poniedziałek, 27 lutego 2012

20. Nie lubię dowcipów o teściowej...



55 do 60 kilometrów strachu. Dusza wylazła mi na ramię, a łomoczące serce podpełzło do gardła. Ostatnie 13 kilometrów lasu, runda po mieście... W końcu trzeba było stanąć przed drewnianymi, brązowymi drzwiami, których każdy szczegół do dziś stoi mi w oczach.
Eks nacisnął mały, okrągły przycisk dzwonka.

* * *

Tuż przed moim wystraszonym nosem otworzyła drzwi nieco niższa ode mnie, korpulentna, siwowłosa kobieta.
- Dzień dobry...
- Dzień dobry – padła odpowiedź. Mocnym, ale miłym, jakby zakatarzonym głosem. Potem pamiętam już tylko, jak – pchnięte jakimś niewytłumaczalnym impulsem – radośnie padłyśmy sobie w objęcia. Te pierwsze sekundy już na zawsze określiły nasze relacje.
- Może dlatego, że wy obie takie same cholery jesteście – skomentował zaskoczony Eks.
Być może.

* * *

Kochałam ją. Była lekiem na każde zło. Gdy tłukła mnie chandra, wystarczyło podnieść słuchawkę i wykręcić numer, aby jej głos przywrócił światu porządek. Tydzień, który miał zakończyć się weekendem z nią spędzonym, upływał pod znakiem radosnej euforii, a piątkowy dzień pracy wieńczyło Faustowskie: „trwaj, chwilo, jesteś piękna”. Niecała godzina jazdy samochodem i już pławiłam się w szczęściu po same uszy.

* * *

Mądra, wykształcona, z niesamowitym poczuciem humoru, nie pasowała do całej tej reszty. Popełniła mezalians, który zaważył na całym jej życiu. We własnym domu, który należał do niej, była na każdym kroku szczuta, poniżana i upokarzana. Mąż, córka, syn, zięć nienawidzili jej za to, że miała klasę i rozum, których daremnie by szukać u nich. Była „odmieńcem” pośród prostaków.

* * *

Cieszyłam się nią zaledwie przez osiem krótkich lat. Odeszła niespodzianie, cicho i łagodnie, nie dożywszy sześćdziesiątki. Przez pierwsze dwa lata konałam z tęsknoty i bólu. Pozostaje jedynie wiara, że istnieje jakieś niebo... że pewnego dnia wejdę na niebiańskie pięterko po skrzypiących schodach, zatrzymam się na drewnianym podeście, a gdy zapukam do ciężkich, biało lakierowanych drzwi, uchylą się łagodnie i siwowłosa kobieta z robótką w ręku rzuci mi się na szyję jak wtedy, 9 stycznia 1994 roku.
Powita mnie moja wielka miłość, moja Najlepsza Przyjaciółka.
Moja Teściowa.

14 komentarzy:

  1. Pięknie napisałaś.
    Aż oczy mi się spociły.
    Tylko osiem albo aż osiem lat pięknej przyjaźni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od Jej śmierci minęło już 12 lat, a jednak wciąż boli.

      Usuń
  2. Właśnie dziś wróciłam od swojej, co prawda prawie, ale teściowej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie masz, że wciąż masz taką możliwość. Życie potrafi być nieźle popieprzone.

      Usuń
  3. Piękne, pełne miłości i ciepła słowa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Osiem lat, to bardzo krótko. Dlaczego ci dobrzy odchodzą tak szybko?
    :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Lubiłam Alinę bardzo.
    Mam nawet na blogu Jej zdjęcie. :)

    W 1994 byłam już długo po ślubie. :(((

    Niech to grom strzeli!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam to zdjęcie na Twoim blogu...

      Usuń
  6. No weź - rzadko się wzruszam - ale to chyba z zazdrości ta łezka mi się zakręciła w oku, a niech Cię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do dziś płaczę na Jej grobie...

      Usuń