poniedziałek, 30 kwietnia 2012

41. Niania



Nie usłyszy o Niej świat.
Nikt nie wyniesie Jej na ołtarze, choć swoim życiem dała przykład heroizmu i miłości.
Mówiliśmy do niej po prostu: Niania.
Przyszła na świat w lipcu 1920 roku jako ostatnie dziecko mojej prababci. Mawiała o sobie, że nie powinna była się urodzić, że od początku była brzydka i nic nie warta. Nigdy nie wyszła za mąż. Kochała książki i miała imponujący zasób wiedzy. Swoje proste i ubogie życie w całości poświęciła innym. W czasie wojny boso, z poodmrażanymi nogami, przemierzała kilometry, aby nazbierać szyszek na opał albo u dobrych ludzi wyżebrać kubek mleka dla malutkich siostrzeńców, z których jeden po upływie ćwierćwiecza został moim ojcem. Po wojnie cierpliwie dreptała po pomoc z UNRRY, a w głębokim kryzysie na początku lat osiemdziesiątych od rana do nocy wystawała w kolejkach, aby zdobyć po kostce masła lub po kilogramie cukru dla całej rodziny. Nigdy nie miała własnych dzieci, ale za cudze gotowa była dać się posiekać. Jej wielką miłością byłam ja.
Każdego nakarmiła (choćby i nie był głodny), z każdym się podzieliła, a żyła przecież z ubożuchnej renciny.
Przez wiele lat mojego dzieciństwa dzień w dzień przychodziła do mnie, żeby się mną zajmować. Rodzice pracowali, dziadkowie zajmowali się domem, a ja nieodmiennie pytałam: „Kiedy przyjdzie Niania?”. Przychodziła niezawodnie.
To Ona była ze mną zawsze. To Ona wysiadywała godzinami pod drzwiami salki katechetycznej. To Ona prowadziła mnie na plac zabaw, kupowała cukierki i pierścionki na odpuście. To Ona przychodziła do mnie codziennie jeszcze wtedy, gdy byłam już mężatką i matką – i nigdy nie przychodziła z pustymi rękami. Na próżno jej tłumaczyłam, że przecież pracujemy, że niczego nam nie brakuje... Przemierzała miasto piechotą na obolałych nogach, po to, żeby po drodze przejść przez rynek i uszczknąć coś ze swojej biedy specjalnie dla mnie: kawałek wiejskiej kiełbasy, 10 jajek od wiejskiej baby, kawałek żółtego sera...
Pewnego dnia przewróciła się w swoim mieszkaniu. Udar. Potem nikogo już nie poznawała. Mówiła do mnie per „pani”, a ja łykałam łzy, których nie udawało mi się ani powstrzymać, ani ukryć. W lipcu 2007 roku wracałam z wczasów w Grecji. Wyjechał po nas mój brat.
- Teraz już mogę ci powiedzieć. W sobotę pochowaliśmy Nianię. Nie dawaliśmy ci znać, bo i tak nie miałabyś możliwości przyjechać.
O, niezapomniane leniuchowanie na kocu pod lipami! O, niezrównane partie szachowe, wygrywane przeze mnie – kilkuletnią oszustkę! O, niekończące się opowieści o Bilczu Złotym na Ukrainie, o wojnie i o niebie...! Nianiu, Nianiu... Czy patrzysz na mnie stamtąd?
Tak bardzo mi Jej brakuje. Nie lubię chodzić na Jej grób w niczyim towarzystwie. Chcę być sama. Tylko z Nią. Niech nikt nie ogląda moich łez, bo płyną tylko dla Niej.

piątek, 27 kwietnia 2012

40. Drobiowa mentalność



Od czasu do czasu życie ciska we mnie typem człowieka, który osobiście bardzo źle znoszę. Z góry przepraszam kury i inne ptactwo, dzikie i udomowione, bowiem nic przeciwko niemu nie mam, wręcz przeciwnie. To tylko frazeologia w naszym języku jakaś taka, że mnóstwo paskudnych cech ludzkich przypisuje światu zwierzęcemu – a niesłusznie. Mowa więc będzie o drobnomieszczańskiej kurze domowej.
Jest to ten typ kobiety, który mierzi mnie do wypęku.
Kura domowa ma kurzy móżdżek. Wychodzi za mąż, „bo tak trzeba”, „bo już czas”, „bo rodzina to skarb”, „bo rodzice znaleźli dobrą partię”, „żeby nie być starą panną”* (*niepotrzebne skreślić). Szczytem jej życiowych ambicji są: stanie przy garach, rodzenie dzieci, rodzinne obiadki, aranżowanie domowych uroczystości, pokazowe niedzielne spacery lub msze, jeżdżenie na szmacie, rozkładanie po całym domu filisterskich serwetek i bibelotów, sadzenie kwiatków i sprawdzanie, czy aby na pewno „wszystko lśni” i czy balkon dostatecznie „umajony”. Zwierzęta omija szerokim łukiem, bo – a fe! – mogłyby nabrudzić, roznieść zarazki albo zjeść na przystawkę ją samą. Zwierzęta zresztą trzeba rozumieć, a z cyklamenem konwersuje się bezpieczniej.
Krąg tak zwanych zainteresowań kury domowej obejmuje gotowanie, rodzenie, grzebanie w glebie, dbanie o migdałki, robienie przetworów na zimę, opiekowanie się dziećmi, rozsadzanie kwiatów, smarowanie się specyfikami, parzenie ziółek etc.* (*niepotrzebne skreślić), które tak naprawdę trudno zaliczyć do koników z prawdziwego zdarzenia. Są to zwyczajne czynności życiowe, nad którymi przeciętne jednostki przechodzą do porządku dziennego, czego jednak kury domowe nie robią. One celebrują, śmiertelnie poważnie podchodząc do maseczki z ogórków i nadając wywabianiu plam z kawy nadzwyczajnego patosu.
Byłabym, oczywiście, cholernie niesprawiedliwa, gdybym odmówiła kurze domowej bardziej doniosłych zainteresowań. Wszak czyta i wzruszyć się potrafi nad współczesnym czytadłem albo zachłysnąć się kreacją filmową tego czy owego przystojniaka, a potem podnosić jego zalety. Ogląda nawet coś więcej ponad seriale dla inteligentnych inaczej! Jeżeli pracuje zawodowo, nie jest to jej ulubiona sfera życia ani tym bardziej sposób na realizowanie siebie chociażby w części. Nie umie żyć z ludźmi, którzy potrafią więcej niż ona, więc w pracy zwyczajnie się męczy.
Kura domowa jest niewolnicą konwenansu, co przekłada się między innymi na jej język. Jej ulubioną formą obcowania towarzyskiego jest maszynowa produkcja tuzinkowych zwrotów grzecznościowych, zza których wyziera pustka. Jak automat do kapslowania butelek, wyrzuca z siebie kolejne: „witam pięknie”, „pozdrawiam wieczorowo”, „życzę smacznego”, „dziękuję pięknie”, „życzę miłego dnia”, „weekendowe pozdrowienia”, „miłego całego tygodnia”, „niedzielne pozdrowienia”. Poza tym nie ma po prostu nic do powiedzenia. Nie ma własnego zdania, nie jest zdolna do sprzeciwu. Jest tragicznie nieciekawa. Nijaka. Żadna. Ponieważ brak jej lotności umysłu, każdą wypowiedź rozumie przeraźliwie dosłownie i wszystko bierze do siebie. Nawet jeśli dobiega pięćdziesiątki, w ramach swej sztywnej poprawności zachowuje się jak sancta simplicitas. Nazywanie rzeczy po imieniu budzi w niej niesmak i zgorszenie. Dla kury domowej nie istnieje „smród”, jest tylko infantylny „brzydki zapach”, a dorosła córka nie ma „chłopaka” czy – uchowaj Boże! – „partnera”, tylko „kolegę”. Rubaszność w jej oczach równa się chamstwu, a poczucia humoru po prostu nie ma, więc sporej części ludzkości nie jest w stanie zrozumieć. Ze wszech miar stara się być poprawna, dzięki czemu staje się sztywna i nudna jak flaki z olejem. W czasie rozmowy jej ulubionymi kwestiami są: „rozumiem”, i „szanuję Twoje zdanie”, które bardzo ładnie maskują jej brak własnego poglądu na jakikolwiek temat.
Miernikiem wartości w świecie drobnomieszczańskiej kury domowej jest jej obraz w oczach innych. Dlatego tkwi patetycznie u boku męża, nawet jeśli go nie kocha lub jeśli kocha innego. Zresztą, sama i tak nie dałaby rady zarobić na siebie i potomstwo. Dba o wizerunek idealnej rodziny, która celebruje niedzielne obiadki i rodzinne święta.
Kura domowa chce pokazać światu, że nie ma kurzego móżdżku. Czasem nawet pisze blog. Nieudolnie kreując się na wdzięczną i urzekającą (co aż bije po oczach sztucznością), mozolnie kleci drętwe gadki złożone z ogólników na każdy (żaden) temat, aby udowodnić wszechstronność wiedzy, zainteresowań i doświadczenia. Suto okrasza je sloganami, które kojarzą się z latami 70-tymi: „pamiętajmy o wypełnieniu naszego patriotycznego obowiązku”, „dzieci to nasz skarb”, „drogie panie, warto zatroszczyć się o nasze dłonie”, „pamiętajmy o naszych drogich tatusiach”, „dbajmy więc o płaski brzuszek”. Zapytana o obowiązki ojczyzny względem obywatela, o miejsce dla otyłych bez płaskich brzuchów w społeczeństwie, o tatusiów – gwałcicieli i alkoholików, nie jest w stanie wymyślić niczego od siebie i, obrażona, kasuje komentarze. Nawet w sferze wirtualnej nie może zdobyć się na odrobinę luzu. W kurzodomowym świecie nie ma miejsce na polot, fantazję, przeciwstawienie się stereotypom, wyjście poza magiczny krąg kurzodomostwa.
Kura domowa używa słów „przyjaźń” i „przyjaciele”, ale i tak nie da się z nią zaprzyjaźnić, ponieważ nie umie być otwarta i szczera, nie ma w niej cienia spontaniczności, no i za nic w świecie nie porzuci na dwa dni środków czystości, męża i dzieci, żeby wyskoczyć na jakąś babską imprezę ani tym bardziej nie podejmie w 15 minut decyzji o wypadzie na koncert rockowy na drugi koniec Polski.
Życie kołtuńskiej kury domowej upływa w ciasnej i ograniczonej krainie rytuału i konwenansu – i niech tak zostanie, bo każdemu trzeba pozwolić żyć tak, jak chce i lubi. Tylko, na litość boską – z daleka ode mnie!

wtorek, 24 kwietnia 2012

39. Izrael i Autonomia Palestyńska: z wizytą u Eliasza



Wokół znanej z Biblii góry Karmel rozsiadło się ogromne miasto Hajfa. Jej panorama, oglądana z górnej części, jest imponująca. W dole rozciąga się dzielnica portowa. Typowe blokowiska zamieszkują biedniejsi obywatele miasta, w dużej mierze imigranci z dawnego Związku Radzieckiego. Tak zwane „górne miasto” rozpościera się na masywie Karmelu i jego zboczach. Zajmują je zamożni mieszkańcy, co od razu rzuca się w oczy: krajobraz jest ładniejszy, atmosfera przyjemniejsza, a domy bardziej okazałe. Oprócz Żydów mieszkają tam mniejsze społeczności: arabska sekta muzułmańska ahmadija oraz wielonarodowościowa grupa bahaitów.


Góra Karmel zasłynęła w Starym Testamencie z krwawej łaźni, którą prorok Eliasz urządził kapłanom Baala zaraz potem, jak w cudowny sposób wykazał, że jego Bóg jest prawdziwy, a ich nie. W świecie chrześcijańskim góra zaistniała w średniowieczu, kiedy to rozsławił ją Zakon Braci Najświętszej Marii Panny z Góry Karmel, biorący początek od XIII-wiecznych eremitów naśladujących Eliasza w pustelniczym życiu. Trudno się dziwić fascynacji krwawym rzeźnikiem, bezwzględnie eliminującym z tego łez padołu każdego myślącego inaczej niż on – w średniowieczu (i nie tylko wtedy!) była to nader charakterystyczna cecha chrześcijaństwa.


Dziś na górze Karmel mieści się bazylika Najświętszej Marii Dziewicy i klasztor karmelitów, a na jej zboczu jaskinia zwana Grotą Eliasza. Tradycja głosi, że to właśnie tam schroniła się Święta Rodzina w czasie ucieczki do Egiptu. Czy tradycja nakazuje również urzędującym tam karmelitom kontynuować zwyczaje Eliasza względem wszelkiej maści „odszczepieńców”? Wolałam osobiście nie sprawdzać.


sobota, 21 kwietnia 2012

38. Napisz o mnie: Teresa



- Napisz o mnie – powiedziała Teresa. – Napisz o tym, co mi się przytrafiło, może akurat ktoś to przeczyta i uchroni się przed oszustwem?
- Napiszę – obiecałam.

* * *

Teresa wybierała się do lekarza. Była chora, czuła się potwornie źle, a na dodatek miała mnóstwo pracy. Tonąc w papierach, niemrawo w nich grzebała. Fatalny ból głowy dodatkowo utrudniał jej życie. Dzwonek u drzwi zabrzmiał jak wystrzał armatni.
- Dzień dobry – powiedziała jedna z dwóch pań stojących na wycieraczce. – My w sprawie obniżenia rachunku telefonicznego.
- Nie zamawiałam – powiedziała niemrawo Teresa i chciała zamknąć drzwi.
- My pani przedstawimy ofertę.
- Dziękuję, nie jestem zainteresowana – powtórzyła Teresa cierpliwie i stanowczo.
- Proszę pani, to jest bardzo korzystna oferta – kobieta była szybsza i żwawo odparła atak zamykanych jej przed nosem drzwi.
- Ale ja rezygnuję z telefonu stacjonarnego w ogóle, czekam tylko na wygaśnięcie umowy, więc naprawdę nie ma o czym mówić!
U pani z wycieraczki pojawił się błysk w oku.
- Przynajmniej na te kilka miesięcy można by obniżyć abonament, po co ma pani przepłacać? Teraz każda złotówka się liczy.
- Tego pani nie wie, czy przepłacam.
- To może jednak zapozna się pani z naszą propozycją, wtedy będzie pani miała możliwość porównania.
- Proszę pani, jestem chora, spieszę się do lekarza i nie mam siły ani ochoty na pogawędki!
- Ale my zajmiemy tylko chwileczkę – kobieta była namolna. Wparowała do mieszkania wraz z milczącą towarzyszką. Teresa pomyślała z rezygnacją, że może rzeczywiście lepiej będzie dla świętego spokoju wysłuchać oferty, wtedy po prostu szybciej ich się pozbędzie. Tego dnia nie miała siły walczyć z wiatrakami.
Nachalna kobieta zapewniła ją, że Inny Operator (nazwijmy go IO), którego reprezentuje, jest agendą Telekomunikacji Polskiej S.A., co nie było prawdą, ale o tym Teresa nie wiedziała. W myśl słów przedstawicielki handlowej, miało to być atutem, gdyż nie ma nic gorszego, jak trafić na prywaciarza. Teresa słuchała jej ze zniecierpliwieniem.
- Konkrety proszę.
Oferta, którą przedstawiła pani od IO, była rzeczywiście korzystna i skołowana Teresa doszła do wniosku, że jeśli chodzi o te głupie cztery miesiące, które pozostały jej do wypowiedzenia umowy TP S.A., to może zaryzykować, dobre i te parę groszy złotych oszczędności. Poczuła się prawie przekonana.
Sprzedawczyni IO zapewniła, że od następnego miesiąca abonament Teresy zostanie obniżony i tak pozostanie do momentu wygaśnięcia umowy z TP S.A. W następnej chwili jednak okazało się, że podsunięty jej druk umowy opiewa na 24 miesiące.
- O nie, nie, nie. Ja tego nie podpiszę – zdecydowanym ruchem odsunęła od siebie formularz. – Potem okaże się, że nie mogę się od was uwolnić.
- Ale to jest tylko druk, po prostu nie mamy innych, jednak proszę się nie niepokoić, my mamy dostęp do pani danych w umowie z TP S.A., przecież jesteśmy jedną firmą i na pewno chodzi tylko o ten okres, do którego będzie pani posiadać telefon stacjonarny – uspokajała.
Zrezygnowana i otumaniona Teresa złożyła podpis, po czym zapomniała o sprawie natychmiast, gdy z ulgą zamknęła drzwi za namolnymi sprzedawczyniami.
O incydencie przypomniała sobie dwa miesiące później. Wciąż dostawała po staremu faktury z TP S.A., opiewające na tę samą, wcale nie obniżoną kwotę. Tknięta złym przeczuciem, zadzwoniła pod numer infolinii IO celem przekonania się, jaki właściwie jest jej status. Jak się okazało, padła ofiarą oszustwa, gdyż figurowała tam jako nowy klient od najbliższego miesiąca, oczywiście z umową na dwa lata. Sprzedawczyni kłamała od pierwszego słowa, dokładnie od „dzień dobry”, bo tamten feralny dzień wcale dla Teresy dobrym się nie okazał. Doskonale wiedziała, że wkrótce Teresa nie będzie już posiadaczką żadnego telefonu stacjonarnego, a mimo to, matacząc, nakłoniła ją do podpisania umowy.
Co więcej, pracownica infolinii zapewniła Teresę, że przełączenie do IO (który zresztą nie jest żadną agendą TP S.A.) zostanie dokonane we właściwym terminie, co również okazało się kłamstwem. Przełączenia dokonano wcześniej, a TP S.A. naliczyła jej karę za przedwczesne zerwanie umowy. To już drugi pracownik IO, który z premedytacją ją okłamał albo co najmniej wykazał się rażącą niekompetencją. Zerwać umowę z IO, oczywiście, można, tyle że za to zostanie naliczona kara od kolejnego operatora.
Teresie się przelało, więc skierowała do IO stosowne pismo i oczekuje na rozwój wypadków, rozważając złożenie w prokuraturze doniesienia o przestępstwie. W Internecie dogrzebała się informacji o podobnych incydentach.

* * *

Oczywiście, można podsumować całą tę sprawę w ten sposób, że Teresa sama sobie jest winna, bo podpisała umowę. Nie chciałabym jednak, aby sytuacja uległa absurdalnemu odwróceniu i – jak to często dzisiaj bywa – z ofiary zrobiono winną. Gdy mamy do czynienia z przedstawicielami legalnie działającej firmy, to jednak zakładamy ich profesjonalizm i uczciwość. Traktowanie każdego a’priori jako potencjalnego oszusta uniemożliwiłoby nam normalne funkcjonowanie. Opisani pracownicy IO działali wszakże w rażącej sprzeczności z elementarnymi zasadami uczciwości, dlatego to nie Teresa powinna się wstydzić swojej naiwności i wiary w dobre intencje człowieka, lecz firma za swoich pracowników – i przede wszystkim oni sami.
Póki co, Teresa poniosła tylko koszty, nie usłyszawszy od nikogo nawet „pocałuj mnie w d...”, o zwyczajnym słowie „przepraszam” nie wspominając. Jak sytuacja się rozwinie, czas pokaże.

środa, 18 kwietnia 2012

37. Sine nobilitate



Od kilku tygodni usiłuję spotkać się z Kulką, ponieważ musimy na spokojnie dokonać ustaleń związanych z wspólnym wakacyjnym wyjazdem. Mogę podjąć się załatwienia wszelkich formalności za wszystkich, ale pewnych decyzji nie podejmę w pojedynkę. Tymczasem w ciągu tygodnia Kulka dysponuje niewielką ilością wolnego czasu. Ma trójkę dzieci, męża nieroba (który, o ile nie przeszkodzi, to na pewno w niczym jej nie pomoże) i absolutnie wszystko na swojej głowie, z utrzymaniem całej rodziny włącznie. W soboty i niedziele natomiast zaczęła tajemniczo znikać.
Jak się okazało, wyjeżdża z najmłodszym dzieckiem w tournée po województwie i okolicach, aby pozapraszać na pierwszą komunię tegoż jakąś astronomiczną liczbę gości. Z niekłamanym zdumieniem uzyskałam od Kulki informację, że wynosi ona... 40! Zapraszanie zaś odbywa się z wszelkimi ceregielami.
Ręce mi opadły do samej ziemi.
Impreza odbędzie się w lokalu i pochłonie, lekko licząc, około 5 tysięcy złotych. Święci pańscy! Mam chyba jakieś trudności z percepcją rzeczywistości, bo w żaden sposób nie chce mi się to wszystko pomieścić w głowie. Wielodzietna żona bezrobotnego męża, która na co dzień ledwo wiąże koniec z końcem, wyrzuca w błoto takie mnóstwo pieniędzy? Dlaczego?! Nie omieszkałam jej o to zapytać i dowiedziałam się, że przecież ciocia Stasia, stryjenka Giena z wujenką Władzią, wujcio Miecio z Bolkiem i Edkiem, Halinka z Kazikiem i Pierdziccy z czeredą dzieciaków muszą być zaproszeni, bo... muszą, no a skoro oni, to także cioteczna stryjecznej Wiesia, stryjek Józek i kuzynka stryjka Jasia z narzeczonym Władkiem... A gdyby nie zaprosili cioci Leokadii, brata stryjka Mariana, szwagierki cioci Zdzichy z Jaśkiem, Żanetką i wnukami kuzynki od strony Antka, no to na śmierć poobrażałaby się cała rodzina...
Dalej już nawet nie słuchałam.
W całym moim weselu uczestniczyli tylko ci, których naprawdę chcieliśmy zaprosić i wszystkiego było nas raptem 33 osoby ze mną i Eksem włącznie. Na chrzest Nieletniej do kościoła przyszedł kto chciał, a na obiad zaprosiliśmy tylko rodziców chrzestnych. Po pierwszej komunii na domowym obiedzie byli jeszcze – oprócz chrzestnych – dziadkowie.
Nie rozumiem i nie akceptuję przywleczonego przez nowobogackich, a rozpowszechnianego z powodu głupiej mody wydziwiania z chrzcinami i komuniami na wzór wesela, w myśl zasady „zastaw się, a postaw się”. Nie śmierdzieć groszem, ledwo wiązać koniec z końcem i pakować fortunę w coś tak niedorzecznego, to pachnie groteską. Nie wiem, co powoduje tymi ludźmi. Snobizm? Bufonada? Kompleksy? Mentalne buractwo? W każdym razie jest to na pewno coś bezsensownego.