wtorek, 13 marca 2012

25. Żegnaj, komuno - witaj, komuno!



I niech mi kto powie, że w tym kraju może być normalnie.
No? Nie może i koniec!
Żyję na tym zakręconym padole wystarczającą liczbę lat, żeby mieć za sobą obowiązkową naukę języka rosyjskiego (który, notabene, uwielbiałam) i pamiętać społeczny opór przed jego narzucaniem.
Przyszedł czas, kiedy język rosyjski ze szkół wyrugowano, ale czy powiało nowym?
W okresie, gdy Nieletnia uczęszczała do przedszkola, zaczęto tworzyć grupy językowe. Zgodnie z danym mi prawem wyboru zapisałam dziecko na język niemiecki. Następnie okazało się, że i tak wszyscy uczyć się muszą angielskiego, bo grupy niemieckiej nie utworzono. Machnęłam ręką, wszak chodziło o głupie dwa lata.
Zapisując Nieletnią do szkoły, już na wstępie miałam zerowe pole manewru: oddział z wiodącym językiem niemieckim utworzono tylko jeden i nikogo nie obchodziło, czy dane dziecko chce być w klasie sportowej, czy teatralnej. Chcąc uczyć się niemieckiego, każde, bez możliwości wyboru, musiało pójść do klasy matematycznej. Wbrew zainteresowaniom, wbrew uzdolnieniom. Jako drugi doszedł język angielski – o innym w ogóle nie było mowy.
Gdy przyszedł czas wyboru gimnazjum, Nieletnia żyła nadzieją uwolnienia się od niechcianego angielskiego. Jak się okazało, w całym mieście – było nie było, wojewódzkim – nie ma ani jednej szkoły, która oferowałaby naukę rosyjskiego. W placówce, którą wybrała, poza językami angielskim i niemieckim naucza się hiszpańskiego i francuskiego. Teoretycznie z pełną możliwością wyboru wymaganych dwóch. A praktyka?
Jako wiodący Nieletnia wskazała przy składaniu dokumentów niemiecki, jako drugi – francuski. Radość trwała równe dwa miesiące wakacji. Już ostatniego sierpnia okazało się, że można uczyć się tylko jednego wybranego języka. Drugim „wybranym” MUSI być angielski. Niemiecki z angielskim tak, hiszpański z angielskim tak, francuski z angielskim tak, włoski z angielskim tak, rosyjski z angielskim tak, ale możliwość nauki dwu języków, z których ani jeden nie jest angielskim, w tym mieście (a może nawet i w całym kraju?) nie istnieje. Angielskiego MUSISZ uczyć się i basta!
Ręce opadają z hukiem, a cyc z szelestem. Do samej podłogi.
Przed nami wybór szkoły średniej. Złudzeń już nie mamy. Od angielskiego Nieletnia się nie uwolni.
Zagadka na dziś: czym to się różni od socjalistycznego przymusu nauki języka rosyjskiego?

26 komentarzy:

  1. Niczym. A może ręce z szelestem a cyc z hukiem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zależy od rozmiarów cyca. W moim wypadku chyba faktycznie z hukiem :))

      Usuń
    2. A u mnie z szelestem :D:D

      Usuń
    3. Huraganem czy zefirkiem?

      Usuń
    4. Łopot na wietrze wchodzi w grę czy nie?

      Usuń
    5. Jeszcze nie :D Chociaż nie za wielkie, to jednak jeszcze cycki, a nie bimbały.

      Usuń
    6. Myślałam raczej o chorągiewkach. Takich, co to powiewają i łopoczą na wierze ;)

      Usuń
    7. Pamiętasz, co się mówi o piersiach i wargach? Tych łopoczących...

      Usuń
    8. W sensie ideału murzyńskiej piękności...?

      Usuń
    9. Zależy chyba, do kogo, co...?

      Usuń
  2. Ja przez całą podstawówkę demonizowałam angielski, a tak naprawdę zaczęłam się go uczyć po zakończonej edukacji (pod studiach), jak zaczęłam poznawać ludzi z całego świata z tymi samymi zainteresowaniami - miałam niezły przegląd narodów - od Amerykanek po Japonkę.
    Moim ukochanym językiem dość długo był włoski - stąd mój wybór liceum i klasy humanistycznej i za te 4 lata nauczyłam się go całkiem nieźle, jako że nasza wychowawczyni tez się nie obijała i przerabiała z nami materiał jak należy. Języka, którego uczyłam się z największa niechęcią, był język przewodni mojej filologii obcej, na która dostałam się przypadkiem, kiedy nie dostałam się na polonistykę, a mogłam pisać odwołanie na kierunek pokrewny, jeśli były na nim wolne miejsca. Niestety, po roku okazałam się zbyt dużym leniem, by zdać na inny kierunek, może bardziej życiowy albo od razu podjąć naukę w jakimś studium a studia zostawić na później. Choć może mój awers do tego języka ze studiów wziął się z powodu niezbyt sympatycznych sytuacji związanych z lektorkami, które znowu potrafiły być tak samo fajne,jak czasem wredne (nie chodzi o oceny, a śmianie się z delikwenta, kiedy mu coś z nerwów nie wyszło)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS Kiedyś byliśmy w bloku wschodnim, a teraz w zachodnim -i cała tajemnica "przymusu"

      Usuń
    2. Pojeździłam po świecie i wszędzie dogadałam się z ludźmi bez znajomości angielskiego. Da się.

      Usuń
    3. Pałam wstrętem do wszelkiego przymusu i podejrzewam, że Nieletnia ma to po mnie.

      Usuń
    4. To może czas zmienić nastawienie? Angielski to jak średniowieczna łacina. Z ludźmi oczywiście da się porozumieć na migi, minami, rysunkami i pojedynczymi słowami z innych języków (chyba tak powstało esperanto - to dopiero sztuczny twór, tfu!).
      A z sympatią do języków tak już jest - do jednych masz dryg, do innych nie. Ja włoski wchłonęłam jak gąbka, do angielskiego przekonywałam się kilkanaście lat, języka którego uczyłam się na studiach (a właściwie dwóch) nie lubię i nie mam do nich serca do dziś.
      A co do przymusu - czasem trzeba zauważyć korzyści jakie można odnieść z tego, co się robi "z przymusu", inaczej "zawnerwiacie się", dostaniecie przedwcześnie wrzodów i po co i za co? :D

      Usuń
    5. Ach, nie. "Znerwianie się" to ostatnia rzecz, która byłaby naszym udziałem. Nieletnia od przedszkola nazywana jest siłą spokoju, ja zaś - z dużą dozą zdrowego rozsądku olewam to, co mi nie jest do szczęścia przydatne.

      Usuń
  3. ...a wiesz, gdy moja Córa się uczyła pomyślałam jak Ty, kiedyś rosyjski ( też uwielbiam) teraz angielski, zmienił się ustrój, ale niepisane acz obowiązujące przymusy ciągle istnieją..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety. A to jest w najwyższym stopniu wkurzające! Podobnie jak z tym wyborem religii i etyki. W praktyce nie znam nikogo, kto chodziłby na etykę, bo jest "za mało chętnych", żeby utworzyć grupę.

      Usuń
  4. Takie "gibanie po ścianie". Odpowiednie słowo zastąpiłam "gibaniem". Też się dogaduję i nie o to chodzi.
    Faktycznie jesteśmy ubezwłasnowolnieni już od dziecka. Jak nie urok....
    :)))

    OdpowiedzUsuń