sobota, 7 stycznia 2012

3. Grecja: polowanie na cykady



Na chłodne dni dobry jest kaloryfer i ciepłe wspomnienie. Na przykład gorącego greckiego nieba. Ech, niezapomniany to był wyjazd, bo nawet do głowy by mi nie przyszło w mizerii swojej porywać się na takie fanaberie, ale wymyśliłyśmy z Martyrologią, że można by zaszaleć, zabrać dzieci i zrobić sobie wczasy w Chorwacji. Gdy już wszystko było dopięte na ostatni guzik i prawie siedziałyśmy na walizkach, właścicielka biura podróży zadzwoniła do mnie i poprosiła o pilną wizytę. Zdenerwowałam się, oczywiście. Jak się okazało, niekoniecznie słusznie – co prawda wiadomość była taka, że do Chorwacji nie zebrała się wystarczająca grupa, ale w zamian za to biuro zaoferowało nam Grecję. Bez żadnych dopłat. Nie posiadałam się ze szczęścia! Wręcz usłyszałam, jak gromkim echem zamierzchłej przeszłości przemówiły do mnie wieki. Świadomości, że dotknę stopami kolebki naszej cywilizacji, towarzyszył dreszcz emocji.
Mieliśmy przed sobą długą drogę: półtora tysiąca kilometrów do przebycia autokarem. Jednak dla mnie, z moim genem włóczęgostwa, od pieluch zaprawianej w bojach (że o Nieletniej nie wspomnę), taka przejażdżka to jak bułka z masłem. Podobnie dla Martyrologii i Owsika.
Pierwszym naszym celem była Serbia, gdzie czekał nas nocleg. To piękny, zielony, górzysty kraj, w którym jednak na każdym kroku widać ślady niedawnej wojny. Zrujnowane domy ze śladami pocisków, dobudowane na chybcika piętra nie pasujące do pozostałej części uszkodzonego budynku, wypalone ruiny – to wszystko niemi, ale wymowni świadkowie tragicznych dziejów byłej Jugosławii.
Serbski wieczór przyniósł mi cudowną niespodziankę. W zachodzącym słońcu uświadomiłam sobie, że akompaniuje nam miły, lecz nadzwyczaj donośny dźwięk. Coś jakby tysiące świerszczy rozcinało ciszę przeciągłym świstem, tylko głośno, o wiele głośniej. Olśnienie spłynęło na mnie wraz z nagłym wzruszeniem: to cykady. Na próżno rozglądałam się przez okno i wokół hotelu – siedziały dobrze pochowane przed niewprawnym okiem. W tym momencie zakwitło we mnie granitowe postanowienie: upoluję cykające draństwo! Draństwo wszelako wcale nie było skłonne do pozowania, dlatego przyszło mi jeszcze sporo uganiać się za nim z aparatem.


4 komentarze:

  1. Bardzo jestem ciekawa, czy Ci się to polowanie udało?
    Pa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że tak. Poczytasz dalej, to zobaczysz!

      Usuń
  2. Zwracasz uwagę na szczegóły, jak mańkuty z fotograficzną pamięcią. :-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drobiazg! :) Jak na mańkuta przystało :)

      Usuń