sobota, 31 marca 2012

31. Płacz i płać



Co jakiś czas przedsiębiorstwo komunikacyjne wprowadza dziwne zmiany, które nie zawsze da się określić jako pożyteczne czy dobrze służące pasażerom. Gdzieś na początku tych zmian zrodził się pomysł ułatwienia pasażerom życia za pomocą sprzedaży biletów w autobusie. Owszem, pomysł dobry, bo późnym wieczorem, w soboty czy w niedziele, gdy kioski są pozamykane, nie ma gdzie tego biletu kupić. Biletomatów, póki co, nie ma. U kierowcy należało zapłacić drożej o 50 groszy opłaty manipulacyjnej, ale i tak zawsze to lepsze od jazdy na gapę i ewentualnego mandatu.
Po jakimś czasie opłata manipulacyjna została zniesiona. Ten przyjemny stan rzeczy nie potrwał jednak długo, gdyż po upływie kolejnego roku sprzedaż biletów w autobusach została mocno ograniczona. Nie byłoby to specjalnie dziwne, ponieważ coraz więcej ludzi korzystało z tej wygodnej formy sprzedaży i autobusy zaczęły zwiększać opóźnienia (już i tak niemałe z powodu korków), gdyby nie jeden drobiazg. Możliwość nabycia biletów u kierowcy nie została zlikwidowana całkowicie, lecz ograniczona do biletów godzinnych, dwa razy droższych od zwykłych. Czemu to ma służyć, nie jestem w stanie odgadnąć. Praktycznie codziennie obserwuję sytuacje, w których niezorientowani pasażerowie biegną do kierowcy po bilet i tam dowiadują się, że mogą nabyć tylko godzinny. Nieraz nerwowo przetrząsają portfele w poszukiwaniu dodatkowych pieniędzy, czasem wysiadają. Większość macha ręką i płaci dwa razy drożej, mimo że w ciągu najbliższej godziny nie będzie już z nabytego biletu korzystać. Czy to nie jest zwyczajne naciąganie? Żal mi się robi tych ludzi, czasem dzieci albo starszych osób, bezradnie grzebiących w kieszeniach, gdy dowiadują się, że muszą zapłacić dwa razy więcej niż mieli przygotowane. Moim zdaniem to jest zwyczajne świństwo.
P. S. Wiadomość z ostatniej chwili.
W kołach dobrze poinformowanych uzyskałam wyjaśnienie, że decyzję w sprawie całego tego biletowo-autobusowego szajsu podjął prezydent miasta. I wszystko jasne. Gdyby tak szanowny tyłek pana prezydenta, zamiast być wożonym przez służbowy samochód z kierowcą, był zmuszony ruszyć się w poszukiwaniu biletów, nosiciel tyłka szybko zweryfikowałby swoje stanowisko.

środa, 28 marca 2012

30. Grecja: idzie sobie człowiek chodnikiem...


Riwiera Olimpijska to piękny, wypoczynkowy region, ciągnący się między masywem Olimpu a wybrzeżem Morza Egejskiego. Głównym miastem Riwiery jest nowoczesne Kateríni. Przepiękne, szerokie plaże ciągną się przez 70 kilometrów, a wzdłuż nich zlokalizowane są urokliwe miejscowości wypoczynkowe: Paralia, Leptokaria, Olimpic Beach, Variko, Grítsa, Pláka Litochórou, Panteleímonas, Platamónas, Nei Póri. Drugą część naszego pobytu w Grecji, tę wczasową, spędziłyśmy w Olimpic Beach. Miejscowość jest pełna uroku i ma szeroką, czyściutką plażę, którą nie sposób – ze względu na temperaturę rozpalonego piachu – przejść na bosaka.
Nawet widok z balkonu, biegnącego nieomal dookoła domu, stanowił dla mnie źródło nieustającego zachwytu.


Grecy jakoś niespecjalnie przejmują się infrastrukturą, przynajmniej tak wynika z moich obserwacji. Idzie sobie człowiek chodnikiem, a tu – na samym środku – tuż przed nosem wyrasta mu palemka i dalej ani w prawo, ani w lewo.


Albo figa, z której nikt nie zabrania zrywać dojrzałych, pysznych owoców, są więc i dobre tego strony.
Popularną w Grecji rośliną „uliczną” jest kwitnący biało i różowo oleander. Wygląda niewinnie, ale jest rośliną silnie trującą i bez przerwy musiałyśmy patrzeć na ręce dzieciom. W mojej głowie zaś zalęgła się mglista, acz kusząca myśl o suróweczce z oleandra, podanej komuś z uśmiechem i życzeniem smacznego.


Już na samym wstępie pilotka uprzedziła nas o tajemniczym zagrożeniu.
- Jeżeli będąc w wodzie zauważycie w pobliżu fioletowoniebieską plamę, to najpierw uciekajcie, a dopiero potem pytajcie, dlaczego.
Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Mimo założonych wokół kąpieliska siatek, po którejś bardziej „sztormowej” nocy w morzu pojawiły się ogromne, niebieskofioletowe kołtuny. Pierwsze padły ich ofiarą dzieci. Najpierw Owsik, a za nim Nieletnia, wyskoczyli z wody jak – nomen omen – oparzeni. Meduzy!
Któraś ślicznotka, przepływając nieopodal, wyrzuciła do wody jad. Czerwone, piekące plamy na całym ciele, z którymi dzieciaki wypadły z wody, zeszły przez noc. Dzień później na plaży zasiadła obok nas ofiara bezpośredniego zetknięcia z parzydełkami niebieskiej piękności. Młoda Węgierka siedziała pod parasolką i robiła wrażenie osoby, która na długo porzuciła myśl o wchodzeniu do wody. Jej lewe, upiornie czerwone udo pokrywały wielkie pęcherze. Jako następny w kolejności padł ofiarą... mój biust. To było dopiero traumatyczne przeżycie! Na szczęście dostałam tylko jadem rozcieńczonym w wodzie. Przez dwa dni odruchowo chwytałam się za obolałą część mojej osoby. W sklepie, gdzie kupowałam torebkę, ekspedientka okazała się Polką.
- Co, meduza? – zapytała z uśmiechem zrozumienia, podążając wzrokiem za moimi rękami.
- Meduza – pokiwałam smętnie głową.
Ale co tam jad... Piękne, ogromne, dochodzące nawet do 15 kilogramów żywej wagi, zachwycały mnie swoją urodą.


Pewnego dnia zauważyłam dwóch Polaków, ojca i syna, którzy nieco dalej nurkowali wytrwale, wydobywając z dna morza piękne muszle. Podpłynęłam do nich i dołączyłam do zabawy. Udało mi się wydobyć piękny okaz – wielki jak pięść, a w piasku na dnie namierzyłam interesująco wyglądające dziurki. Jak się okazało – każda z nich oznaczała siedzącego pod nią kraba. Spryciule, zagrzebują się w piachu i zostawiają sobie otworek, w który wtykają rurkę do oddychania.


Grecy nie mają w zwyczaju trzymać w domu psów. Jeżeli ulicą idzie człowiek z pupilkiem na smyczy, można mieć pewność, że to obcokrajowiec. Szczególnym sentymentem darzy się w tym kraju koty, co widać na każdym kroku. Wszędzie ich pełno i z lubością wylegują się na słonecznych plamach, których w tym kraju nie brakuje. Nie są głodne ani zabiedzone, nikt ich nie przegania. Tam, gdzie ludzie kochają koty – chce się wracać... I pewnego dnia powrócę.


Tym optymistycznym akcentem kończę cykl grecki, a po nim... Na pewno coś się znajdzie!

niedziela, 25 marca 2012

29. Nie mów: "mam depresję"



Obserwuję w swoim otoczeniu dziwną modę. Modę na depresję, a raczej na nieuprawnione używanie tego wyrazu. Poniższe słowa dedykuję wszystkim zmanierowanym, szukającym taniej (a dziwacznej) rozrywki produktom mody na nicość.

* * *

Gdy masz zły humor i wszystko wokół Cię wkurza, nie mów: „mam depresję”.
Gdy Ci smutno z jakiegoś powodu, nie mów: „mam depresję”.
Gdy dopadną Cię nuda i znużenie, nie mów: „mam depresję”.
Nawet wtedy, gdy masz dół jak Rów Mariański, nie mów: „mam depresję”.
Nie nadużywaj z powodu mody albo snobizmu słowa, którego znaczenia do końca nie rozumiesz.

* * *

W liceum chodziłyśmy do jednej klasy. Ukończyła studia prawnicze, została prokuratorem. Miała bardzo dobrego, kochającego męża. Będąc w ósmym miesiącu ciąży, urodziła dziecko, które w niedługim czasie zmarło. Kilka miesięcy później, pod nieobecność męża, wyniosła na balkon taboret i przystawiła go do barierki.
Co wtedy czuła? Co myślała? Ile trwa lot z dziewiątego piętra...?
Nie zostawiła listu.
Ona naprawdę miała depresję.

* * *

Poznałam ją w czasie studiów. Miałyśmy wspólne koleżanki. Pochodziła ze znanej, prawniczej rodziny. Tak jak to sobie wymarzyła, została adwokatem. Po kilku latach zdiagnozowano u niej SM.
- Nie chcę skończyć na wózku – powiedziała. – Nie chcę umierać jak roślina.
Powiesiła się we własnym mieszkaniu.
Ona naprawdę miała depresję.

* * *

Studiowaliśmy na jednym roku. Został na uczelni i piął się po szczeblach naukowej kariery. Grzeczny, miły, przesympatyczny. Ożenił się i bardzo chciał mieć dziecko. Żona nie chciała. Bardzo nie chciała. Przytłoczona presją całej rodziny – „bo trzeba mieć dzieci” – urodziła syna. Nie umiała się odnaleźć w roli matki. Kilkanaście dni później wyszła z domu. Jej ciało zostało wyłowione z zalewu w środku miasta.
Ona naprawdę miała depresję.
* * *

Przez wiele lat pracowała z moją mamą na tej samej uczelni. Z zewnątrz – szczęśliwa, zrealizowana kobieta. Mąż, dorosłe dzieci, pierwsze wnuki, duże pieniądze, piękny dom. Pewnego dnia wyszła z domu i nie wróciła. Nie zostawiła żadnej informacji, nie odbierała telefonów. Rodzina powiadomiła policję. Po trzech dniach zidentyfikowano zwłoki roztrzaskane na zaporze w Solinie. 80 metrów betonu, sprawdzona, niezawodna trasa ostatniego lotu samobójców.
Dlaczego to zrobiła?
Ona naprawdę miała depresję.

* * *

Był stryjkiem mojej koleżanki. Miał żonę heterę, która jeździła mu po głowie, kiedy chciała i jak chciała. Zapadł na depresję i leczył ją, ale często – w atakach choroby – zapominał o lekach albo zaniedbywał ich zażywanie. Żona wzruszała ramionami. Lekceważyła chorobę męża w najwyższym stopniu.
- Fanaberie – mawiała. – Do roboty by się wziął!
Pewnego dnia jego własna matka znalazła go powieszonego w budynku gospodarczym.
On naprawdę miał depresję.

* * *

Miał 16 lat i dopiero co zaczął naukę w liceum. Mówiono w jego rodzinnej wiosce, że ojciec bardzo pobożny, ale surowy i tyran, który bije za każde uchybienie, bo wiadomo, że „różdżką dziateczki Duch Święty bić każe”.
W czasie lekcji zamyślał się i patrzył przez okno. Bliżej półrocza prawie zupełnie przestał uczęszczać do szkoły. Nie dał rady z trzech przedmiotów.
W styczniu wysłał pożegnalnego SMS-a do swojej dziewczyny. Znalazła go powieszonego.
Przez jakie piekło musiało przejść to dziecko?
On naprawdę miał depresję.

* * *

Uszanuj ich pamięć.
Uszanuj tych, którzy być może żyli albo żyją z depresją.
Uszanuj tych, którzy naprawdę chorują na tę straszną, podstępną chorobę.
Nie mów z byle powodu: „mam depresję”.

czwartek, 22 marca 2012

28. Niedziela



Weszłam do kuchni i głęboko się zastanowiłam. Schyliłam się do zamrażarki, wyjęłam cztery okazałe filety z dorsza, z filetami w ręku schyliłam się ponownie i z szafki pod oknem wydobyłam dużą, metalową tacę z widoczkami Warszawy. Po babci. Umieściłam na niej ryby i zastygłam w zamyśleniu. Tacę należało umieścić w takim miejscu, żeby filety spokojnie się rozmroziły, nie zostawszy pożarte przez koty. Zwłaszcza, że nie zamierzałam przy nich warować. Stół i blaty szafek naturalną koleją rzeczy odpadały. Podobnie wierzch lodówki i wszystkie szafki wiszące. Wraz z zawieszonym pod sufitem reliktem z lat pięćdziesiątych – kaloryferem – oraz karniszem stanowiły ulubiony ciąg komunikacyjny Grubego Fiu. Umieszczona dość wysoko suszarka do naczyń dawała pewne nadzieje, które jednak niweczyła jej nikła szerokość. Zresztą, dopiero co została obładowana świeżo umytymi naczyniami. Pozostawała jedna, jedyna szafka zawieszona nad zlewozmywakiem. Co prawda i ją Gruby Fiu osiągał z łatwością jednym wdzięcznym skokiem z karnisza, ale na jej środku sprytnie ustawiłam zaporę z pudeł po sokoparowniku i czajniku bezprzewodowym. Konstrukcja sięgała sufitu i zajmowała całą szerokość szafki. Nie było jak jej ominąć. Z lewej strony szafka była dla Grubego Fiu niedostępna, odkąd okupowana przez niego półka, po której się tam dostawał, runęła pewnego dnia wraz z balastem.
Wspięłam się na palce i z wysiłkiem wepchnęłam tacę na przygotowane miejsce. Spokojna o ryby udałam się do sklepu. Po drodze minęłam idącą z koleżankami Nieletnią.
- Pamiętaj, kup ziemniaki – przypomniała mi. – W tym domu nigdy nie ma ziemniaków!
- Będę pamiętać – obiecałam.
Miała rację, w domu jak zwykle nie było ziemniaków. Nigdy nie pamiętałam o tym, że trzeba je kupić, bo od dzieciństwa ich nie lubiłam. Wszyscy dookoła śmiertelnie się temu dziwią, ale jeśli o mnie chodzi, to mogą się dziwić do upojenia. Ziemniaków po prostu nie lubię i nie ma to nic wspólnego z żadnymi dietami. Tych ostatnich zresztą w ogóle nie uznaję. Nieletnia wszakże rąbie antypatyczne warzywo jak stonka i w związku z tym nabyłam go całe dwa kilogramy. Dla siebie wzięłam dwie puszki piwa – mnie też coś się od życia należy!
Po powrocie do domu włożyłam piwo do lodówki i żwawo wzięłam się za robienie obiadu. Obrałam i postawiłam na gazie ziemniaki, rozstawiłam talerze ze składnikami na panierkę. Z zamrażarki wydobyłam marchewkę z groszkiem i nastawiłam w rondelku, żeby się gotowały. W końcu sięgnęłam po tacę z rybami. Przez głowę przemknęła mi myśl, żeby może wejść na taboret albo przynieść z pokoju drabinkę, ale szybko ją odrzuciłam. Obie czynności wymagały ode mnie zbyt wiele fatygi. Wspiąwszy się na palce, wyciągnęłam rękę i końcami palców dotknęłam tacy wepchniętej na szafkę nad zlewem. W tej niewygodnej pozycji mozolnie zaczęłam przyciągać ją ku sobie. Jeszcze jeden ruch i mogłam ją lepiej uchwycić.
- Jassssssssna dupaaa!!! – ciszę niedzielnego popołudnia rozdarł straszliwy ryk, któremu w sukurs przyszedł dźwięk blaszanej tacy z impetem walącej o kant zlewozmywaka. Ten jednorazowy okrzyk całkowicie wyczerpał moje fizyczne możliwości. Duchowe skończyły mi się o kilkanaście sekund wcześniej.
- Kurwa mać – dodałam cichutko, zgięta w pół, oparta o zlew i niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Po włosach strumieniami ściekała mi woda z ryb, a szczątki filetów zwieszały mi się dekoracyjnie z czoła, dekoltu bluzki i brzegu szafki. Jeden malutki kawałeczek wpadł mi nawet do biustonosza. Śmierdząca ciecz zalała również podłogę w miejscu, gdzie stałam, opryskała szafki dookoła i doszczętnie przemoczyła mi ubranie. Refleksja na temat ilości wody, jaką zawierają w sobie mrożone filety z dorsza, przyszła mi sama z siebie.
- Mamo! – z pokoju dobiegł głos Nieletniej. – Co tam znowu wykombinowałaś? Brzmiało dobrze!
- Nic, dziecinko – wycedziłam przez zęby, wciąż zwisając głową w dół. Bardzo się starałam, żeby wyszło wiarygodnie. – Nie idź tu.
- Idę – oświadczyła wesoło Nieletnia. – Chyba wykręciłaś coś atrakcyjnego, muszę to zobaczyć!
W przedpokoju zaszurały pantofle.
- Ach...! – równocześnie z okrzykiem posłyszałam niekontrolowany wybuch śmiechu. – Matka – wystękał młodociany potwór – wiedziałam, że na ciebie można liczyć!
Nieletnia przykucnęła i oparła się plecami o lodówkę. Śmiała się tak, że z oczu pociekły jej łzy.
- Bachorze – powiedziałam grobowo. – Won mi stąd. Mam myśli samobójcze!
- Przyniosę ci szmatę do podłogi – powiedziała Nieletnia i skierowała kroki do łazienki. Usłyszałam dźwięk telefonu. Melodyjka z kreskówki „Inspector Gadget” jednoznacznie wskazywała na to, że dzwoni Braciszek. W akcie desperacji wytarłam twarz i włosy ścierką kuchenną. Stanęłam na szmacie do podłogi, ciśniętą mi litościwie pod nogi przez Nieletnią i sięgnęłam po komórkę wibrującą tuż za mną, na pralce.
- W samą porę się urwał – żachnęłam się pod nosem i wcisnęłam guziczek z zieloną słuchawką. – Czego tam? – burknęłam zachęcająco.
- Eloooo, siostrzyczka – powiedział kpiącym tonem Braciszek. – Słyszę, że masz przedni nastrój.
- Wyśmienity – odpowiedziałam złym głosem. – Właśnie ociekam wodą i szczątkami mrożonego dorsza.
- O! – Braciszek ucieszył się wyraźnie. – Eksperymentujesz z nowymi zapachami... To co tym razem? Soir de Makrelle...? Czar Centrali Rybnej...?
- Będę musiała cię zamordować – powiedziałam zimno.
Nie lubię niedziel.

poniedziałek, 19 marca 2012

27. Grecja: Kamienne Miasto i Tron Zeusa



Paleos Pantaleímonas to miejsce, w którym czas się zatrzymał. Do tej trudno dostępnej, górskiej miejscowości dopiero kilkanaście lat temu doprowadzono prąd, dlatego jej mieszkańcami są ludzie starzy. Młodzi już dawno opuścili miejsce urodzenia, gdzie nie mieli żadnych perspektyw pracy, rozwoju i życia w nowoczesnych standardach. Tuż obok domów, w których mieszkają ludzie, stoją opuszczone i pozawalane domostwa tych, którzy wyemigrowali do większych miast.
Wioska nazywana jest Kamiennym Miastem, gdyż domy, ulice, schodki, chodniki – nawet ogrodzenia – wszystko wybudowane zostało z kamienia. Wygląda naprawdę prześlicznie!


W tej właśnie urokliwej miejscowości po raz pierwszy w życiu widziałam rosnące w naturze jadalne kasztany.


W Panteleímonas spotkałyśmy także dziko żyjące w swoim naturalnym środowisku żółwie greckie, najzupełniej spokojnie spacerujące po trawnikach, chodnikach i ulicach. Ten – tak powszedni tam – widok dostarczył mi po prostu nieziemskiej frajdy!


Wypoczywając na Riwierze Olimpijskiej przez drugą cześć pobytu w Grecji, przed sobą miałam Morze Egejskie, a za plecami tchnący spokojem, majestatyczny Olimp. Niezapomniany to widok... W czasach antycznych stał się imponującym królestwem Zeusa Gromowładnego – naczelnego bóstwa greckiego. Wbrew rozpowszechnionym mniemaniom, nie jest to pojedyncza góra, lecz monumentalny masyw o 52 wierzchołkach. Starożytni wierzyli, że na najwyższych szczytach stały kryształowe pałace, gdyż o wschodzie słońca skały lśnią niezwykłym, różowawym blaskiem. Bardzo często w czasie burzy widoczne są całe wiązki piorunów, uderzających w najwyższy wierzchołek masywu – Mítikas, stąd trudno się dziwić wyobraźni dawnych Greków: to sam rozgniewany władca Olimpu ciska błyskawicami. Nieco poniżej Mítikasu znajduje się wierzchołek Stefáni, zwany Tronem Zeusa.


piątek, 16 marca 2012

26. Zawód: ksiądz



Gdy powiedzieć o kapłaństwie, że to zawód, duchowni i ich czciciele dostają piany na ustach. Natychmiast uruchamiają cały arsenał frazesów o „powołaniu”, „posłudze” i „sakramencie”. Żaden z tych sloganów nie jest, oczywiście, w najmniejszym stopniu argumentem. Malinowski bowiem miał powołanie do „posługi” kapłańskiej, więc został księdzem i za to mu ludzie płacą, Kowalski zaś z Nowakiem mieli powołanie do małżeństwa – i jakoś nikt im za to kasy nie daje, choć muszą teraz czymś zapchać nienażarte gęby swoich powołań. Kowalskiemu i Nowakowi płacą za to, że jeden przez 8 godzin poci się na budowie, a drugi użera się w urzędzie z rozjuszonymi petentami. Powołanie powołaniem, ale za coś żyć trzeba. To, co przynosi nam dochód, z czego żyjemy i utrzymujemy się, jest naszym wykonywanym zawodem. Jeżeli księża żyją z czegoś innego niż bycie księdzem, to proszę mnie oświecić, jeżeli zaś nie – przestać wyplatać farmazony.
Czciciele kleru podnoszą również, że kapłaństwo to sakrament. Ba! Czy ja zaprzeczam? Ależ skąd. Dodaję tylko, że taki np. chrzest również jest sakramentem, a dziwne, jakoś nikt nie chce mnie utrzymywać tylko z tego powodu, że jestem ochrzczona! A nawet bierzmowana. Niezorientowanym przypominam – bierzmowanie to też sakrament!
Pora spojrzeć prawdzie w oczy: ksiądz to taki sam zawód, jak każdy inny – tyle, że bardziej intratny i uprzywilejowany. Dochody duchownych nie są w żaden sposób możliwe do skontrolowania – wypłata odbywa się z ręki do ręki. Obłudnie twierdzą, że Bóg jest dla każdego, ale czynią z Niego towar rynkowy, każąc sobie płacić za msze, sakramenty, obrzędy. Za to tak zwane realizowanie powołania strzygą potulne owieczki bez żenady i ograniczeń – nawet te najbiedniejsze, bo zaszantażowane emocjonalnie oddadzą i dwie renciny, żeby godnie pochować staruszka małżonka. Nie pracują na siebie, bo każdej sytuacji wyciągają łapę po cudze pieniądze, prowadzą więc najzwyczajniej w świecie pasożytniczy tryb życia. Jakby i tego było mało, obdzierają z resztek pieniędzy permanentnie niedoinwestowaną, ledwo zipiącą oświatę. A czy taki np. nauczyciel biologii pcha im się do kościoła z płatnym wykładem o rozmnażaniu eugleny zielonej i czerpie za to garściami z ich budżetu?!
Obrońcy pokrzykują, że ksiądz też człowiek i jeść musi, mieszkać musi, przemieszczać się musi... Zgoda! Kowalski i Nowak też muszą – i to z całymi rodzinami. Czy wobec tego wyciągają rękę z tacą? Nie, Kowalski i Nowak zachrzaniają do pracy i nieraz ćwierć wieku im schodzi, żeby uwolnić się od mieszkania w 10 osób na 45 metrach kwadratowych.
Powołani do ewangelizowania najpierw niech się wezmą do jakiejś uczciwej pracy i na siebie zarobią, a potem głoszą Dobrą Nowinę – wtedy uwierzę, że ksiądz to nie zawód.

wtorek, 13 marca 2012

25. Żegnaj, komuno - witaj, komuno!



I niech mi kto powie, że w tym kraju może być normalnie.
No? Nie może i koniec!
Żyję na tym zakręconym padole wystarczającą liczbę lat, żeby mieć za sobą obowiązkową naukę języka rosyjskiego (który, notabene, uwielbiałam) i pamiętać społeczny opór przed jego narzucaniem.
Przyszedł czas, kiedy język rosyjski ze szkół wyrugowano, ale czy powiało nowym?
W okresie, gdy Nieletnia uczęszczała do przedszkola, zaczęto tworzyć grupy językowe. Zgodnie z danym mi prawem wyboru zapisałam dziecko na język niemiecki. Następnie okazało się, że i tak wszyscy uczyć się muszą angielskiego, bo grupy niemieckiej nie utworzono. Machnęłam ręką, wszak chodziło o głupie dwa lata.
Zapisując Nieletnią do szkoły, już na wstępie miałam zerowe pole manewru: oddział z wiodącym językiem niemieckim utworzono tylko jeden i nikogo nie obchodziło, czy dane dziecko chce być w klasie sportowej, czy teatralnej. Chcąc uczyć się niemieckiego, każde, bez możliwości wyboru, musiało pójść do klasy matematycznej. Wbrew zainteresowaniom, wbrew uzdolnieniom. Jako drugi doszedł język angielski – o innym w ogóle nie było mowy.
Gdy przyszedł czas wyboru gimnazjum, Nieletnia żyła nadzieją uwolnienia się od niechcianego angielskiego. Jak się okazało, w całym mieście – było nie było, wojewódzkim – nie ma ani jednej szkoły, która oferowałaby naukę rosyjskiego. W placówce, którą wybrała, poza językami angielskim i niemieckim naucza się hiszpańskiego i francuskiego. Teoretycznie z pełną możliwością wyboru wymaganych dwóch. A praktyka?
Jako wiodący Nieletnia wskazała przy składaniu dokumentów niemiecki, jako drugi – francuski. Radość trwała równe dwa miesiące wakacji. Już ostatniego sierpnia okazało się, że można uczyć się tylko jednego wybranego języka. Drugim „wybranym” MUSI być angielski. Niemiecki z angielskim tak, hiszpański z angielskim tak, francuski z angielskim tak, włoski z angielskim tak, rosyjski z angielskim tak, ale możliwość nauki dwu języków, z których ani jeden nie jest angielskim, w tym mieście (a może nawet i w całym kraju?) nie istnieje. Angielskiego MUSISZ uczyć się i basta!
Ręce opadają z hukiem, a cyc z szelestem. Do samej podłogi.
Przed nami wybór szkoły średniej. Złudzeń już nie mamy. Od angielskiego Nieletnia się nie uwolni.
Zagadka na dziś: czym to się różni od socjalistycznego przymusu nauki języka rosyjskiego?

sobota, 10 marca 2012

24. Grecja: w Skalnym Lesie



U podnóża majestatycznych gór Píndos, w centralnej, górzystej części Grecji – Tesalii, wyrasta z ziemi ponad sto gigantycznych skalnych słupów i maczug o fantastycznych kształtach, górujących nad miastem Kalambáka. Miejsce to nazywano niegdyś Skalnym Lasem lub Skalnym Miastem. Dzisiaj formacja ta nosi nazwę Meteora, co po grecku oznacza „głazy zawieszone w powietrzu”. Miejsce to ukształtowała natura ponad trzydzieści milionów lat temu. Wtedy to właśnie szumiące tam morze doprowadziło do powstania krajobrazu, jakiego nie ma w żadnym innym miejscu na naszym globie. Od pewnego czasu Meteory są jednym z najpopularniejszych w Europie rajów wspinaczkowych.
Kraina Meteorów, w której szczyty wczepione są bizantyjskie klasztory, należy do cudów świata wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. Bezcenne monastyry prawosławne, zlokalizowane w baśniowej scenerii Skalnego Lasu, „zawieszone” na wysokości 530 – 540 metrów nad poziomem morza, są drugim (po Świętej Górze Áthos) z najważniejszych ośrodków monastycznych prawosławnej Grecji. Dziś tylko cztery spośród nich udostępnione są turystom. W dwóch nadal kwitnie życie zakonne, a kilkanaście pozostałych jest w całkowitej ruinie.
Pierwsi pustelnicy przybyli na teren Meteorów w XI wieku i mieszkali w grotach skalnych. W 1336 roku do Skalnego Lasu dotarł Athanasios, mnich ze Świętej Góry Áthos (późniejszy święty Atanazy Meteoryta) i założył pustelnię w pieczarze pod wierzchołkiem najwyższej skały. Legenda głosi, że wzleciał tam na skrzydłach orła. Po kilku latach stworzył pierwszą wspólnotę kilkunastu zakonników i doprowadził do wybudowania na szczycie skały pierwszego klasztoru. Wkrótce za jego przykładem poszli inni i w XVI wieku szczyty niedostępnych skał wieńczyły 24 monastyry. Dziś wciąż funkcjonuje sześć spośród nich: dwa żeńskie i cztery męskie. Cztery spośród nich udostępniane są turystom.
W dawnych czasach wejście do monastyrów na skałach Meteorów odbywało się za pomocą skomplikowanej „infrastruktury” sznurowych drabinek i drewnianych mostków. Istniała też „winda” – sieć uwiązana na linach, w której wciągano delikwenta na górę. Konserwacja tej osobliwej windy odbywała się bardzo prosto: linę od kołowrotu, którym podciągano i opuszczano sieć, wymieniano za każdym razem... gdy się urwała.

U góry tej wieży, pod samym zadaszeniem, widać sieć-windę
Mimo że do Meteorów wiedzie asfaltowa droga, a do klasztorów dobudowano w XX wieku schody, to jednak do części spośród nich żywność i inne niezbędne zaopatrzenie wciąż dostarczane jest specjalnymi, towarowymi kolejkami linowymi.
Na najwyższym szczycie Meteorów – Szerokiej Skały – znajduje się męski monastyr Wielka Meteora pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego, założony przez św. Atanazego Meteorytę.


Na terenie świątyń prawosławnych należy mieć właściwy strój: kobiety spódnice zakrywające kolana oraz zasłonięte ramiona, a mężczyźni długie spodnie. Roznegliżowanym w upale turystom rozdawane są przy wejściu parciane portki na gumce, spódnice i peleryny. Zanim przywykliśmy do nowego ubioru, śmiechu było co niemiara.
Znajdująca się na terenie klasztoru Cerkiew pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego jest przepiękna, niezwykle cenna i zabytkowa. Niestety, objęta została bezwzględnym zakazem fotografowania.
Zwiedzającym udostępniona została zabytkowa klasztorna kuchnia z paleniskiem i piecem do wypieku chleba.


Niezwykłe wrażenie robią pomieszczenia piwniczne, w których zgromadzono narzędzia do uprawy niewielkich poletek na skałach. Tym, co mnisi uprawiali w największych ilościach, była winna latorośl, z której wyrabiali wino.


Na tej samej kondygnacji co piwnice, znajduje się ossuarium (kaplica czaszek) – pomieszczenie, w którym przechowywane są kości zmarłych mnichów.


środa, 7 marca 2012

23. Nie zardzewiała...?



Raz na jakiś czas spotykam Jędrusia.
Dorastaliśmy na jednym podwórku, gdzie pewnego dnia pobił się o mnie z Bogdanem. Wszyscy troje chodziliśmy do jednej klasy w tej samej podstawówce, którą po latach skończyła Nieletnia.
Odkąd pamiętam, do Jędrusia miałam niezaprzeczalną słabość. Dobrych kilka lat spędziliśmy w końcu na tym samym boisku, w lecie jeżdżąc po nim na rowerach, a w zimie na łyżwach. Najczęściej jednak przesiadywaliśmy „za siatką” – na huśtawkach. „Przesiadywanie” to zresztą termin mocno umowny – zazwyczaj lekko bujaliśmy się na nich na stojąco i pewnie od tego bujania bujnęłam się w Jędrusiu (co – zważywszy na moją nieprzezwyciężone upodobanie do niebieskich oczu i jasnych loków – nie powinno być jakoś szczególnie dziwne). Do dziś pamiętam białe i popielate paski na czerwonym swetrze Jędrusia i szaleńcze bicie serca podczas lekcji fizyki, gdy jego krzesło tajemnym sposobem znalazło się tuż przy moim, a ręka – na oparciu krzesła, na którym siedziałam. Albo ten dzień, w którym Anulka – młodsza siostra Jędrusia – tuż obok zjeżdżalni powierzyła mi tajemnicę mrożącą krew w żyłach: „Jędruś powiedział, że jesteś jego dziewczyną”. Spuchłam ze szczęścia i dumy – i choć status dziewczyny Jędrusia po ukończeniu szkoły mnie opuścił, opuchlizna nie zeszła do dzisiaj.
Po latach spotkałam Jędrusia raz i drugi... Okazało się, że pracuje niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Jego córka kończy już studia, a on sam... cóż, „wyrósł” na niesamowicie fajnego faceta. Ciepły, szczery, bezpośredni i zawsze uśmiechnięty dobry człowiek – niewiele się zmienił od czasów, gdy byliśmy podstawówczakami. Włosy mu ściemniały, loki zostały króciutko ścięte, ale w oczach pozostały dokładnie te same, łobuzerskie iskierki. Jeśli w sklepie ktoś znienacka pociągnie mnie z tyłu za związane włosy albo przy kiosku na ulicy połaskocze nagle pod żebrami, to nie odwracając się mogę mieć pewność, że to łobuz Jędruś mnie wypatrzył. Zawsze ucinamy sobie choćby krótką pogawędkę i po takim spotkaniu jeszcze długo towarzyszy mi trochę zadumany uśmiech. W uszach tak ładnie dźwięczą proste słowa pożegnania: „Bądź zdrowa...” – mawia Jędruś.

Pod tym drzewem stały huśtawki. Tutaj bujnęłam się w Jędrusiu.

niedziela, 4 marca 2012

22. Doroczny festiwal ohydy



Idzie wiosna. Tylko patrzeć, jak rozliczne blogi zakwitną znowu psimi kupami. Popularność tego wysoce wkurzającego tematu zastępczego dość skutecznie odwraca uwagę od problemu faktycznego i daleko bardziej obrzydliwego, jakim jest działalność ludzka. O ile bowiem zwierzę nie ma wyjścia i gdzieś tę kupę musi zrobić (a możliwości świadomego wyboru ma silnie ograniczone), o tyle człowiek podobno jest istotą rozumną. I do tego estetą! Tymczasem obrzydlistwo wyziera z każdego kawałka ziemi naznaczonego bytnością istoty ludzkiej. Festiwal ohydy, powiedziałabym, kwitnie bujnym kwieciem i to nie tylko na wiosnę, lecz przez cały, okrąglutki rok.
Nader urozmaicony asortyment śmieci zalegających chodniki, trawniki, przystanki i parki zawiera nie tylko pospolite plastikowe butelki i kartony po napojach, puszki i butelki po piwie czy papiery po wszelkich wiktuałach, ale i nieco bardziej wymyślne ozdoby, takie jak zużyte podpaski, tampony i prezerwatywy wraz zawartością. Nie ma miejsca, które nie byłoby upstrzone poprzyklejanymi dosłownie wszędzie gumami do żucia. Ukoronowaniem wszechobecnego syfu są chodniki tak oplute i pokryte gęstymi, zielonymi glutami wycharkanymi z ludzkich nosów i krtani, że nie wiadomo, gdzie podziać wzrok, aby nie puścić pawia. Śmierdzące, obsikane przez złotą polską młodzież bramy, poobdzierane kawały tynków świeżo wyremontowanych elewacji, wnętrza dworców i poczekalni, pobazgrane, poprzypalane papierosami ściany domów, zdewastowane wnętrza autobusów, tramwajów i pociągów, odpychające wysypiska śmieci w parkach i lasach... Mam wyliczać dalej?
Żeby było śmieszniej, z łatwością można zaobserwować, że największą pasję w podniecaniu się tematem psich kup często przejawiają wysiadujące na miejskich ławkach (jak na przyzbach wiejskich chałup) damy z awansu społecznego, które 10 – 20 lat temu na wsiach, z których poprzyjeżdżały, własnymi rękami wygarniały gnój z obór i chlewików. To ich mężowie, dzieci i wnuki dewastują dziś klatki schodowe, niszczą zieleń, zaśmiecają ulice i pokrywają chodniki wszelkim paskudztwem, a w sklepach wsadzają do wózków przeznaczonych na artykuły spożywcze hałaśliwe dzieciaki w brudnych buciorach. Jakoś dziwnie mało pisze się o tej – o wiele większej i poważniejszej od psiej kupy – bolączce naszego społeczeństwa. Może... dlatego, że wymagałoby to rozpoczęcia kampanii od samego siebie?

czwartek, 1 marca 2012

21. Grecja: córy Koryntu i moje szczęście



Najdalej wysuniętą na południe częścią Półwyspu Bałkańskiego jest Peloponez. Nazwany półwyspem, jest w gruncie rzeczy wyspą, którą ze stałym lądem łączy pięć stalowych mostów, dzieli zaś słynny Kanał Koryncki. Historia tego wąskiego przesmyku sięga VII w. p.n.e., kiedy to tyran Koryntu, Periander, wpadł na pomysł usprawnienia żeglugi między Morzem Egejskim a Morzem Jońskim. Kanał był wielokrotnie przekopywany i udoskonalany. Oglądany z mostu, wywiera imponujące wrażenie. Długi na 6,5 kilometra, wysoki na 90 metrów, wygląda niesamowicie.
U jego zachodniego wylotu leży miasto Korynt, które współcześnie nie ma zbyt wiele do zaoferowania turystom, za to w starożytności jego nazwa stała się synonimem luksusu, bogactwa i piękna. Rozsławił miasto również nimb rozpusty i słynne córy Koryntu. Były wśród nich hetery – grupa zawodowych kurtyzan, które tym różniły się od zwykłych ulicznic, że były wykształcone, eleganckie i bogate. Także w świątyni Afrodyty – bogini miłości – można było zaznać rozkoszy płatnej miłości z kapłankami bogini. Świątynia usytuowana była na samym szczycie Akrokoryntu – wzgórza pełniącego funkcję akropolu miasta. Nie przeszkadzało to w niczym rzeszom mężczyzn, którzy wspinali się na nie wytrwale. Mniej luksusowe prostytutki przemierzały miasto w butach na specjalnych podeszwach, które odciskały ślad w kształcie napisu „pójdź za mną”.
Niezaprzeczalną atrakcją Kanału Korynckiego jest widok przepływających nim statków. Podobno wróży pomyślność. Jak na zamówienie, wróżba szczęścia się pojawiła. Statek pasażerski pokaźnych rozmiarów, z basenem na najwyższym pokładzie, z góry wyglądał jak niewielka zabawka. Malutcy ludzie machali do nas wesoło. Odmachałam im zamaszyście i... to działa!