poniedziałek, 16 stycznia 2012

6. Grecja: Saloniki



Zwiedzanie Grecji zaczęliśmy od Salonik. To ogromne, półtoramilionowe miasto, przepięknie położone nad Zatoką Termajską Morza Egejskiego. Założył je w IV w. p.n.e. król macedoński Kassander i nazwał imieniem swojej żony, siostry Aleksandra Macedońskiego: Thessalonika. Tuż nad brzegiem morza, na malowniczym bulwarze znajduje się konny posąg Aleksandra Macedońskiego (zwanego Wielkim). Kieruje się na wschód – zapewne nieprzypadkowo, gdyż jego potęga wzięła się z podboju imperium perskiego. Koń, którego dosiada, to oczywiście ukochany przyjaciel Bucefał (Bukephalos).


Nieopodal, nieco bardziej na zachód od pomnika, znajduje się Biała Wieża. Jest to okrągła baszta z jasnego kamienia. W okresie, gdy Grecja znajdowała się w niewoli tureckiej, nazywano ją Krwawą Wieżą, gdyż spełniała funkcję krwawego więzienia, w której bezlitośnie mordowano janczarów.


- Mamo, dorośli są dziwni! – zawyrokowała znienacka 10,5-letnia wówczas Nieletnia.
- ???!
- No tak! W waszym świecie biała wieża jest brązowa, a czarna skrzynka – pomarańczowa!
Co prawda, to prawda.
Grecja to taki kraj, w którym gdzie by nie wbił łopaty, tam zawsze trafia się na jakieś wykopaliska. Współczesność zgodnie koegzystuje tam ze starożytnością. W samym środku zwyczajnego blokowiska Salonik widziałam na przykład zdumiewającą rzecz: ciągnące się przez znaczną część miasta ruiny pałacu Thessaloniki – wspomnianej siostry Aleksandra Macedońskiego.


Przy jednej z ruchliwych ulic zaś, na tle nowoczesnych bloków, stoi łuk triumfalny cesarza Galeriusza.


Tam właśnie, po raz pierwszy w życiu, zobaczyłam mandarynki w naturze. Drzewo rosło sobie tak zwyczajnie, na chodniku. Zupełne żelepuchy, bo to zapewne nie ich czas dojrzewania, ale jednak mandarynki (a może pomarańcze...?)! Dostarczyły mi nadzwyczajnej radochy.




Większość Greków należy do greckiego kościoła prawosławnego. Zwiedzając jedną z najcenniejszych salonickich bazylik, Agía Sofía (kościół Świętej Mądrości Bożej), doznałam rzetelnego wstrząsu na widok imponującej wielkości i piękna żyrandola. Jego uroda zapiera dech w piersiach.

 
Równie frapującym przeżyciem było namierzenie przeze mnie gdzieś na tyłach świątyni prawdziwego drzewa granatu. Owoce, oczywiście, były niedojrzałe, jakże by inaczej. Ale były to moje pierwsze w życiu, wzruszające granaty w naturze!


Kolejnej atrakcji dostarczył przepiękny bizantyjski kościół z XIV wieku – Ágios Panteleímonas, zachwycający płynnością linii i elegancją.


Kontemplując z zewnątrz piękno Ágios Panteleímonas, poczułam nagle piękny, bardzo intensywny zapach. Zdążyłam zastanowić się przelotnie, kto, u licha, w taki skwar wylewa na siebie hektolitry tak mocnych perfum, gdy w moje rozważania wdarł się głos pilotki, kierującej naszą uwagę na rosnące nieopodal pokaźne drzewo ozdobione różowymi pióropuszami. To ono wydzielało z siebie ten oszałamiający, rajski zapach! Albizia julibrissin, zwana chińskim drzewem jedwabnym – podobno przynosi szczęście. A pewnie! Od samego zapachu może się człowiekowi zakręcić w głowie z radości!


A swoją drogą: to, co oczarowało mnie tamtego dnia – pawie i jabłka granatu – to atrybuty królewskiej małżonki Zeusa, Hery. Zachwycające!

6 komentarzy:

  1. Wstyd ale nigdy nie byłam w Grecji!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jaki to wstyd? Przecież nigdzie nie jest napisane, że trzeba być. I nie każdemu jest dane.

      Usuń
  2. Zobaczyłam zdjęcie kościoła i wróciła czkawka, po"zwiedzaniu" Stambułu.
    Mam tylko nadzieję, że następne grupy wycieczkowe, dowiedziały się znacznie więcej niż ja i zobaczyły też znacznie więcej.
    :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam psiapsi z ogólniakowej klasy w Atenach...
    Jakoś Greków nie lubię -
    kolebka z taką sobie mentalnością,
    szczerze mówiąc...

    Ale widoki cudne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grecy są, jak dla mnie, zbyt hałaśliwi, ale Grecję wspominam bardzo miło.

      Usuń