każdego dnia w wynajętej suszarni na jedenastym piętrze.
- Iśka, ty masz siwe włosy! – dobiegł mnie zgorszony syk Dramatycznej. Zmęczona, smutna, wyszarzała Isia już prawie nie rzucała cienia.
- No, mam – uśmiechnęła się przepraszająco.
- To dlaczego się nie farbujesz? – oburzyła się Gwiazda. – Nie można być taką zaniedbaną!
Fakt, zbrodnia to niesłychana. Poczułam, że wewnątrz mnie coś burzy się niebezpiecznie. Isia uśmiechała się blado, zawstydzona.
- Zmęczona jestem... i w ogóle. Nie chce mi się – zakończyła desperacko.
- No wiesz?! – Dramatyczna robiła wrażenie osoby, której cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. – Już nie mów, że to z tej biedy. Nawet bezdomne, te z dworców, się farbują!

czwartek, 19 stycznia 2012

7. Tak jakoś...



Tak jakoś mi się przypomniał.

* * *

Wiele lat temu, gdy zaczynałam szóstą klasę podstawówki, przeprowadziliśmy się na nowo wybudowane osiedle. Mam doskonałą pamięć wzrokową, dlatego szybko zaczęłam rozpoznawać ludzi mieszkających w pobliżu. Od dawna byłam bardziej wyrośnięta i bujniej rozwinięta niż moje rówieśnice. Będąc w ósmej klasie, wyglądałam na zupełnie dorosłą. Z tamtych czasów zapamiętałam na zawsze po raz pierwszy wyłowione z tłumu, wściekle niebieskie oczy mężczyzny, wpatrującego się we mnie jak w tęczę podczas jazdy autobusem. Ten wzrok, wesoły i jakby lekko kpiący, zapadł mi głęboko w świadomość. Mężczyzna był dużo ode mnie starszy, bardzo błękitny i bardzo jasny... Taki, jakich od niepamiętnych czasów lubiłam. Wysiadł na moim przystanku. Wchodząc do swojej klatki, obejrzałam się z ciekawością. Dogoniło mnie niebieskie spojrzenie. Nie wiedzieć czemu, w windzie usłyszałam łomotanie własnego serca.

* * *

Spotykałam go całymi latami nieomal codziennie. W sklepie, na chodniku, w autobusie, przy kiosku. Obok przenikliwego, błękitnego spojrzenia biegnącego w moją stronę, po jego twarzy zaczął błąkać się półuśmiech. Przez pierwsze lata unikałam wzrokiem niebieskich oczu, żeby gwałtownym rumieńcem nie zdradzić dziwnej mieszanki rozsadzających mnie emocji. Po kilku latach, będąc już na studiach, po każdym spotkaniu nuciłam pod nosem frazę: „Kiedy cię rano widzę na swej drodze, mam dobry dzień...”. Gdy wreszcie odważyłam się odwzajemnić jego uśmiech, przyszedł czas, w którym po raz pierwszy usłyszałam z jego ust: „dzień dobry”. Wkrótce potem zaczął pojawiać się w moich snach. Dusznych, gorących, erotycznych.

* * *

Niedługo po studiach Dora zaprosiła mnie na imprezę.
- Organizuje Długi, ale chatę daje jego kuzyn. Znam go trochę, w porządku facet.
We trójkę wjechaliśmy na siódme piętro. Drzwi otworzył gospodarz. Na wycieraczce czas się zatrzymał.
- O... My się już chyba znamy – powiedział wesoły, lekko kpiący głos, przez który przedzierał się gwałtowny łomot mojego serca. Zamarłam pod spojrzeniem śmiejących, przenikliwie niebieskich oczu.
- I to od dziesięciu lat – odpowiedziałam słabo, zanim zdążyłam cokolwiek pomyśleć. Dora z Długim patrzyli na nas w zaskoczonym milczeniu. Na ich oczach rozgrywało się coś, od czego namacalnie gęstniało powietrze.
- No wchodźcie, dlaczego tak stoicie? – drzwi otworzyły się jeszcze szerzej. Weszłam jak w hipnotycznym śnie. – Będziesz gospodynią tego wieczoru – powiedział śmiejący głos. Na dłoni poczułam parzące muśniecie warg. – Oddaję wszystko w twoje władanie.
Tej nocy nie wróciłam do domu. Nawet, gdy wszyscy już wyszli i nie został nikt poza nami.

* * *

Utonęłam w niebieskich oczach i jasności włosów. Płomienny romans wybuchł z siłą tajfunu. Przerwałam go jednak sama, gdy zdecydowałam się na zamążpójście za Eksa. Śmiejący głos jeszcze na miesiąc przez moim ślubem mówił w słuchawce:
- Wróć... nie wychodź za niego... co on ci może dać, ten chłystek...?
Nie wróciłam. Nigdy nie dowiem się, czy dobrze zrobiłam.

* * *

Tak jakoś mi się przypomniał.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

6. Grecja: Saloniki



Zwiedzanie Grecji zaczęliśmy od Salonik. To ogromne, półtoramilionowe miasto, przepięknie położone nad Zatoką Termajską Morza Egejskiego. Założył je w IV w. p.n.e. król macedoński Kassander i nazwał imieniem swojej żony, siostry Aleksandra Macedońskiego: Thessalonika. Tuż nad brzegiem morza, na malowniczym bulwarze znajduje się konny posąg Aleksandra Macedońskiego (zwanego Wielkim). Kieruje się na wschód – zapewne nieprzypadkowo, gdyż jego potęga wzięła się z podboju imperium perskiego. Koń, którego dosiada, to oczywiście ukochany przyjaciel Bucefał (Bukephalos).


Nieopodal, nieco bardziej na zachód od pomnika, znajduje się Biała Wieża. Jest to okrągła baszta z jasnego kamienia. W okresie, gdy Grecja znajdowała się w niewoli tureckiej, nazywano ją Krwawą Wieżą, gdyż spełniała funkcję krwawego więzienia, w której bezlitośnie mordowano janczarów.


- Mamo, dorośli są dziwni! – zawyrokowała znienacka 10,5-letnia wówczas Nieletnia.
- ???!
- No tak! W waszym świecie biała wieża jest brązowa, a czarna skrzynka – pomarańczowa!
Co prawda, to prawda.
Grecja to taki kraj, w którym gdzie by nie wbił łopaty, tam zawsze trafia się na jakieś wykopaliska. Współczesność zgodnie koegzystuje tam ze starożytnością. W samym środku zwyczajnego blokowiska Salonik widziałam na przykład zdumiewającą rzecz: ciągnące się przez znaczną część miasta ruiny pałacu Thessaloniki – wspomnianej siostry Aleksandra Macedońskiego.


Przy jednej z ruchliwych ulic zaś, na tle nowoczesnych bloków, stoi łuk triumfalny cesarza Galeriusza.


Tam właśnie, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam mandarynki w naturze. Drzewo rosło sobie tak zwyczajnie, na chodniku. Zupełne żelepuchy, bo to zapewne nie ich czas dojrzewania, ale jednak mandarynki (a może pomarańcze...?)! Dostarczyły mi nadzwyczajnej radochy.




Większość Greków należy do greckiego kościoła prawosławnego. Zwiedzając jedną z najcenniejszych salonickich bazylik, Agía Sofía (kościół Świętej Mądrości Bożej), doznałam rzetelnego wstrząsu na widok imponującej wielkości i piękna żyrandola. Jego uroda zapiera dech w piersiach.

 
Równie frapującym przeżyciem było namierzenie przeze mnie gdzieś na tyłach świątyni prawdziwego drzewa granatu. Owoce, oczywiście, były niedojrzałe, jakże by inaczej. Ale były to moje pierwsze w życiu, wzruszające granaty w naturze!


Kolejnej atrakcji dostarczył przepiękny bizantyjski kościół z XIV wieku – Ágios Panteleímonas, zachwycający płynnością linii i elegancją.


Kontemplując z zewnątrz piękno Ágios Panteleímonas, poczułam nagle piękny, bardzo intensywny zapach. Zdążyłam zastanowić się przelotnie, kto, u licha, w taki skwar wylewa na siebie hektolitry tak mocnych perfum, gdy w moje rozważania wdarł się głos pilotki, kierującej naszą uwagę na rosnące nieopodal pokaźne drzewo ozdobione różowymi pióropuszami. To ono wydzielało z siebie ten oszałamiający, rajski zapach! Albizia julibrissin, zwana chińskim drzewem jedwabnym – podobno przynosi szczęście. A pewnie! Od samego zapachu może się człowiekowi zakręcić w głowie z radości!


A swoją drogą: to, co oczarowało mnie tamtego dnia – pawie i jabłka granatu – to atrybuty królewskiej małżonki Zeusa, Hery. Zachwycające!

piątek, 13 stycznia 2012

5. Matka



Poznałam ją dobrych kilkanaście lat temu. Pięćdziesięciokilkulatka sponiewierana chorobami chwyta za serce spokojem, opanowaniem wyrozumiałością, zrozumieniem i akceptacją praktycznie dla każdego. O swoim życiu mogłaby spisać tomy. O tym, jak adoptowała czworo dzieci i stworzyła im wspaniały dom. O tym, jak odszedł od niej mąż. O aktach skrajnego poświęcenia dla dzieci. O ich dzieciństwie i chorobach. O tym, jak dorastały. O tym, jak Najstarszy odpłaca jej za miłość ofiarą z własnego życia: 45-letni rencista nie założył własnej rodziny – żyje po to, by opiekować się Matką. O tym, jak jej serce zamieniło się w krwawiący strzęp po ciężkim pobiciu Palacza. O kłopotach z Pyskatą, która po nieudanym małżeństwie nareszcie znalazła miłość i spokojną przystań. O udanym związku Młodej i o ukochanej Wnusi. O chorobach, niekończącej się historii z lekami i biedą. O pogarszającym się wzroku. Z dumą pokazuje zdjęcia z biskupem, który gościł w ich domu. Wyjmuje gazetę, w której jednego roku z okazji Dnia Matki opisano właśnie ją, Matkę Nad Matkami, która dała i wciąż daje tyle szczęścia swoim dzieciom.
Od pierwszego wejrzenia budzi zaufanie i podbija ludzkie serca szczerością, kulturą bycia, wyszukanym językiem, poczuciem humoru i miłością życia. W tym domu, gdzie często daniem głównym i jedynym jest chleb z margaryną, aż chce się pomagać. Gdy Młoda potrzebowała niebagatelnej sumy pieniędzy na specjalistyczne leczenie, wytrzasnęłam ją dla niej nieomal spod ziemi. Przez kilka lat dyskretnie podbierałam po jednym rachunku, aby zapłacić jakiś zaległy – a to za prąd, a to za mieszkanie... I oddawałam zapłacony. Zanosiłam rozmaite zakupy, a przed świętami taszczyłam całe siaty, żeby choć te kilka razy w roku mogli zakosztować normalności. Komu tylko mogłam, mówiłam o wielkich sercach i wielkiej biedzie. Przez lata całe organizowałam wszelką pomoc.
Pierwszy, z tajemniczych wówczas dla mnie powodów, nawymyślał mi Kufel.
- Głupia, ja już skończyłem z tym procederem, kiedy usłyszałem: „miłość za miłość, synu” tonem jednoznacznie obwieszczającym „miłość za reklamówkę z zakupami” – rzekł, spluwając z obrzydzeniem. – Wystarczyło raz przyjść z pustymi rękami. A co ja, mam pójść kraść dla nich?
Innym razem od niechcenia wstąpił do mnie Różowy.
- Byłem u nich. Zastanawia mnie, że delikatne powonienie schorowanej Matki bez problemu znosi te kłęby dymu. I to w domu, gdzie z zasady się nie pali i wszystkie psy wiesza na palących.
- Faktycznie – przypomniałam sobie. –Ona twierdzi, że może na lekarstwa nie mieć, ale na papierosy dla Palacza MUSZĄ się znaleźć. Bo on MUSI palić, to jest radość jego życia.
Prawdziwą sensację przyniosła Pani Kołtun.
- Była u mnie Ciotka Dewotka.
- Ta, co pracuje w MOPS-ie?
- Ta sama. I okazało się, że ta rodzina jest znana w całym mieście. Dorosłe chłopy siłą tkwią w domu, pobierają renty, wyłudzają, co się da i od kogo się da. Od MOPS-u, od Brata Alberta, od Urzędu Miasta, od proboszcza, od rodziny, od sąsiadów, od wszystkich bliższych i dalszych znajomych.
Mnie samej zaleciało fałszem na drugim weselu Pyskatej. W tej pokazowej katolickiej rodzinie Matka patetycznie błogosławiła krzyżem młodej parze: rozwódce sypiającej ze szwagrem na oczach dziecka i podejrzanemu typowi znikąd. Wzorcowa Matka adoptowanej czwórki, która deklaruje miłość do dzieci ponad własne życie, zaleciła w pewnym momencie Pyskatej oddać dziecko z pierwszego małżeństwa... do domu dziecka! W tym samym domu, gdzie głosi się, że żaden alkohol (nawet butelka piwa) nie ma prawa wstępu, a sam jego zapach ostentacyjnie odrzuca wszystkich domowników, Palacz otworzył przy mnie szafkę szczelnie wypchaną butelkami z wszelkimi rodzajami napojów wyskokowych. Od tego widoku aż mi dech zaparło.
- Wiesz, ja głupi myślałem, że coś podkoloryzowałaś, mówiąc o tych płaconych rachunkach, zakupach i pomocy dla Młodej – wyznał kiedyś ze wstydem Różowy. – Matka opowiadała o tobie, że jesteś pasożytem, który przesiadywał u nich całymi dniami i wyjadał im ostatnie kromki chleba z margaryną. Żadnej pomocy nigdy od ciebie nie otrzymali, wszystko sobie zmyśliłaś.
Po prostu mnie zatkało.
- Nie przejmuj się... – dodał, widząc osłupienie i zgrozę malujące się zapewne na mojej twarzy. - Teraz już widzę, jak to hula. Wziąłem dla nich kredyt i wcale nie wiem, czy nie będę musiał sam go spłacać. Cholera! Niby nie mają co do garnka włożyć, ale nowe biurko, komputer i aparat cyfrowy za grube tysiące dla Palacza kupili. I zamrażarkę dwumetrowej wysokości. Czyżby na tę margarynę?

wtorek, 10 stycznia 2012

4. Caritas contra WOŚP


Tradycyjnie za chwilę, jak co roku, rozpęta się kampania antyowsiakowa. Sfory miłosiernych samarytan będą ujadać i pluć jadem w kierunku WOŚP, jako jedynie słuszną instytucję charytatywną wskazując, oczywiście, Caritas. A teraz:
1. Historyjka numer jeden.
W moim mieście, w jednym ze szpitali wojewódzkich oddział neonatologii jako pierwszy w Polsce został wyposażony przez WOŚP na najwyższym, światowym poziomie. Swojego czasu wizytujący oddział neonatolodzy z różnych stron świata kiwali w zadumie głowami, a niektórzy z nich powiedzieli: „Wiemy, wiemy i zazdrościmy” (jako członek sztabu WOŚP byłam świadkiem tej rozmowy). Podobno wtedy osiągnęliśmy taki standard, jakim szczycili się Japończycy.
Kilka lat temu Lalka – moja koleżanka – urodziła córeczkę, która bezpośrednio po przyjściu na świat znajdowała się w stanie krytycznym. Jej życie i zdrowie zostały uratowane na tym właśnie oddziale. Co roku Lalka mówi: „Owsiakowi zawdzięczam życie mojego dziecka”. I hojnie wspiera WOŚP. Takich matek są w Polsce tysiące. Na państwo ani na Caritas nie mogły liczyć.
Tu rodzi się pytanie: czy gdyby oddział, na którym uratowano życie jej dziecka, nie został wyposażony przez WOŚP, Caritas pomogłaby Lalce w przetransportowaniu i wyleczeniu dziecka za granicą? Pozostawię je retorycznym.
2. Historyjka numer dwa.
W majowej i czerwcowej powodzi w ubiegłym roku ucierpiał Prosiaczek. Moja serdeczna przyjaciółka. Wraz z mężem, dziećmi, bratem i jego rodziną oraz rodzicami utracili wszystko. W sumie dwa domy. W tym czasie najwięcej szumu medialnego i pozamedialnego robiono wokół Caritas. Ludzie w najlepszej wierze tłumnie kupowali i oddawali co mogli dla ofiar tej niewyobrażalnej tragedii. Od rozgoryczonego Prosiaczka i licznych mieszkańców tego najbardziej chyba poszkodowanego w kraju miasta usłyszałam, jak wyglądała „pomoc” Caritas. Z różnych stron Polski zajeżdżały ciężarówki z darami, z których na miejscu wolontariusze Caritas wyładowywali nowiutkie koce, kołdry, poduszki, środki czystości i wodę do picia ofiarowane przez ludzi dobrej woli... i tyle je widziano. Powodzianie, którzy naprawdę stracili wszystko, odchodzili z kwitkiem. Jednych informowano, że „jeszcze nie ma”, innych – w tym samym momencie – że „już nie ma”. Gdzie się to wszystko podziewało...? Goryczy tych ludzi, pokrzywdzonych przez ślepy los, a potem upokorzonych rzucanymi im przez Caritas w miejsce nowiutkich darów stertami spleśniałych łachów, nie da się z niczym porównać.
- O Caritas szkoda nawet mówić – macha ręką Prosiaczek. – To jedna wielka ściema.
A tak na marginesie: czy ktoś kiedyś widział, żeby Caritas przedstawiła jakiekolwiek rzetelne, publiczne rozliczenie swojej działalności...? Odpowiedzi na wszelkie pytania pozostawiam do rozważenia w indywidualnym zakresie.

sobota, 7 stycznia 2012

3. Grecja: polowanie na cykady



Na chłodne dni dobry jest kaloryfer i ciepłe wspomnienie. Na przykład gorącego greckiego nieba. Ech, niezapomniany to był wyjazd, bo nawet do głowy by mi nie przyszło w mizerii swojej porywać się na takie fanaberie, ale wymyśliłyśmy z Martyrologią, że można by zaszaleć, zabrać dzieci i zrobić sobie wczasy w Chorwacji. Gdy już wszystko było dopięte na ostatni guzik i prawie siedziałyśmy na walizkach, właścicielka biura podróży zadzwoniła do mnie i poprosiła o pilną wizytę. Zdenerwowałam się, oczywiście. Jak się okazało, niekoniecznie słusznie – co prawda wiadomość była taka, że do Chorwacji nie zebrała się wystarczająca grupa, ale w zamian za to biuro zaoferowało nam Grecję. Bez żadnych dopłat. Nie posiadałam się ze szczęścia! Wręcz usłyszałam, jak gromkim echem zamierzchłej przeszłości przemówiły do mnie wieki. Świadomości, że dotknę stopami kolebki naszej cywilizacji, towarzyszył dreszcz emocji.
Mieliśmy przed sobą długą drogę: półtora tysiąca kilometrów do przebycia autokarem. Jednak dla mnie, z moim genem włóczęgostwa, od pieluch zaprawianej w bojach (że o Nieletniej nie wspomnę), taka przejażdżka to jak bułka z masłem. Podobnie dla Martyrologii i Owsika.
Pierwszym naszym celem była Serbia, gdzie czekał nas nocleg. To piękny, zielony, górzysty kraj, w którym jednak na każdym kroku widać ślady niedawnej wojny. Zrujnowane domy ze śladami pocisków, dobudowane na chybcika piętra nie pasujące do pozostałej części uszkodzonego budynku, wypalone ruiny – to wszystko niemi, ale wymowni świadkowie tragicznych dziejów byłej Jugosławii.
Serbski wieczór przyniósł mi cudowną niespodziankę. W zachodzącym słońcu uświadomiłam sobie, że akompaniuje nam miły, lecz nadzwyczaj donośny dźwięk. Coś jakby tysiące świerszczy rozcinało ciszę przeciągłym świstem, tylko głośno, o wiele głośniej. Olśnienie spłynęło na mnie wraz z nagłym wzruszeniem: to cykady. Na próżno rozglądałam się przez okno i wokół hotelu – siedziały dobrze pochowane przed niewprawnym okiem. W tym momencie zakwitło we mnie granitowe postanowienie: upoluję cykające draństwo! Draństwo wszelako wcale nie było skłonne do pozowania, dlatego przyszło mi jeszcze sporo uganiać się za nim z aparatem.


środa, 4 stycznia 2012

2. Flakonik


Różowemu

- Jesteś bardzo ładna – powiedział kiedyś Różowy.
- Yyyyyy? Co ty pierdasisz?
- No... normalnie – nie zrozumiał.
- Ale kto to mówi? Tyyyy?!!
- Aaaaaaa... o to ci chodzi. Zrozum, ja cię oceniam obiektywnie. Tak, jak się patrzy na coś ładnego. Estetyczny przedmiot, widoczek, flakonik...
- Przedmiot? – powtórzyłam zdumiona. – Flakonik...?
- Albo jak Matka Boska.
Osłupiałam.
- On ma rację – wtrącił się Profesor. – Jesteś jak Matka Boska.
- Matka Boska Gejowska – dodał Różowy i zaczął się śmiać.

* * *

W czasie Wielkiego Bum Różowy strzegł mnie całodobowo jak oka we własnej różowej głowie. Walczył o mnie zawzięcie i wygrał – pomógł mi stanąć na nogi.
Pewnej nocy przyśniło mi się, że ulicą, przy której mieszkam, jeżdżą tramwaje, a ja spaceruję z Różowym i komentujemy ten niezwykły fakt. Obudziwszy się, sięgnęłam po komórkę, aby sprawdzić, która jest godzina. Była 110. Przez głowę przemknęła mi myśl, aby wysłać do Różowego SMS-a, ale zrezygnowałam. Nie było potrzeby go budzić. Przecież to tylko zwykły, głupi sen. Następnego dnia przy wieczornym piwku Różowy odezwał się nagle:
- A wiesz, śniłaś mi się dzisiaj. Taki głupi sen...
- Ty też mi się śniłeś.
- Zaraz opowiesz. Mnie się śniło, że spacerowaliśmy pod twoimi oknami, tak w stronę stadionu...
- Co takiego?! – nie dowierzałam temu, co słyszę.
- No co się tak dziwisz...?
- Mów dalej!!! – poczułam, jak po plecach przebiegają mi ciarki.
- No już mówię... W sumie nic więcej, tylko że tą ulicą jeździły tramwaje...
- O której to było?! – o mało nie zachłysnęłam się piwem.
- Tak gdzieś koło pierwszej, zaraz potem się obudziłem i myślałem o tobie, czy wszystko w porządku, miałem nawet ochotę zadzwonić, ale po co miałem cię budzić w środku nocy...

* * *

Śnić o jednej godzinie w dwóch różnych domach ten sam sen i obudzić się o tej samej porze... Miał kto z Was podobny przypadek?!
Czysta metafizyka!

niedziela, 1 stycznia 2012

1. Dobrze, a nawet jeszcze gorzej!



Wypadki chodzą po ludziach. Nawet w najporządniejszym domu zdarzają się ciężkie przypadki blogerów. Takim przypadkiem byłam onegdaj i ja. Niektórzy już mnie znają, inni wpadali okazjonalnie wówczas, gdy Onet zapewniał mi rozrywkę w postaci polecenia. Wyprodukowałam wówczas 55 postów, z czego 14 zostało poleconych, dzięki czemu liczba moich wrogów oraz osób znających mnie lepiej niż ja sama wzrosła o cyfry astronomiczne.
Ciężkie przypadki polegają na tym, że nawet jeśli bloger znika, ponieważ już mu się nie chce/nie ma czasu/nie ma ochoty/umarł/zdechł mu komputer/odłączyli mu Internet/popełnił samobójstwo/pozamiatał się pod dywan* (*niepotrzebne skreślić), to prędzej czy późnej i tak wróci, pchany zewem krwi/namowami bliskich/namowami dalszych/cnotą i ochotą/czymś niezrozumiałym* (*niepotrzebne skreślić).
A zatem: ogłaszam powrót!
Pora się przypomnieć, nieprawdaż?
Ekh... ekh... ekhem.
Jako że w Internecie krążą nieprzeliczone roje usłużnych i kompetentnych psychologów oraz lekarzy – wolontariuszy, którzy chętnie i ze znawstwem wystawią diagnozę, udzielą porady i ręki po zapłatę nie wyciągną, czerpiąc satysfakcję z bezinteresownej pomocy bliźniemu, nie muszę dzisiaj gdybać nad tym, co sobą reprezentuję. Wszystko otrzymałam już czarno na białym... pardon, czarno na pomarańczowym tak mniej więcej półtora roku temu. Wystarczyło tylko poczytać i wyciągnąć wnioski. A z tych wynikało jak na dłoni, że jest dobrze. A nawet jeszcze gorzej.
Mój światopogląd i pochodzenie nie pozostawiły miejsca na złudzenia: jestem ateistką z parszywej lewicy, która podwiewa syjonizmem (cokolwiek miałoby to znaczyć) prosto od agitacyjnych szmat Urbana i Michnika.
Mój wiek także nie budził wątpliwości: jestem typowym przykładem buntującej się nastolatki. Niestety, wiem jeszcze bardzo mało na temat dorosłego życia, brakuje mi doświadczenia, nie wspominając już o wiedzy. Co za tym idzie – jestem niedojrzała i naiwna. Mój niski poziom intelektualny jest już tylko oczywistą i naturalną konsekwencją powyższego. Czy tam odwrotnie.
Żadnych trudności nie nastręczało określenie mojej płci: ponad wszelką pewność jestem męską, szowinistyczną świnią, która nienawidzi kobiet. Od siebie dodałabym tylko tytułem uzupełnienia, że mi nie staje.
Moja orientacja seksualna zaprezentowała się jeszcze lepiej. Jestem lesbijką i zoofilką, ponadto szczerzę się do czarnuchów i rozkładam nogi przed każdym bambusem. Jestem nie tylko latawicą, co zresztą sama sygnalizowałam w poście o samolotach, ale także seksoholiczką, uzależnioną od seksu na amen, uprawiającą go jak królik: wszędzie i z kim popadnie.
System wartości zaprezentowałam stosowny do upodobań: wyuzdanie, brak zasad moralnych (ale za to oralne mam!), alkoholizm, seks, prochy i rock and roll!
Charakterologicznie sprawa przedstawiła się klarownie. Nikt mnie nigdy nie kochał, tylko gębę miałam codziennie obijaną, no i jestem tak brzydka, że nikt mnie nie chce, dlatego zazdroszczę wszystkim dookoła i mszczę się na innych za swoje nieudane życie. Jeden przenikliwy komentator zdiagnozował u mnie nawet schizofrenię.
W prostej konsekwencji umysłowo stoję jak stoję, a nawet leżę. No bo siedzę „na Internecie” (w swojej ułomności nie kapnęłam się nawet! myślałam, że na dupsku) i „debilizmy wypisuję”. Prawdopodobnie sama to wszystko wymyślam, a co gorsza, sama piszę swój blog!!! O takiej drobnostce jak pisanie komentarzy samej sobie i prowadzeniu wymyślonych rozmów z samą sobą nie warto nawet wspominać. W końcu trzeba czasem porozmawiać z kimś na swoim własnym poziomie.
Wszystkich moich wymyślonych Czytelników, starych i nowych oraz nieistniejących Komentatorów witam z otwartymi ramionami i zapowiadam kontynuację starych nawyków. Czasem przemycę – tak dla odświeżenia wspomnień – któryś ze starych tekstów, co by Wam tak za dobrze nie było. Adres mam krótszy i prostszy niż stary, o którym ćwierkały życzliwe jaskółki, że zagnieździła się pod nim jakaś analfabetka, toteż problemów z zapamiętaniem nie przewiduję. A póki co, zapraszam – Wasza nadzwyczaj młoda, nadludzko piękna, nadprzyrodzenie mądra i oszałamiająco skromna, męska, szowinistyczna i zoofilna lesbijka oraz alkoholiczka, Frau Be :)