piątek, 18 maja 2012

47. Wszędobylska matkopolskość



Spotkałam ich, gdy odprowadzali córkę na dworzec. Nie widzieliśmy się od matury. Ponad 20 lat!
- Nooooo, staaaaraaaa...! Co tam u ciebie, ile masz dzieci?
Kilka dni wcześniej, podpisując ostatni przysługujący mi dzień opieki nad dzieckiem zdrowym, Szef uczynił nader interesującą uwagę:
- A kto powiedział, że ostatni?
- Dziecko kończy 14 lat – wyjaśniłam uprzejmie.
- No tak – odrzekł Szef – ale przecież może pani zacząć kolejkę od nowa!
Pociemniało mi w oczach.
Wszędobylski terror matkopolskości jest zjawiskiem społecznym wysoce mnie wkurzającym. Z przyczyn, które pozostają dla mnie całkowitą tajemnicą, co najmniej 7/8 populacji w tym kraju uzurpuje sobie prawo do zadawania mi sakramentalnego pytania, ile mam dzieci i dlaczego tylko jedno. Nie daj Boże spotkać kogoś dawno niewidzianego! Może nie paść żadne inne pytanie, ale na to jedno – o liczbę progenitury – zawsze można liczyć jak na „amen” w pacierzu. A czy ja, u cholery, wyglądam na samicę rozpłodową?!
Z niewiadomych pobudek ludzie uznali rozmnażanie za święty obowiązek i cholerne szczęście. Namnożyli stereotypów, którymi następnie uważają za stosowne bombardować jednodzietnych: „to grzech mieć tylko jedno dziecko” (A gdzie to jest napisane, że grzech? Bo chyba nie w Biblii – wystarczy przyjrzeć się modelowi Świętej Rodziny), „trzeba mieć co najmniej dwoje, żeby zastąpili rodziców” (A po co, za mało ludzi na ziemi jest?! „Misja” podtrzymywania gatunku jest potężnym bzdetem, zresztą – Chińczycy już uczynili jej zadość), „wypada mieć chociaż dwoje” („Wypada”. Bo niby co...? Rozbrajające! Za to zdecydowanie NIE WYPADA wtykać nosa w nie swoje sprawy i układać komuś życiorys!), „dziecko musi mieć rodzeństwo” (Musi? Niejedno widziałam dziecko – i dorosłego – dla którego rodzeństwo jest karą i dopustem Bożym). Prawdziwej piany na ustach dostaję od twierdzenia, że „jedynacy to egoiści”. Od kilkunastu lat patrzę na Nieletnią, która rośnie na frajera, rozdaje co może i komu może, a gdzie może i kiedy może, sama daje się wykorzystywać na wszystkie strony nawet tym, którzy na co dzień mają ją daleko w nosie. To jest zachowanie egoistyczne??!!!
Widziałam też niejedno rodzeństwo, które tylko więzy krwi łączą, a wszystko inne dzieli – co do jednego gorsza, co do jednej twardej pięści. Najbliższy przykład – moja eks-szwagierka i jej wielodzietna rodzina.
Nie rozumiem, dlaczego macierzyństwu nadaje się jakąś wielka rangę, pełną patosu i wzniosłości. Prawda jest taka, że w pierwszych kilku latach oznacza ono wstawanie po nocach, opiekowanie się dzieckiem, ciągłe zmęczenie, uwiązanie – i nie jest żadną doniosłą funkcją – jest czynnością fizjologiczną, przekładającą się na regularną, rzetelną mękę. Czuję się dziwnie spokojna o to, że nikt z oburzonych moją jednodzietnością nie wyręczyłby mnie ani w nocnym wstawaniu, ani w codziennej mordędze, gdybym uczyniła zadość ich żądaniom i rozmnażała się dalej. Nikt także nie chciałby na moje kolejne dzieci łożyć. Tortur nie mam obowiązku lubić – co nie oznacza, że jestem wyrodną matką. Kocham Nieletnią ponad własne życie.
Telewizja co i rusz epatuje widzów reportażami o wielodzietnych rodzinach żyjących w warunkach urągających wszelkiemu humanitaryzmowi i podnosi larum, że trzeba im pomóc. Na przykład niegdyś w „Sprawie dla reportera” pokazywano „bohaterkę” samotnie wychowującą 10 dzieci, której trzeba domu i wszelkiej innej pomocy. Takich w Polsce jest tysiące. Moim zdaniem tam, gdzie nie ma mózgu, należałoby zacząć od obowiązkowej sterylizacji. Jeżeli nie mam gdzie i nie mam za co, to nie rozmnażam się jak królik!
Pewnie, najłatwiej jest robić, co się chce, a potem wyciągać rękę do społeczeństwa. Do społeczeństwa, czyli także do mnie, po moje podatki! Nade mną jakoś dziwnie nikt się nie lituje, chociaż ledwo wiążę koniec z końcem – mimo że pracuję i rozmnażam się odpowiedzialnie. Proszę bardzo, jak ktoś lubi, niech się mnoży ile chce, pod warunkiem wszakże, że go na to stać, ma na to odpowiednie warunki, dzieciom nie urządzi piekła, a dla społeczeństwa nie będzie kolejnym balastem. Żadna to sztuka dać się zapłodnić – potrafi to każda samica dowolnego gatunku. W przyrodzie to i owszem, chwasty i najpospolitsze gatunki zwierząt mnożą się łatwo i niefrasobliwie. Sztuką jednak jest wychować potomstwo, wykształcić, obdarzyć miłością, wspólnie spędzonym czasem i zainteresowaniem, zapewnić choćby możliwość dobrego startu w dorosłość. A to wymaga wielkiego nakładu sił, woli, zdrowia... Nie uwierzę, że kobieta mająca kilkoro dzieci dla każdego z nich ma właściwą ilość czasu, żeby się nim odpowiednio zająć – i jeszcze pozostaje go jej dla siebie. Ujmę się w tym miejscu także za tymi kobietami, które nie chcą mieć dzieci w ogóle. Nie mają obowiązku chcieć!

14 komentarzy:

  1. Denerwuje mnie to, bardzo. Grzebanie komuś w jego życiu i opiniowanie tegoż. Nie powinno to nikogo obchodzić.
    Sądzę, że jest to raczej brak tematów do sensownej rozmowy i zapychanie tego braku, czym się da. Temat dzieci wydaje się najbezpieczniejszy takim osobom.
    Mnie to wkurza. Nie mam dzieci i nigdy mieć nie będę. Nikogo to nie powinno obchodzić. Moja sprawa.
    Szlag mnie za chwilę trafi!
    Pa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie trafiał wielokrotnie, dopóki nie nauczyłam się mówić otwarcie, co o tym myślę.

      Usuń
  2. Lepiej się mnożyć jak królik, a potem zabijać noworodki i przechowywać ich ciała w beczce. Pewna matka-Polka tak robiła. Tak jest prawidłowo?
    E.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapewne!
      Znam inną matkę-Polkę, jest ode mnie młodsza i właśnie chodzi w 10 ciąży. Co tacy ludzie mają w głowach i czy w ogóle je mają?

      Usuń
    2. Nie wiesz co mają? Są dwie możliwości. Tylko dwie i obie znasz. Tu tego nie napiszę.

      Usuń
  3. ...jak zwał to zjawisko tak zwał, ale moim zdaniem dominuje wszechobecna ideologia Darwina, gdzie przedłużenie gatunku ma tylko sens, nieważne, że ów gatunek generować będzie biedę i nieprzystosowanie społeczne...KK pieje peany na cześć wielodzietności...rodzić ile wlezie, nieważne co dalej...rząd poniekąd wtóruje, a ludzie też czasem wydają się nie lepsi...cóż, dla niektórych, parafrazując filozofa, myślenie nie ma kolosalnej przyszłości.
    Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ten sam KK utrzymuje, że człowiek to coś więcej niż zwierzę, bo rozum dostał. Paranoja? Schiz?

      Usuń
    2. KK bre..., no nie mówi prawdy i brak mu logiki. Liczy się wyłącznie kasa. Im więcej wiernych tym ona większa. Proste!

      Usuń
    3. No i polscy księża, oficjalnie, nie mają dzieci. Ha, ha...."oficjalnie". Dobre!

      Usuń
    4. KK to jest dobry kawałek paranoi.O tym też jeszcze będzie.

      Usuń
    5. Sama znam dwie kobiety, które maja księżowskie dzieci (jedna bliźnięta, chłopców, a druga córkę) oraz kolejne dwie, które mają własne dzieci z mężami, ale księży za kochanków.

      Usuń
    6. Jakby nie było to zawsze jest źle...jak rodzina bez dzieci jak ja- to egoiści i snoby, jak z jednym- to sadyści bo dziecko samotne...jak z piątką to biedaki co się mnożą jak króliki! Zastanawiam się po jaką cholerę ludzie oceniają te kwestie...to jest tak bardzo bez sensu, że aż nie wiadomo co powiedzieć takim "życzliwym" zaglądającym nam w macice i życie rodzinne.
      Dzięki za link do posta:*

      Usuń
    7. No właśnie! Co komu do domu, kiej chałupa nie jego?!

      Usuń