piątek, 27 kwietnia 2012

40. Drobiowa mentalność



Od czasu do czasu życie ciska we mnie typem człowieka, który osobiście bardzo źle znoszę. Z góry przepraszam kury i inne ptactwo, dzikie i udomowione, bowiem nic przeciwko niemu nie mam, wręcz przeciwnie. To tylko frazeologia w naszym języku jakaś taka, że mnóstwo paskudnych cech ludzkich przypisuje światu zwierzęcemu – a niesłusznie. Mowa więc będzie o drobnomieszczańskiej kurze domowej.
Jest to ten typ kobiety, który mierzi mnie do wypęku.
Kura domowa ma kurzy móżdżek. Wychodzi za mąż, „bo tak trzeba”, „bo już czas”, „bo rodzina to skarb”, „bo rodzice znaleźli dobrą partię”, „żeby nie być starą panną”* (*niepotrzebne skreślić). Szczytem jej życiowych ambicji są: stanie przy garach, rodzenie dzieci, rodzinne obiadki, aranżowanie domowych uroczystości, pokazowe niedzielne spacery lub msze, jeżdżenie na szmacie, rozkładanie po całym domu filisterskich serwetek i bibelotów, sadzenie kwiatków i sprawdzanie, czy aby na pewno „wszystko lśni” i czy balkon dostatecznie „umajony”. Zwierzęta omija szerokim łukiem, bo – a fe! – mogłyby nabrudzić, roznieść zarazki albo zjeść na przystawkę ją samą. Zwierzęta zresztą trzeba rozumieć, a z cyklamenem konwersuje się bezpieczniej.
Krąg tak zwanych zainteresowań kury domowej obejmuje gotowanie, rodzenie, grzebanie w glebie, dbanie o migdałki, robienie przetworów na zimę, opiekowanie się dziećmi, rozsadzanie kwiatów, smarowanie się specyfikami, parzenie ziółek etc.* (*niepotrzebne skreślić), które tak naprawdę trudno zaliczyć do koników z prawdziwego zdarzenia. Są to zwyczajne czynności życiowe, nad którymi przeciętne jednostki przechodzą do porządku dziennego, czego jednak kury domowe nie robią. One celebrują, śmiertelnie poważnie podchodząc do maseczki z ogórków i nadając wywabianiu plam z kawy nadzwyczajnego patosu.
Byłabym, oczywiście, cholernie niesprawiedliwa, gdybym odmówiła kurze domowej bardziej doniosłych zainteresowań. Wszak czyta i wzruszyć się potrafi nad współczesnym czytadłem albo zachłysnąć się kreacją filmową tego czy owego przystojniaka, a potem podnosić jego zalety. Ogląda nawet coś więcej ponad seriale dla inteligentnych inaczej! Jeżeli pracuje zawodowo, nie jest to jej ulubiona sfera życia ani tym bardziej sposób na realizowanie siebie chociażby w części. Nie umie żyć z ludźmi, którzy potrafią więcej niż ona, więc w pracy zwyczajnie się męczy.
Kura domowa jest niewolnicą konwenansu, co przekłada się między innymi na jej język. Jej ulubioną formą obcowania towarzyskiego jest maszynowa produkcja tuzinkowych zwrotów grzecznościowych, zza których wyziera pustka. Jak automat do kapslowania butelek, wyrzuca z siebie kolejne: „witam pięknie”, „pozdrawiam wieczorowo”, „życzę smacznego”, „dziękuję pięknie”, „życzę miłego dnia”, „weekendowe pozdrowienia”, „miłego całego tygodnia”, „niedzielne pozdrowienia”. Poza tym nie ma po prostu nic do powiedzenia. Nie ma własnego zdania, nie jest zdolna do sprzeciwu. Jest tragicznie nieciekawa. Nijaka. Żadna. Ponieważ brak jej lotności umysłu, każdą wypowiedź rozumie przeraźliwie dosłownie i wszystko bierze do siebie. Nawet jeśli dobiega pięćdziesiątki, w ramach swej sztywnej poprawności zachowuje się jak sancta simplicitas. Nazywanie rzeczy po imieniu budzi w niej niesmak i zgorszenie. Dla kury domowej nie istnieje „smród”, jest tylko infantylny „brzydki zapach”, a dorosła córka nie ma „chłopaka” czy – uchowaj Boże! – „partnera”, tylko „kolegę”. Rubaszność w jej oczach równa się chamstwu, a poczucia humoru po prostu nie ma, więc sporej części ludzkości nie jest w stanie zrozumieć. Ze wszech miar stara się być poprawna, dzięki czemu staje się sztywna i nudna jak flaki z olejem. W czasie rozmowy jej ulubionymi kwestiami są: „rozumiem”, i „szanuję Twoje zdanie”, które bardzo ładnie maskują jej brak własnego poglądu na jakikolwiek temat.
Miernikiem wartości w świecie drobnomieszczańskiej kury domowej jest jej obraz w oczach innych. Dlatego tkwi patetycznie u boku męża, nawet jeśli go nie kocha lub jeśli kocha innego. Zresztą, sama i tak nie dałaby rady zarobić na siebie i potomstwo. Dba o wizerunek idealnej rodziny, która celebruje niedzielne obiadki i rodzinne święta.
Kura domowa chce pokazać światu, że nie ma kurzego móżdżku. Czasem nawet pisze blog. Nieudolnie kreując się na wdzięczną i urzekającą (co aż bije po oczach sztucznością), mozolnie kleci drętwe gadki złożone z ogólników na każdy (żaden) temat, aby udowodnić wszechstronność wiedzy, zainteresowań i doświadczenia. Suto okrasza je sloganami, które kojarzą się z latami 70-tymi: „pamiętajmy o wypełnieniu naszego patriotycznego obowiązku”, „dzieci to nasz skarb”, „drogie panie, warto zatroszczyć się o nasze dłonie”, „pamiętajmy o naszych drogich tatusiach”, „dbajmy więc o płaski brzuszek”. Zapytana o obowiązki ojczyzny względem obywatela, o miejsce dla otyłych bez płaskich brzuchów w społeczeństwie, o tatusiów – gwałcicieli i alkoholików, nie jest w stanie wymyślić niczego od siebie i, obrażona, kasuje komentarze. Nawet w sferze wirtualnej nie może zdobyć się na odrobinę luzu. W kurzodomowym świecie nie ma miejsce na polot, fantazję, przeciwstawienie się stereotypom, wyjście poza magiczny krąg kurzodomostwa.
Kura domowa używa słów „przyjaźń” i „przyjaciele”, ale i tak nie da się z nią zaprzyjaźnić, ponieważ nie umie być otwarta i szczera, nie ma w niej cienia spontaniczności, no i za nic w świecie nie porzuci na dwa dni środków czystości, męża i dzieci, żeby wyskoczyć na jakąś babską imprezę ani tym bardziej nie podejmie w 15 minut decyzji o wypadzie na koncert rockowy na drugi koniec Polski.
Życie kołtuńskiej kury domowej upływa w ciasnej i ograniczonej krainie rytuału i konwenansu – i niech tak zostanie, bo każdemu trzeba pozwolić żyć tak, jak chce i lubi. Tylko, na litość boską – z daleka ode mnie!

8 komentarzy:

  1. Co Ty tak? Jakaś Cię nawiedziła?
    Podoba mi się twój opis. Jest taki jaki powinien być.
    Skąd się biorą te kobiety, pojęcia nie mam.
    A może wiem?
    Pa:)
    P.S. Dlaczego nikt, albo żadna, tego nie czyta?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałam ten tekst bardzo dawno, na starym blogu Onetowskim. Został wywalony na stronę główną jako polecony i załatwił mi 700 komentarzy, w tym większość z pomyjami. Wylanymi... cóż, przez tego pokroju towarzystwo właśnie.
      Opisana osoba jest syntezą kilku, a i tak brakuje jej jeszcze paru cech, bo musiałabym pisać w nieskończoność. Jedną taką, wręcz modelową, poznałam osobiście. Czepiła się mnie jak rzep psiego ogona. Nawet powiedzenie wprost, żeby się odczepiła, bo nie umiem, nie mam o czym i nie chcę z nią rozmawiać, niczego nie dało.

      Usuń
  2. Czyli... ja jestem wyjątkowa ;) bo jako tzw. kura domowa nie posiadam wyżej przypisanych tu cech...
    Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Meg, ten drób to nie status quo (siedzę w domu, bo nie mam pracy), tylko mentalność!

      Usuń
    2. ..."chyba, że tak", jak mawiał Klasyk:)
      :)

      Usuń
    3. Na pewno tak, Meg. Można mieć pracę i mnóstwo znajomych, a mimo to być kurzym móżdżkiem. Takie jak egzemplarz opisany powyżej istnieją naprawdę. On też jest z życia wzięty i to żywcem.

      Usuń
  3. Mimo iż umiem gotować i to całkiem fikuśnie, nie czuję się tym, co podaje się na półmisku.
    Na blogach tego mnóstwo.
    :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gotowanie to rzecz normalna, natomiast robienie z niego show albo tematu do pisania to kurzęctwo niewysłowione.

      Usuń