wtorek, 15 maja 2012

46. Lukrowany świat



- Proszę pana, chciałabym napisać o pańskiej pracy z ludźmi sprawnymi inaczej – powiedziała młoda doktorantka.
- Proszę pani – odparł poirytowany TiP – Ja także jestem słabowidzący. My nie jesteśmy sprawni inaczej. Nie mamy żadnych dodatkowych uzdolnień, które odróżniałyby nas od reszty ludzkości. Jesteśmy po prostu niepełnosprawni. Niewidomi, słabowidzący, ociemniali.
Być może w tym miejscu ktoś się obruszy, jednak ja opowiem się po stronie TiP. To nie chodzi o to, żeby kogokolwiek obrażać albo nie odczuwać współczucia. Chodzi o to, żeby nie zakłamywać rzeczywistości.
Wytworzyła się współcześnie jakaś dziwna tendencja do upiększania rzeczywistości na siłę. Upiększania papierowego, nienaturalnego, bijącego po oczach tandetną sztucznością. Niemałą (aczkolwiek wątpliwą) zasługę położyły na tym polu media, kreujące wizerunki idealnych ludzi, wiecznie młodych, nieskazitelnie pięknych, odnoszących wyłącznie sukcesy, perfekcyjnie szczęśliwych. Moda ta, która kreuje i narzuca rzeczywistym ludziom nierzeczywisty świat, degeneruje go i zakłamuje.
Nieznośna staje się na przykład coraz częściej wciskająca się w uszy eufemistyczna mowa zastępcza. Drażni, no i zdradza infantylizm osoby mówiącej, która zamiast nazwać rzecz po imieniu, wyczynia dzikie łamańce językowe. Użyje np. sformułowania „brzydki zapach”, które jest idiotyczne i zawiera wewnętrzną sprzeczność, bo słowo „zapach” w języku polskim oznacza ładną, przyjemną woń, która – co przeciętnie rozwinięta jednostka powyżej debila powinna rozumieć – skoro jest ładna, to nie może być brzydka. Na woń niemiłą albo odrażającą mamy konkretne nazwy, np. „smród” albo „odór”. I nie pomoże tutaj lukrowanie rzeczywistości: łajno jednakowo cuchnąć będzie bez względu na nazwę. Z równie nieuzasadnioną delikatnością, zupełnie nienależną osobie, która coś ukradła, mawia się, że „ma lepkie ręce”, zamiast po prostu przyznać, że zwyczajnie jest złodziejem. Słowo-wytrych „singiel” działa na mnie jak płachta na byka: nie dość, że to nieuzasadnione zapożyczenie (jakby nam w rodzimym języku słów brakowało!), to jeszcze narzuca kretyńskie myślenie, że ów „singiel” to coś lepszego niż panna, wdowa czy rozwódka, podczas gdy w rzeczywistości niczego innego nie oznacza.
Jeszcze gorzej – dużo gorzej! – kształtuje się sytuacja w przypadku, gdy idzie o usprawiedliwianie wszelkich zjawisk negatywnych nasilających się ostatnimi czasy wśród dzieci i młodzieży. To, co dawniej gorszyło i oburzało, a na co nader skutecznym lekarstwem bywał ojcowski pasek, dziś nazywane jest szumnie i mądrze „dysfunkcjami”. No bo jak tu przyznać, że się ma dziecko analfabetę, tumana, chama albo lenia? Wystarczy pójść do odpowiedniej poradni (której pracownicy też chcą z czegoś żyć) i zdiagnozować dolegliwość. To, co kiedyś było wynikiem nieuctwa, dziś nazywa się „dysleksją” („specyficznymi trudnościami w nauce czytania i pisania”), dysgrafią („częściową lub całkowitą utratą umiejętności pisania”), „dyskalkulią” (zaburzeniem zdolności matematycznych”). A niegdyś wystarczyło tylko pogonić delikwenta do roboty i owe straszliwe „choroby” dawało się bardzo szybko wyleczyć albo – w wyjątkowo upartych przypadkach – pogodzić się z faktem, że ma się w domu ignoranta i nieroba. Dzisiejszą nieudolność wychowawczą (albo po prostu lenistwo rodziców) przykrywa się Bardzo Uczoną Nazwą „ADHD”. Kiedyś, gdy się dzieci solidnie wychowywało, żadnego ADHD nie było, a i chamstwa bywało dużo, dużo mniej. Powalająca na kolana „dysfunkcja systemu motywacji” jest niczym innym, jak galopującym lenistwem do kwadratu. „Choroba” – gwarantuję! – jak najbardziej uleczalna pod warunkiem włożenia w to pewnego niezbędnego wysiłku i konsekwencji.
Polewanie życia lukrem z cukrem z dodatkiem miodu i słodu to jak nazwanie krowiego placka pizzą. „Inteligentnym inaczej” piewcom fałszywej rzeczywistości życzę smacznego.

8 komentarzy:

  1. Podoba mi się. Nareszcie, po latach głupoty, ktoś nazwał rzeczy po imieniu! Jesteś wielka:)
    W dzieciństwie nie miałam żadnego ADHD, tylko byłam normalnym dzieckiem. Takie dzieci, ZAWSZE gdy się nudzą, potrafią miewać pomysły, że aż miło. Taka byłam. W skórę nieraz dostałam. Jednak swojej nadmiernej ruchliwości nie umiałam okiełznać. Taki wiek.
    Ale do rzeczy. Też mnie denerwuje zakłamywanie rzeczywistości, nawet najbardziej banalnej.
    Wytworzyło się coś dziwnego w naszym społeczeństwie. Rodzic boi się własnego dziecka, bo dziecko go straszy, że jak dostanie w skórę, to narobi sobie celowo sińców i zrobi obdukcję a rodzicowi, w najlepszym razie , odbiorą prawa rodzicielskie. Polskie prawo wywróciło się na nice. Już nie jest winny, ten co jest winny, ale jego rodzice, że łobuza nie umieli wychować. Albo koledzy są winni, albo ptaszki na drutach. Kto wie co jeszcze wymyślą polscy geniusze-psycholodzy. A jak wychować krnąbrnego "jednostka" , bez pasa? Wielu bardzo by się to przydało, brać w skórę raz na tydzień. Dawniej takiego rozwydrzenia wśród dzieci i młodzieży nie było.
    Bezstresowe wychowanie robi postępy. Dorosły boi się zwrócić uwagę nieznośnemu dzieciakowi, bo nie wie , co ten wymyśli, żeby zrobić mu na złość.
    Ciągle słyszę przeróżne idiotyzmy w mediach, kamuflujące wszystko, z głupotą włącznie.
    Mądrzy inaczej, chce się powiedzieć. Alboco?
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń


  2. "W naszym świecie istnieje zawłaszczanie rzeczywistości przez fikcję"


    To zdanie wypowiedział jeden z polskich profesorów, niestety nie pamiętam nazwiska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to widać gołym okiem - pod warunkiem, że jest ono połączone z mózgiem.

      Usuń
    2. ...niektórzy mają tak małe mózgi, że gubią je w tej nowej rzeczywistości :)

      Usuń
    3. Sądzę, że gubią im się one nawet w tym pojemniku, w którym je noszą :)

      Usuń