poniedziałek, 27 lutego 2012

20. Nie lubię dowcipów o teściowej...



55 do 60 kilometrów strachu. Dusza wylazła mi na ramię, a łomoczące serce podpełzło do gardła. Ostatnie 13 kilometrów lasu, runda po mieście... W końcu trzeba było stanąć przed drewnianymi, brązowymi drzwiami, których każdy szczegół do dziś stoi mi w oczach.
Eks nacisnął mały, okrągły przycisk dzwonka.

* * *

Tuż przed moim wystraszonym nosem otworzyła drzwi nieco niższa ode mnie, korpulentna, siwowłosa kobieta.
- Dzień dobry...
- Dzień dobry – padła odpowiedź. Mocnym, ale miłym, jakby zakatarzonym głosem. Potem pamiętam już tylko, jak – pchnięte jakimś niewytłumaczalnym impulsem – radośnie padłyśmy sobie w objęcia. Te pierwsze sekundy już na zawsze określiły nasze relacje.
- Może dlatego, że wy obie takie same cholery jesteście – skomentował zaskoczony Eks.
Być może.

* * *

Kochałam ją. Była lekiem na każde zło. Gdy tłukła mnie chandra, wystarczyło podnieść słuchawkę i wykręcić numer, aby jej głos przywrócił światu porządek. Tydzień, który miał zakończyć się weekendem z nią spędzonym, upływał pod znakiem radosnej euforii, a piątkowy dzień pracy wieńczyło Faustowskie: „trwaj, chwilo, jesteś piękna”. Niecała godzina jazdy samochodem i już pławiłam się w szczęściu po same uszy.

* * *

Mądra, wykształcona, z niesamowitym poczuciem humoru, nie pasowała do całej tej reszty. Popełniła mezalians, który zaważył na całym jej życiu. We własnym domu, który należał do niej, była na każdym kroku szczuta, poniżana i upokarzana. Mąż, córka, syn, zięć nienawidzili jej za to, że miała klasę i rozum, których daremnie by szukać u nich. Była „odmieńcem” pośród prostaków.

* * *

Cieszyłam się nią zaledwie przez osiem krótkich lat. Odeszła niespodzianie, cicho i łagodnie, nie dożywszy sześćdziesiątki. Przez pierwsze dwa lata konałam z tęsknoty i bólu. Pozostaje jedynie wiara, że istnieje jakieś niebo... że pewnego dnia wejdę na niebiańskie pięterko po skrzypiących schodach, zatrzymam się na drewnianym podeście, a gdy zapukam do ciężkich, biało lakierowanych drzwi, uchylą się łagodnie i siwowłosa kobieta z robótką w ręku rzuci mi się na szyję jak wtedy, 9 stycznia 1994 roku.
Powita mnie moja wielka miłość, moja Najlepsza Przyjaciółka.
Moja Teściowa.

piątek, 24 lutego 2012

19. "Od Twoich listów pachniało w sieni..."


„List niby ze żywej krynicy pozwala czerpać wiadomości (...), zdaje mi się, iż gazety, iż druki to omdlałe glosy czasu, a pismo, a list to wiadomość i czas z pierwszej ręki” – pisał romantyczny filozof polski, Józef Kremer. Boleję nadzwyczajnie nad zanikiem cudownej sztuki epistolografii. Tradycyjne listy zostały wyparte przez bezduszne maile i lakoniczne SMS-y. Zimna elektronika odczłowieczyła komunikację międzyludzką i chociaż nie jestem w tym poglądzie odosobniona, to i tak należę do ostatnich jednostek ludzkich, które tęsknią za zwykłym, papierowym listem.
Odkąd sięgam pamięcią, wielu ludzi miało wstręt do pisania, jednak rozwój elektroniki niechęć tę jeszcze pogłębił i nawet ci, którzy dawniej lubili pisać listy, dziś – tłumacząc się wygodą i oszczędnością czasu – wolą stuknąć w klawiaturę i zamiast naklejania znaczka, kliknąć w „wyślij”. Znam i rozumiem argumenty przemawiające za unowocześnieniem komunikacji, ale nie oznacza to, że nie tęsknię za pełną skrzynką – ta prawdziwą, nie wirtualną.
Pamiętam z czasów, kiedy byłam nastolatką i z późniejszych, jak z biciem serca wyjmowałam z niej białe i kolorowe koperty – bywało, że i kilka dziennie. Od przyjaciół i od chłopaków. Szczególnie wyczekiwane przeze mnie były listy od Prosiaczka. 30 – 40 stron drobnym maczkiem – nieraz nie mieściły się w jednej kopercie, więc przychodziły w dwóch częściach. Takie same ja pisałam do niej. I jeszcze listy od mojego pierwszego narzeczonego, który studiował w Moskwie, a potem od Eksa, który pochodzi z miasta oddalonego od mojego o 60 km...
Odręcznie pisanego listu ktoś dotykał, pochylał się nad nim, wkładał w jego napisanie serce i trud staranności, schludności, estetycznej oprawy. Prawdziwy list miał duszę. Tchnął ciepłem myśli, czasem zapachem szeleszczących kartek. Można było go nosić ze sobą w torebce albo włożyć do szuflady wraz z innymi i przewiązać wstążeczką. Nie zastąpi go żaden, choćby najlepszy wynalazek.

wtorek, 21 lutego 2012

18. Grecja: narodziny Melpomeny



Cudowny, magiczny obrzęd teatru przetrwał do dziś jako jedna z najszlachetniejszych sztuk pięknych. Kolebką teatru była antyczna Grecja. Przestrzeń, w której rozgrywały się greckie przedstawienia, była przestrzenią otwartą, rozmiarami i kształtem przypominającą dzisiejsze stadiony.
Jej początki sięgają obrzędów ku czci Dionizosa (boga wina i winnej latorośli), sprawowanych w czasie świąt zwanych Dionizjami, kiedy to chór, złożony z mężczyzn odzianych w koźle skóry, mający wyobrażać składający się z satyrów orszak boga, śpiewał dytyramby – pieśni ku jego czci. Zalążkiem dialogu stało się wyłonienie z chóru koryfeusza – przewodnika, który prowadził rozmowę ze śpiewającymi. Pomysłodawcą wprowadzenia tego pierwszego aktora był grecki poeta Tespis.
O świcie, na stokach wzniesienia pod Akropolem, gromadził się tłum. Widownia, wykuta amfiteatralnie na stoku wzgórza, nazywana theatronem, mogła pomieścić nawet kilkanaście tysięcy osób. Była niesłychanie akustyczna. W każdym jej punkcie, nawet najwyższym, słychać po dzień dzisiejszy nie tylko ludzki głos, ale nawet brzęk monety upuszczonej przez człowieka stojącego na dole lub szelest miętej przez niego kartki papieru. U stóp widzów, na kolistym placu zwanym orchestrą, zamkniętym jedynie z jednej strony budynkiem skene, pojawiali się aktorzy, którym towarzyszył chór. Ubrani w długie, powiewne szaty, sprawiali wrażenie olbrzymów. Ten efekt wywoływały specjalne buty na wysokich klockach (koturnos) oraz wysoko upięte fryzury (onkos). Nie mieli twarzy – zastąpiły je maski z podwyższonym czołem: komiczne i tragiczne, kobiece i męskie. Maski, wynalezione przez Choirilosa z Aten, spełniały też rolę mikrofonu. Głos wydobywający się spod nich był wzmocniony, dobiegał do najdalej siedzących widzów. Członkowie chóru byli nadzy, odziani jedynie w futrzane spodenki i krótkie końskie ogony.
Od chwili wynalezienia budynku skene ustanowione zostało w teatrze miejsce dla ukrytej przestrzeni wewnętrznej, z której osoby dramatu wychodziły i do której powracały. Słychać było z niej krzyki albo wytaczano podest z aktorami zastygłymi w jakiejś znamiennej pozie. Dodatkowo w teatrze antycznym znajdowały się zejścia pod ziemię (zapadnie) oraz urządzenia do wznoszenia w górę (mechane). W początkach teatru na orchestrze znajdował się ołtarz Dionizosa, na którym składano bogu ofiary przed rozpoczęciem zawodów dramatycznych, był on również prawdopodobnie używany jako element scenografii. Budynek lub namiot skene służył dwóm podstawowym celom: w świecie rzeczywistym był garderobą, zaś w świecie przedstawienia wykorzystywano go jako element scenografii – był świątynią, pałacem, nawet grotą. Początkowo skene miała charakter tymczasowy, wznoszono ją i adaptowano do aktualnych potrzeb inscenizacyjnych za każdym razem od nowa, a później stała się nieodłącznym elementem każdego przedstawienia. W jej fasadzie znajdowały się centralnie ulokowane wielkie drzwi. Od VI w. p.n.e. drzwi stanowiły ulubiony motyw malarski i na skene przedstawiano dodatkowe, malowane wrota dwuskrzydłowe, z uchylonym jednym skrzydłem, zza którego wyglądała ukryta do połowy postać ludzka. Stosowano również po troje rzeczywistych drzwi, co miało symbolizować trzy różne budowle. Malarstwo sceniczne wykonywane było przypuszczalnie na płaskich panelach mocowanych do budynku skene. Przedstawiano na nich szczegóły architektoniczne: kolumny, schody, dachy lub kamienne groty. Ważnym elementem scenografii był dach skene – tam pojawiali się aktorzy w roli bogów, dlatego musiał być wystarczająco mocny, aby unieść dwóch lub trzech mężczyzn.
W teatrze greckim używano także urządzenia naśladujące odgłos grzmotu o nazwie bronteion – skórzany wór wypełniony kamieniami, którym uderzano w miedzianą blachę. W tragediach grzmotem podkreślano pojawienie się boga lub katastrofę. Istniało także urządzenie zwane keraunoskopeion, wywołujące efekt błyskawicy. Był to szybko obracający się graniastosłup o podstawie trójkąta z zaciemnionymi ścianami bocznymi i z namalowaną błyskawicą, która przebiegała przez wszystkie trzy ściany. Gwałtowny obrót wywoływał wrażenie uderzenia pioruna.
Właśnie ten najdawniejszy, pierwszy w Grecji teatr – Teatr Dionizosa u stóp Akropolu – dane mi było z ogromnym wzruszeniem oglądać. Tu właśnie odbywały się prapremiery dramatów trzech wielkich tragików ateńskich: Ajschylosa, Sofoklesa, Eurypidesa oraz Arystofanesa – jedynego komediopisarza, którego sztuki dochowały się do dzisiejszych czasów.


sobota, 18 lutego 2012

17. Homo ledwo sapiens



Gdzie diabeł nie może, tam Frau Be poniesie, no i oczywiście zaniosło mnie na jakieś forum, gdzie grzmiała pełna samouwielbienia kanonada na temat wielkości człowieka i paru jeszcze innych megalomańskich przekonań. Owszem, „człowiek” brzmi niby dumnie – ale tylko brzmi. W swoim zadufaniu ludzkość wymyśliła, że została stworzona na obraz i podobieństwo Boga oraz, że jest ukoronowaniem Jego stworzenia. Jeśli tak miałoby być, to... broń mnie Boże przed takim Bogiem, którego mielibyśmy być odbiciem!
Z jakiej zresztą przyczyny mielibyśmy być najdoskonalszymi czy też najważniejszymi spośród stworzeń? Na to pytanie nie potrafię sobie odpowiedzieć.
Skąd u mnie nie najlepsze notowania gatunku, który sama reprezentuję? Ano, z życia i z doświadczeń, jakie ono niesie.
Czynnikiem, który tak wysoko nas uplasował na drabinie bytów i odróżnił od braci niesłusznie zwanych mniejszymi, miał być podobno rozum. Piękne, zaiste, twierdzenie i jakże zaszczytne wyróżnienie! Pytanie tylko, gdzie – u licha! – podziewają się ludzie, którzy jeszcze go do jakichś celów wykorzystują? Wystarczy popatrzeć na ogólnoeuropejską tendencję do obniżania poziomu kształcenia, wystarczy spojrzeć na równającą w dół (lotem pikującym!) – do „norm unijnych” – polską oświatę, której końcowym produktem ma być magister – pomywacz o poziomie intelektualnym zbliżonym do selera naciowego (z całym szacunkiem dla selera!). Wystarczy nareszcie przyjrzeć się, ilu ludzi cokolwiek czyta (a czy rozumie to, co czyta – to już inna bajka, vide: niektórzy moi komentatorzy spod postów polecanych niegdyś przez Onet) albo jak uczestniczy – choćby w śladowym stopniu – w jakimkolwiek życiu kulturalnym.
Innym czynnikiem wyróżniających nas in plus spośród reszty stworzeń miała być mowa, dana tylko człowiekowi. Cóż – wystarczy posłuchać ludzi na ulicy, ekspedientek w sklepach, polityków, prezenterów radiowych i telewizyjnych, księży przemawiających publicznie. Przyjrzeć się szeroko pojętemu językowi (w tym wymowie, akcentowi, intonacji) reklam („...owoce Jogobelli SOM... SOM...”, „sto procent TUSZCZU”) Poczytać napisy w sklepach („SPUDNICA damska”, „WKŁATKI higieniczne”, „wędliny WIEPSZOWE”) lub wypowiedzi internautów (brak słów podziwu).





Za tak zwanych „moich czasów” na jeden oddział szkolny przypadał średnio jeden osobnik, który mówił i pisał tak, jak dzisiaj stało się to normą – tylko że wtedy wszyscy się z niego śmiali i wlokło się za nim piętno tumana. Dzisiaj jedna osoba na sto, która potrafi sprawnie posługiwać się w mowie i piśmie językiem (było nie było – ojczystym) budzi zdziwienie i niechęć. W szkole to w ogóle „obciach”. Śmiem twierdzić, że dziś pierwszy lepszy robol oderwany granatem od pługa, który 30-40 lat temu skończył zawodówkę, bieglejszy jest w mowie i piśmie od niejednego świeżo upieczonego abnegata z ciężko płatnym magistrem.
Trzeci czynnik wywyższający gatunek homo, niekoniecznie sapiens, to tzw. wolna wola. Tu bym polemizowała do upadłego, gdyż najczęściej to, co jawi nam się jako możność wyboru, tak naprawdę nią nie jest. W większości przypadków nikt nas nie pyta, czy na przykład chcemy ulec wypadkowi spowodowanemu przez pijanego kierowcę, w wyniku którego stracimy obie nogi. Nikt nie pyta nas, czy chcemy być porzuceni w dzieciństwie i oddani do domu dziecka lub czy chcemy zostać napadnięci i pobici. Poza tym proces socjalizacji w dużej mierze poddaje nas ograniczeniom: „nie wolno”, „grzech”, „nie wypada”, „tak się nie robi”. I bardzo dobrze, bowiem bez tego nie da się funkcjonować społecznie – ale po jaką cholerę powielać slogany o wolnej woli? Z drugiej strony, patrząc na to, co ludzkość w ogóle i każdy osobno z tą wolną wolą robi, dochodzi się prędziutko do wniosku, że Pan Bóg lepiej zrobiłby, gdyby nas hurtowo ubezwłasnowolnił.
Czwarty czynnik – poczucie moralności (sumienie, umiejętność odróżniania dobra od zła). Powiem tak: cha, cha, cha. I to było najbardziej ponure „cha, cha” w dziejach ludzkości. Ze swoim poczuciem moralności człowiek zabija swoje dzieci i trzyma ich zwłoki w beczkach, morduje innych dla zysku, przyjemności lub dla sportu. Jest bezinteresownie okrutny, znęca się fizycznie i psychicznie nad słabszymi od siebie. Dla zysku zdolny jest do największych podłości. Żywi zazdrość, zawiść, pogardę. Morduje zwierzęta dla futer i dogadzania swojemu zwyrodniałemu podniebieniu. Z rozmysłem wybiera zło, gdy widzi w tym interes. Ma za złe całej przyrodzie, że istnieje (śmierdzi, hałasuje, robi kupy, buduje żeremia, rośnie w złym miejscu) i niszczy ją, nie zdając sobie sprawy z tego, że to on sam i jego rozpasana „cywilizacja” są gnojem tego świata. Buduje bogom świątynie będące pomnikiem własnej ludzkiej pychy, nie myśląc i nie widząc, że jedyny Bóg to Stwórca, którego wszechwiedza i doskonałość odbija się w naturze.
Chyba zakończę w tym miejscu – ciąg dalszy grozi totalną mizantropią.

środa, 15 lutego 2012

16. Sposób na Orangutana



Mam problem – nie problem. I nie wiem, jak się go pozbyć. Problem nazywa się Orangutan. Tę wdzięczną, roboczą nazwę nadałam mu jeszcze w czasach, gdy studiowałam, a głowy pod tramwaj nie podłożę, czy i nie wcześniej. Zdarzyło się otóż jednego razu, że zaczepił mnie w autobusie osobnik o wstrząsającej aparycji. Słowo „orangutan” nasunęło mi się automatycznie i wbrew mojej woli, bo orangutany są piękne, a indywiduum stanowiło uosobienie antyideału urody męskiej. Wzrok dziki, szata plugawa, na głowie afro, na gębie nicość. Grzecznym tonem zaczął ze mną rozmawiać, konwersacja z nim jednakże dostarczyła mi wrażeń równych doznaniom estetycznym, które we mnie wzbudził. Żeby nie wyjść na niemotę, wydusiłam z siebie jakąś monosylabę i umilkłam. Rozochocony osobnik zadał mi w końcu sakramentalne pytanie, czy nie umówiłabym się z nim na kawę. W głowie coś krzyknęło ostrzegawczo: „apage, satanas!”, a z ust wydarł się jęk. Indywiduum grzecznie ponowiło prośbę, a na moje rozpaczliwe oświadczenie, że mam z kim chodzić na kawę, równie grzecznie przeprosiło i zamilkło. Gdy wysiadałam, z niezmąconą uprzejmością mnie pożegnało.
Nie byłoby w tym wydarzeniu niczego szczególnego, gdyby nie to, że za czas jakiś niedługi znów go spotkałam. I znowu w autobusie. Kompletnie o nim nie pamiętałam, ale wypatrzył mnie pomiędzy pasażerami i dopadł. Jak poprzednim razem, zagadnął uprzejmie i przeszedł do propozycji. Ponowną odmowę przyjął ze spokojem i historia się powtórzyła. Przeprosił, a potem grzecznie się pożegnał. Następnym razem (w autobusie, oczywiście!) zaczęłam kojarzyć Orangutana, a mój organizm nabrał zwyczaju reagowania na niego nerwową wysypką. Gdy po raz kolejny uprzejmie się przywitał i rozpoczął konwersację, obdarzyłam go najgorszym ze spojrzeń spode łba i warkotem zza obnażonych kłów. Nie przeciągał struny – tradycyjnie przeprosił, pożegnał i wycofał się chyłkiem na z góry upatrzoną pozycję. Od tej pory rozpoczęła się zabawa w kotka i myszkę. Orangutan, z niewiadomych powodów, znajdował się bardzo często w tych samych autobusach, co ja. W pewnym momencie zaczęłam nawet podejrzewać, że nie robi w życiu niczego innego, tylko całodobowo kursuje tam i z powrotem. Ochłonąwszy nieco, doszłam do wniosku, że po prostu poruszamy się po tej samej trasie. Zarówno na uczelnię, jak i później do pracy jeździłam w tę samą stronę. Średnio co drugi dzień, gdy wsiadałam do autobusu, wewnątrz znajdował się już Orangutan. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że zaczynam popadać w paranoję: każdorazowemu wejściu do środka lokomocji towarzyszyło trwożliwe rozejrzenie się po jego wnętrzu, czy aby nie znajdę w nim podejrzanego indywiduum. Często gęsto było. Opracowałam sobie pełną paletę min kruszących mury, walących drzewa, czyniących z obiektu spojrzenia kupkę popiołu albo wysypisko gruzu i nie wahałam się obficie ich używać. Nie pomogło. Kurtuazyjne zaloty Orangutana miałam zapewnione. Za każdym razem czułam się coraz bardziej zniecierpliwiona i coraz mniej przebierałam w słowach. Wycofywał się, grzecznie przepraszał i na tym kończył. Do następnego razu! Nawet gadki o mężu nie ostudziły jego zapału. Zdążyłam o nim zapomnieć w okresie, kiedy kupiliśmy samochód i problem zniknął samoczynnie. Po latach, pozbywszy się męża i samochodu, zaczęłam chodzić piechotą, zimą jednak, gdy do wyboru mam brnięcie po pas w zaspach albo brodzenie po kolana w brei, decyduję się na komunikację miejską. No i, nabywszy bilet sieciowy, zaczęłam, pławić się w luksusach. Jakiś czas temu, wlokąc siaty i ręce po ziemi, usłyszałam za plecami: „Dzień dobry, może mógłbym pomóc?”. Gdyby grom z jasnego nieba trzasnął mi w pompon, nie wywarłoby to na mnie większego wrażenia. Orangutan!!! Poczułam, że marzę o przyłożeniu ręki do zbrodni ludobójstwa. Tocząc pianę z pyska wyprułam do domu jak rakieta. Dzika furia zaniosła mnie na drugie piętro razem z siatami, nie musiałam nawet nogami przebierać. Ochłonąwszy, wyszłam ponownie, załatwiłam wszystkie planowane sprawy i dwie godziny później na przystanku pod zamkiem... wlazłam prościutko na Orangutana! Natychmiast się przykleił.
Nie wiem, czy facet jest tak tępy, że przez te wszystkie lata nie zdołało do niego dotrzeć, iż powinien schodzić mi z oczu?! Czy może aż tak wytrwały/zdesperowany? Napalił się na mnie jak szczerbaty na suchary, a ja nie mam pomysłu na to, jak się go skutecznie pozbyć. Nie polecę z donosem na policję, bo nawet nie wiem, jak się nazywa, a poza tym nie popełnia żadnych czynów bezprawnych. Nawet nie usiłuje za mną łazić, a upierdliwe propozycje matrymonialne nie są jeszcze karalne. Może ktoś ma pomysł na to, jak się go pozbyć? Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to udusić cholerę gołymi rękami...

niedziela, 12 lutego 2012

15. Grecja: mowa wieków


Sercem Aten jest, oczywiście, Akropol, bo tam właśnie rozpoczęła się ich historia. Na wzgórzu mieszkali pierwsi królowie miasta. Odwieczną bramą prowadzącą na święte wzgórze pozostały Propyleje (gr. „propylajon” – przedsionek) – dzieło Mnesiklesa. Była to monumentalna budowla z pięciorgiem drzwi. Przez najszersze – około siedmiometrowe – biegła Święta Droga, którą przechodziła procesja panatenajska (panatenaje były najważniejszymi świętami w Atenach, obchodzonymi na pamiątkę narodzin bogini Ateny).


Po drugiej stronie Propylejów otwiera się widok na najwspanialszy pomnik starożytnej kultury, Partenon – potężną dorycką świątynię poświęconą Atenie Dziewicy (Patrhenos), stojącą w najwyższym punkcie Akropolu. Pomysłodawcą Partenonu był Perykles, który powierzył jego wykonanie genialnym architektom, Iktínosowi i Kallikratesowi. Nad dziełami rzeźbiarskimi czuwał Fidiasz, który osobiście wyrzeźbił słynne fryzy (ciąg marmurowych płaskorzeźb obiegający budynek, mierzący łącznie 160 metrów) i dziesięciometrowy posąg Ateny Partenos.


Podczas gdy monumentalny Partenon był demonstracją bogactwa i potęgi, to znajdujący się nieopodal Erechtejon błyszczał elegancją, wyrafinowaniem, przywiązaniem do tradycji i uczuć religijnych.


Miejsce, na którym wzniesiono świątynię, uważane było za najświętsze, gdyż tutaj właśnie miał być pochowany mityczny syn Matki Ziemi, władca Aten – Erechteus, wychowany przez samą boginię Atenę. Erechtejon jest najprawdopodobniej dziełem Mnesiklesa. Budowla – ze względu na nierówność terenu – jest kilkupoziomowa i rozczłonkowana. Wyróżnia się doskonałym pięknem i harmonią. Jego najsłynniejszą częścią jest tzw. portyk kariatyd od strony południowej. Kariatydy – panny z Karie, słynące z urody i gracji, wykonywały niegdyś tańce rytualne ku czci bogini Artemidy. Sześć potężnych, dwuipółmetrowych posągów kobiet pełni funkcję kolumn, podtrzymujących sklepienie. Są piękne. Przepiękne!


Ze wzgórza rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na Ateny. U jego stóp, na Agorze Greckiej, znajduje się doskonale zachowany Tezejon (tak naprawdę Hefajstejon, lecz omyłkowo nadana nazwa wciąż funkcjonuje) – świątynia Hefajstosa. Należy do najlepiej zachowanych zabytków starożytnej Grecji – o ile pamiętam, jako jedyny przetrwał do naszych czasów wraz z dachem.


W rozległym ogrodzie tkwią monumentalne ruiny Olimpejonu – świątyni Zeusa Olimpijskiego. Z długiej na 200 metrów budowli przetrwało do dziś zaledwie 16 kolumn.


czwartek, 9 lutego 2012

14. Wieczór świra



Przyszło mi onegdaj zostać deszyfrantką. Kontrwywiad niech się schowa. Tworząc wieczorową porą tony dokumentów do pracy, dla zachowania higieny psychicznej pogadywałam od czasu na gg raz z Różowym, raz z Kuflem.
- z kont jesteś?* – w lekkim oszołomieniu podrapałam się w czubek głowy, patrząc na okienko gg migające obcym numerem. Odgadnięcie zaszyfrowanej wiadomości nie było trudne.
- Z tond – odpisałam błyskawicznie tym samym kodem i spuchłam z dumy na okoliczność własnego IQ. Za chwilę sklęsłam: trzeba było napisać „z tont”, zostałoby pewnie lepiej przyjęte.
- a ha – odpowiedziało okienko. – jak masz na imię
- To było pytanie?
- no he he
Skąpstwo ortograficzno-interpunkcyjne delikwenta zbiło mnie nieco z pantałyku.
- A skąd masz mój numer? – zagotowałam się powoli.
- z katalogu póblicznego
- No to tam jest napisane!
- no pisze he he.
- Kto pisze? – nie zrozumiałam.
- no he he
Ręce opadły mi poniżej klawiatury.
- no co nic nie piszesz
- To Ty chciałeś rozmawiać!
- no he he to co mi jeszcze napiszesz ciekawego
Gadał dziad do obrazu.
Zadzwonił telefon. Spojrzałam na zegarek: 2230. Kto o tej porze...?
- Dobry wieczór – powiedziała słuchawka męskim głosem. Miłym. Raczej obcym.
- Dobry wieczór – odpowiedziałam, póki co, uprzejmie. W głowie zaświtała mi mglista myśl o telemarketerze i dziewiętnastej tego dnia ofercie super produktu. Nic z tych rzeczy! Migające okienko gg zignorowałam.
- Co porabiamy? – zapytała wesoło męska słuchawka. Brzmiała lekko, optymistycznie, ale nietelemarketingowo.
- A... to i owo... – dałam się wziąć z zaskoczenia.
- A na ten przykład co? – dociekliwie a zalotnie zaszczebiotała słuchawka.
- A na ten przykład cokolwiek – zagrałam na zwłokę, szukając w głowie gorączkowo ewentualnego właściciela głosu.
- No ale tak konkretnie, to co robisz? – słuchawka jakby się zniecierpliwiła.
- Yyyyyy... rozmawiam przez telefon? – wysiliłam intelekt do nieprzytomności.
- A! – głos najwyraźniej zamienił się w szczerze ucieszony. – A z kim rozmawiasz?
- Też bym to chciała wiedzieć... – westchnęłam z głębi serca.
- To zgadnij – powiedziała słuchawka i zachichotała niefrasobliwie. – Piiiiip... piiiip... piiiiiiip... – dodała. Odłożyłam ją z westchnieniem.
Z trzaskiem zamknęłam w komputerze migające na pomarańczowo okienko gg. Za jakiś czas zamigotało następne. Rozpaczliwie zagadnęłam Różowego. Był bardziej doświadczony w internetowych konwersacjach.
- Tyyyyy, ktoś mi tu pisze „cz”. Co to ma być?
- Spoko – uspokoił mnie Różowy. – To znaczy „cześć”.
- O matko. To co w takiej sytuacji się odpisuje?
- Napisz „ch”.
- Wpuszczasz mnie w kanał...? – zapytałam podejrzliwie. – Mam mu naubliżać?
- Nie – wyjaśnił rozbawiony Różowy. – Leci się skrótami. Ten znaczy „chaj”. Rozumiesz, taka awangardowa angielska pisownia.
- Jakie znowu „chaj”?! Jaka pisownia?! Chyba dla obłąkanych!
- Oj, no... aleś oporna! Witasz się z nim w ten sposób! Poliglotycznie!
- No dobrze – nieufnie wpisałam „ch”. Zadziałało! Obce okienko odpowiedziało błyskawicznie.
- Opis!
- Różowy...
- No?
- Co to jest „opis”?!
- No jak to co? Koleś grzecznie prosi Cię, żebyś mu się opisała. Wiesz, włosy, oczy, biust, te sprawy...
Nie zdzierżyłam. Sztuka konwersacji wydała mi się w tym przypadku nader skomplikowana i absolutnie zbędna. Zatrzasnęłam kolejne okienko. Trzeci delikwent wywołał u mnie rzetelny wstrząs.
- pzdr
- Że co proszę?!
- o co kaman, nie kminisz? to nrx ---->
O święci Pańscy!!!

*ortografia i interpunkcja oryginalne.

poniedziałek, 6 lutego 2012

13. Nie cudzołóż - dowolna przeróbka



Wieki całe składały się na wypracowywanie norm moralnych i systemów etycznych, które regulowały obyczajowość, prawodawstwo i wszelkie relacje międzyludzkie różnych społeczeństw. Takim kodeksem dla żyjącego przed tysiącami lat prymitywnego ludu pasterskiego stał się dekalog. Przetrwał on do czasów dzisiejszych jako filar moralności chrześcijańskiej. Kościół katolicki mocno go na swój użytek zmanipulował. Co znamienne – jak zwykle, obsesyjne zainteresowanie kleru wzbudza życie seksualne wiernych. I tak, ze skądinąd mądrego przykazania „nie cudzołóż” (to znaczy: nie zdradzaj, nie rań, nie krzywdź zdradą żony, męża) uczynił kuriozalny wór, do którego upchnął wszystkie swoje fobie i niezdrowe zainteresowania. Już samą instytucję małżeństwa sprowadził do absurdu twierdząc, że trwa ono nawet wówczas, gdy tak naprawdę nie istnieje, bo byłych małżonków nic już nie łączy. Jak można mówić o cudzołóstwie (zdradzie) w przypadku, gdy już nie ma kogo zdradzać, bo eks-małżonkowie od dawna żyją oddzielnym życiem? Ani ona jego nie zdradza, ani on jej nie krzywdzi niewiernością, bo wszelkie relacje między nimi ustały.
Co gorsze, Kościół cudownie rozmnożył to pojedyncze przykazanie i dziś w jego ujęciu „nie cudzołóż” znaczy:
- nie rozmawiaj i nie myśl o seksie,
- nie oglądaj porno,
- nie całuj się i nie obmacuj przed ślubem,
- nie współżyj przed ślubem,
- nie masturbuj się,
- nie stosuj antykoncepcji.
Żadna z powyższych zabronionych czynności w rzeczywistości w żaden sposób nie równa się znaczeniowo cudzołóstwu, co każda przeciętna jednostka powyżej debila jest w stanie zrozumieć o własnych siłach, a jednak kler brnie w zaparte. Jego histeria na tle eufemistycznie nazywanej „nieczystości” sięga zenitu. Swoją drogą, bardzo mnie intryguje, dlaczego akurat ten element ludzkiej fizjologii tak mocno pobudza kreatywność duchowieństwa. Może idąc tym tropem, należałoby zakazać owieczkom innych czynności fizjologicznych: jedzenia, picia, wydalania i oddychania bez złożenia specjalnych ślubów...?
Kościelnych, rzecz jasna.
Za „co łaska, ale nie mniej niż...”.

piątek, 3 lutego 2012

12. Grecja: miasto bogini



Athína to nazwa mówiąca, że miasto należy do bogini Ateny. Od 2,5 tysiąca lat niepodzielnie króluje nad nim Partenon – na znak, że rozpościerający się u jego stóp moloch został poświęcony bogini mądrości, patronce wojen sprawiedliwych, boskiej dziewicy i hafciarce.


Miasto jest ogromne, rozległe i łączy się ze słynnym portem Pireus. W oczy rzuca się jego zadziwiająco niska zabudowa, bez wysokich wieżowców i drapaczy chmur. Jak się okazało, przepisy budowlane stanowią, że z każdego punktu miasta musi być widoczny Akropol. Podobnie ze znaleziskami archeologicznymi – kopanie fundamentów bardzo często kończy się jakimś odkryciem. Osobiście widziałam budujące się centrum handlowe, posadowione na takich przypadkowych wykopaliskach. Władze Aten rozwiązały kłopotliwą sytuację w ten sposób, że nakazały inwestorowi zabezpieczyć i eksponować chronione prawem dobra narodowe. Centrum zostało więc wybudowane tak, że budynek stoi na palach, znalezisko jest oświetlone i można je oglądać od góry, przez przeszkloną podłogę. Sklepy natomiast znajdują się na wyższych kondygnacjach. Podobnie w stacjach metra znajdują się gabloty z ekspozycją tego, co znaleziono podczas przekopywania tuneli.

W jednej ze ścian znajduje się nawet witryna... ze szkieletem antycznego nieboszczyka.
Pięknym pomnikiem nowoczesności jest ateński stadion olimpijski.


Mnie, jak to mnie – bardziej niż tradycje olimpijskie, zaintrygował... okalający stadion żywopłot. Pachniał tak jakoś znajomo i jakby kulinarnie... Idąc za węchem, przeprowadziłam śledztwo zwieńczone utknięciem końcówką nosa między twardymi listkami.
- Heureka!
Na żywopłot składały się poczciwe liście laurowe. Wawrzyn szlachetny.


Na tym zresztą nie skończyły się moje kulinarno-ateńskie doznania estetyczne: kawałeczek dalej rosło sobie beztrosko bardzo dekoracyjne i nader znajomo pachnące drzewo.
- Na Zeusa! – wyrwało mi się całkiem stosownie do miejsca. – Przecież to... pieprz!


W centrum Aten znajduje się Plac Síndagma, miejsce elitarne i dystyngowane. Najważniejszą budowlą zamykającą Plac Síndagma jest gmach Parlamentu z Grobem Nieznanego Żołnierza. Przed nim o każdej pełnej godzinie odbywa się uroczysta zmiana warty. Ba! Żeby te dzikie sztuki wyczyniane przez oryginalnie ubranych przystojniaków przypominały żołnierską zmianę warty! Gwardziści zwani evzonami, zlani potem pod wełnianymi strojami górali macedońskich, przez piętnaście minut odgrywają przedstawienie, na którym gromadzą się tłumy gapiów. Evzoni wykonują coś w rodzaju groteskowego marszu – tańca, który można obserwować wyłącznie z zapartym tchem.

 
W Grecji, poza powiewem wielkiej historii, oczywiście, o przypływ ekstazy przyprawiała mnie na każdym kroku egzotyczna przyroda.
Prawdziwe palmy...


...ukochane oliwki...


 ... i to, o czym marzyłam od pierwszego wieczoru w Serbii: cykady. Polowałam na wrzaskliwe insekty całymi dniami. Bezskutecznie. W końcu pewnego wieczoru około północy zeszliśmy na Plákę – starówkę w zabytkowej dzielnicy Aten u stóp Akropolu. W środku nocy było tam tak gwarnie, jak w dzień – może nawet bardziej, bo w Grecji dopiero, gdy spada temperatura, zaczyna się życie. W restauracji pod gołym niebem zasiedliśmy do spóźnionej kolacji. Wokół rozbrzmiewały śmiechy i krzyki (Grecy są bardzo głośni), dzieci kupowały parasolki od słońca u ulicznych sprzedawców, kelnerzy uwijali się wokół stolików, ja rozkoszowałam się lodowatym piwem, a cykady robiły swoje. W pewnym momencie moje lewe ucho wyłowiło dźwięk dobiegający z zupełnie niewielkiej odległości. Tuż obok stolika rosło niewielkie drzewko. Porzuciłam towarzystwo i napój bogów, po czym z nosem przy samej korze rachitycznej rośliny rozpoczęłam śledztwo. Znalazłam! Siedziała zołza i darła się jak opętana. Z nieziemską satysfakcją wzięłam gadzinę z zaskoczenia. Najwyraźniej urażona, zamilkła w błysku flesza, ale co tam – już była moja, ślicznotka!