środa, 15 lutego 2012

16. Sposób na Orangutana



Mam problem – nie problem. I nie wiem, jak się go pozbyć. Problem nazywa się Orangutan. Tę wdzięczną, roboczą nazwę nadałam mu jeszcze w czasach, gdy studiowałam, a głowy pod tramwaj nie podłożę, czy i nie wcześniej. Zdarzyło się otóż jednego razu, że zaczepił mnie w autobusie osobnik o wstrząsającej aparycji. Słowo „orangutan” nasunęło mi się automatycznie i wbrew mojej woli, bo orangutany są piękne, a indywiduum stanowiło uosobienie antyideału urody męskiej. Wzrok dziki, szata plugawa, na głowie afro, na gębie nicość. Grzecznym tonem zaczął ze mną rozmawiać, konwersacja z nim jednakże dostarczyła mi wrażeń równych doznaniom estetycznym, które we mnie wzbudził. Żeby nie wyjść na niemotę, wydusiłam z siebie jakąś monosylabę i umilkłam. Rozochocony osobnik zadał mi w końcu sakramentalne pytanie, czy nie umówiłabym się z nim na kawę. W głowie coś krzyknęło ostrzegawczo: „apage, satanas!”, a z ust wydarł się jęk. Indywiduum grzecznie ponowiło prośbę, a na moje rozpaczliwe oświadczenie, że mam z kim chodzić na kawę, równie grzecznie przeprosiło i zamilkło. Gdy wysiadałam, z niezmąconą uprzejmością mnie pożegnało.
Nie byłoby w tym wydarzeniu niczego szczególnego, gdyby nie to, że za czas jakiś niedługi znów go spotkałam. I znowu w autobusie. Kompletnie o nim nie pamiętałam, ale wypatrzył mnie pomiędzy pasażerami i dopadł. Jak poprzednim razem, zagadnął uprzejmie i przeszedł do propozycji. Ponowną odmowę przyjął ze spokojem i historia się powtórzyła. Przeprosił, a potem grzecznie się pożegnał. Następnym razem (w autobusie, oczywiście!) zaczęłam kojarzyć Orangutana, a mój organizm nabrał zwyczaju reagowania na niego nerwową wysypką. Gdy po raz kolejny uprzejmie się przywitał i rozpoczął konwersację, obdarzyłam go najgorszym ze spojrzeń spode łba i warkotem zza obnażonych kłów. Nie przeciągał struny – tradycyjnie przeprosił, pożegnał i wycofał się chyłkiem na z góry upatrzoną pozycję. Od tej pory rozpoczęła się zabawa w kotka i myszkę. Orangutan, z niewiadomych powodów, znajdował się bardzo często w tych samych autobusach, co ja. W pewnym momencie zaczęłam nawet podejrzewać, że nie robi w życiu niczego innego, tylko całodobowo kursuje tam i z powrotem. Ochłonąwszy nieco, doszłam do wniosku, że po prostu poruszamy się po tej samej trasie. Zarówno na uczelnię, jak i później do pracy jeździłam w tę samą stronę. Średnio co drugi dzień, gdy wsiadałam do autobusu, wewnątrz znajdował się już Orangutan. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że zaczynam popadać w paranoję: każdorazowemu wejściu do środka lokomocji towarzyszyło trwożliwe rozejrzenie się po jego wnętrzu, czy aby nie znajdę w nim podejrzanego indywiduum. Często gęsto było. Opracowałam sobie pełną paletę min kruszących mury, walących drzewa, czyniących z obiektu spojrzenia kupkę popiołu albo wysypisko gruzu i nie wahałam się obficie ich używać. Nie pomogło. Kurtuazyjne zaloty Orangutana miałam zapewnione. Za każdym razem czułam się coraz bardziej zniecierpliwiona i coraz mniej przebierałam w słowach. Wycofywał się, grzecznie przepraszał i na tym kończył. Do następnego razu! Nawet gadki o mężu nie ostudziły jego zapału. Zdążyłam o nim zapomnieć w okresie, kiedy kupiliśmy samochód i problem zniknął samoczynnie. Po latach, pozbywszy się męża i samochodu, zaczęłam chodzić piechotą, zimą jednak, gdy do wyboru mam brnięcie po pas w zaspach albo brodzenie po kolana w brei, decyduję się na komunikację miejską. No i, nabywszy bilet sieciowy, zaczęłam, pławić się w luksusach. Jakiś czas temu, wlokąc siaty i ręce po ziemi, usłyszałam za plecami: „Dzień dobry, może mógłbym pomóc?”. Gdyby grom z jasnego nieba trzasnął mi w pompon, nie wywarłoby to na mnie większego wrażenia. Orangutan!!! Poczułam, że marzę o przyłożeniu ręki do zbrodni ludobójstwa. Tocząc pianę z pyska wyprułam do domu jak rakieta. Dzika furia zaniosła mnie na drugie piętro razem z siatami, nie musiałam nawet nogami przebierać. Ochłonąwszy, wyszłam ponownie, załatwiłam wszystkie planowane sprawy i dwie godziny później na przystanku pod zamkiem... wlazłam prościutko na Orangutana! Natychmiast się przykleił.
Nie wiem, czy facet jest tak tępy, że przez te wszystkie lata nie zdołało do niego dotrzeć, iż powinien schodzić mi z oczu?! Czy może aż tak wytrwały/zdesperowany? Napalił się na mnie jak szczerbaty na suchary, a ja nie mam pomysłu na to, jak się go skutecznie pozbyć. Nie polecę z donosem na policję, bo nawet nie wiem, jak się nazywa, a poza tym nie popełnia żadnych czynów bezprawnych. Nawet nie usiłuje za mną łazić, a upierdliwe propozycje matrymonialne nie są jeszcze karalne. Może ktoś ma pomysł na to, jak się go pozbyć? Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to udusić cholerę gołymi rękami...

38 komentarzy:

  1. ...jest rozwiązanie, rozwiązanie ostateczne... małżeństwo, a potem dopiekać mu do żywego, systematycznie ... i rozwód murowany :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

      Usuń
  2. ...to innego sposobu nie znam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli pozostaje udusić!

      Usuń
    2. ...a jednak jest, zgłosić stalking, czyli nękanie. Masz podstawy...czujesz się właśnie nękana i powiedzmy zagrożona...policja musi zareagować...podług prawa musi, tylko ...im się nie chce...chcą najpierw twardych dowodów, że taki fakt zaistniał...kompletnie wypaczają "ideę"...bo odczuwanie nękania jest subiektywne...a to ich ...:(
      Tyle...
      Miłego weekendu:)

      Usuń
    3. Wiem, Meg, ale... co ja im powiem? Nie wiem, jak facet się nazywa, gdzie mieszka. Narysują mi kółko na czole.

      Usuń
  3. Znam! Kupić samochód, lub trenować nogi na długich dystansach. Może "chodziarstwo", to wcale nie tak głupia dyscyplina sportu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Jeszcze tylko wymyśl, kto ten samochód będzie utrzymywał (paliwo, ubezpieczenie, przeglądy, naprawy) ewentualnie kto będzie dźwigał siaty z zakupami, podczas gdy ja będę uprawiała chodziarstwo ;)

      Usuń
    2. Dlatego ja kupuję starocia za 1500 zł, bo ma mniej elektroniki i naprawa jest tańsza. W tych nówkach to za samo podpięcie pod komputer trza odpalić mechanikom. A "staroć" nie oznacza auta made of rdza, bo niektóre robili w ocynku i te trzymają się lepiej.

      Usuń
    3. Ale samo paliwo wyniesie mnie cztery razy więcej niż sieciówka na wszystkie linie. To po co mi dodatkowe parę stówek na miesiąc wydawać?

      Usuń
  4. Zakochał się, ani chybi... :D Zabić nie, bo orangutany są pod ścisłą ochroną, a ani za jedno, ani za drugie do pierdla byś nie chciała iść... A co byś zrobiła, gdybyś odrzekła, że owszem, tak, a on by odparł, że nie, jednak nie i oddaliłby się w siną dal?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zaryzykuję i nie sprawdzę! Ostatnio znowu się pojawia na moim nieszczęsnym horyzoncie i zaczyna męczyć o numer telefonu. Spieprzam na jego widok. Strasznie to uciążliwe.

      Usuń
  5. Uparty :) Inna linia autobusowa nie wchodzi w grę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No kiedy kutafilec plamisty wozi się we wszystkich kierunkach świata i najprzeróżniejszymi liniami!

      Usuń
    2. Jak jeszcze mieszkałam w Krakowie, to swego czasu (+- 20 lat temu), niektórymi liniami jeździł taki dziwny staruszek. Mały, suchy, w okularach. Za powiadał krzekliwym głosem, jaki będzie następny przystanek, a jak ktoś niepotrzebnie przycisną przycisk "przystanek na żądanie", to się wściekał i kazał się nie bawić. Raz czy dwa, grupka młodzieży tak się właśnie z nim droczyła: przyciskali te przyciski. Kierowcy nic sobie z tego nie robili, a dziadek prawie się zachłystywał gniewem, raz to się na tę młodzież z parasolką rzucił i wtedy już nikomu nie było wesoło. W pewnym momencie człowiek w konkretnych liniach autobusowych (gość jeździł tylko autobusami), rozglądał się, czy dziadka nie ma, a jak był, to się siadało lub stawało jak najdalej od niego.
      Nie wiem ,czy on żyje jeszcze - wyglądał tak, że mógł mieć wtedy lat zarówno 50, jak i 75 (ludzie różnie wyglądają). Z jednej strony mu współczułam, bo najwyraźniej pod kopuła mu się już pomieszało, ale z drugiej strony on czasem stwarzał zagrożenie większe, niż grupka rozrechotanych gówniarzy, których jedynym grzechem było głośne zachowanie.

      Usuń
    3. Znając moje upodobanie do rozwrzeszczanych gówniarzy, wolałabym już upierdliwego staruszka :)

      Usuń
    4. Nawet wywijającego nad Twoją głową i to zupełnie na serio parasolem? Smarki zawsze jechały co najwyżej kilka przystanków, staruszek z jednej pętli na druga i od pewnej chwili bałaś się ruszyć, żeby się czegoś nie doczepił...

      Usuń
    5. No pewnie! Przyłączyłabym się do staruszka jako jego grupa wsparcia i też wymachiwałabym parasolem :)
      Ja tak mam, nie znoszę rozwydrzonych bachorów, a do staruszków mam anielską cierpliwość. Taki model.

      Usuń
    6. ten staruszek jeszcze zyje, jezdzi linia 502 od Crakowi do placu Centralnego w Nowej Hucie.

      Usuń
    7. Proponuję zorganizować dla niego grupę wsparcia.

      Usuń
    8. Serio? O n już "za moich czasów" wyglądał tak sucho, jakby był nie wiadomo, jak stary i miał się za chwilę rozsypać. Wtedy jeździł 500 i 501

      Usuń
    9. Mam rodzinę w Krakowie, może go namierzą?

      Usuń
    10. Masz już namiary: linia 502 :-)

      Usuń
    11. W takim razie specjalnie się kiedyś przejadę :)

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. No chyba żartujesz! Narty! A co to w ogóle takiego? A od roweru boli mnie d...

      Usuń
    2. Pewnie, że tak :D No to nie masz lądu: jak nie można zwalczyć wroga to trzeba go polubić :D

      Usuń
    3. A jakby tak Azotoxem...?

      Usuń
    4. Jeśli dobrze ukorzeniony to nie wiem...

      Usuń
    5. Padłam wczoraj i to nie ze śmiechu, jeno z przemęczenia i braku snu. Stan ukorzenienia Orangutana jest mi doskonale obojętny, wyrwać chwasta!!!

      Usuń
    6. "Symetria" się kłania, o ile pamiętam...

      Usuń
    7. Mhm. A toś mi ćwieka zabiła. Jaka symetria, u licha...? Wiesz, ostatnio jestem niewydolna umysłowo :)

      Usuń
    8. Oj, fopę zrobiłam. "Psy 2. Ostatnia krew", nie " Symetria".
      http://www.filmweb.pl/Symetria
      http://pl.wikiquote.org/wiki/Psy_2._Ostatnia_krew

      Usuń
    9. A.
      To nic, ja i tak debil filmowy jestem. A mój schyłek telewizyjny od "Psów" właśnie się rozpoczął. Nie znoszę!

      Usuń
  7. Qrde, no masz - wytrwały!

    ;-)

    PS

    Fajnie piszesz!

    OdpowiedzUsuń
  8. Nasze miasto nie jest duże :) możesz zacząć chodzić na nogach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sezonie chodzę. I co z tego? Gość jest wszędzie!

      Usuń