piątek, 24 lutego 2012

19. "Od Twoich listów pachniało w sieni..."


„List niby ze żywej krynicy pozwala czerpać wiadomości (...), zdaje mi się, iż gazety, iż druki to omdlałe glosy czasu, a pismo, a list to wiadomość i czas z pierwszej ręki” – pisał romantyczny filozof polski, Józef Kremer. Boleję nadzwyczajnie nad zanikiem cudownej sztuki epistolografii. Tradycyjne listy zostały wyparte przez bezduszne maile i lakoniczne SMS-y. Zimna elektronika odczłowieczyła komunikację międzyludzką i chociaż nie jestem w tym poglądzie odosobniona, to i tak należę do ostatnich jednostek ludzkich, które tęsknią za zwykłym, papierowym listem.
Odkąd sięgam pamięcią, wielu ludzi miało wstręt do pisania, jednak rozwój elektroniki niechęć tę jeszcze pogłębił i nawet ci, którzy dawniej lubili pisać listy, dziś – tłumacząc się wygodą i oszczędnością czasu – wolą stuknąć w klawiaturę i zamiast naklejania znaczka, kliknąć w „wyślij”. Znam i rozumiem argumenty przemawiające za unowocześnieniem komunikacji, ale nie oznacza to, że nie tęsknię za pełną skrzynką – ta prawdziwą, nie wirtualną.
Pamiętam z czasów, kiedy byłam nastolatką i z późniejszych, jak z biciem serca wyjmowałam z niej białe i kolorowe koperty – bywało, że i kilka dziennie. Od przyjaciół i od chłopaków. Szczególnie wyczekiwane przeze mnie były listy od Prosiaczka. 30 – 40 stron drobnym maczkiem – nieraz nie mieściły się w jednej kopercie, więc przychodziły w dwóch częściach. Takie same ja pisałam do niej. I jeszcze listy od mojego pierwszego narzeczonego, który studiował w Moskwie, a potem od Eksa, który pochodzi z miasta oddalonego od mojego o 60 km...
Odręcznie pisanego listu ktoś dotykał, pochylał się nad nim, wkładał w jego napisanie serce i trud staranności, schludności, estetycznej oprawy. Prawdziwy list miał duszę. Tchnął ciepłem myśli, czasem zapachem szeleszczących kartek. Można było go nosić ze sobą w torebce albo włożyć do szuflady wraz z innymi i przewiązać wstążeczką. Nie zastąpi go żaden, choćby najlepszy wynalazek.

8 komentarzy:

  1. I co najważniejsze , nie znikał po przeczytaniu i nie można było nacisnąć ikonki z koszem, czyli usuń. Można je przeczytać po latach, nawet wtedy, kiedy ich autor , odszedł do lepszego świata. Są często jedyną pamiątką po ludziach, których nie ma już wśród nas.
    Pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No chyba, że się z takich listów zrobiło na działce wielkie ognicho.

      Usuń
    2. To tez ma swój czar. Jeśli z jakichś względów, po latach chcesz kogoś definitywnie wywalić ze swojego życia, a klikanie w "KASUJ DEFINITYWNIE" Ci nie wystarcza, to patrzenie jak płoną listy pisane przez tę osobę, daje bardzo wiele :P

      Usuń
    3. Puściłam z dymem Eksa. Komisyjnie, z bratem, na działce rodziców. Rozwód rozwodem, wyrok wyrokiem, ale to nie to samo. Ogień trawi wszystko, do końca. I oczyszcza.

      Usuń
  2. Chyba na netkobiety babki poruszyły właśnie sprawie pisania odręcznych listów - takich ludzi jak Ty, jest więcej - do dziś chętnych, by pisać odręcznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może w takim razie nie jestem ostatnim dinozaurem.

      Usuń
  3. Znowu to samo...

    Do dziś mam wiele listów.
    Kocham je i są moim skarbem, zwłaszcza od przyjaciela Piotra, który dziś jest profesorem na uniwerku w Brazylii...

    I od prawie eksa... który pochodzi z miasta oddalonego od mojego o jakieś 120 kilometrów.

    Uwielbiałam pisać i dostawać listy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...i tak zaczęła się moja przyjaźń z Prosiaczkiem.

      Usuń