poniedziałek, 4 czerwca 2012

53. Granice prawdomówności



Przyjaźnimy się z Kulką już ćwierć wieku. Tak porządnie, rzetelnie, nie tylko z nazwy, bo i pokłócić się można, i zwierzyć, i podyskutować, i pomóc, i doradzić, i wytknąć, że „to źle robisz, a tamto głupio”. Jeśli z rzadka jakiś bzdet nas poróżnił, to TYLKO poróżnił, nigdy nie skłócił. W pewnych rzeczach jesteśmy do siebie bardzo podobne, a w innych różnimy się tak bardzo, że aż się uzupełniamy. Nie ma w naszych relacjach miejsca na nieszczerość, kłótnie, obrazy, niedomówienia, kłamstwa. Jest tylko jedno, co mnie wewnętrznie uwiera.
Mianowicie, organicznie nie znoszę Cosia. Nie dlatego, że Coś jest najmłodszym pupilkiem i nie dlatego, że Kulka beznadziejnie je faworyzuje. Po prostu nie trawię tego dziecka samego w sobie, z jego wyglądem, z zachowaniem, z osobowością, z wszystkim, czym jest. Jakie by jednak nie było, to jest dziecko Kulki. Schody zaczynają się właśnie w tym miejscu. Przez całe życie byłam (i jestem) zaciekłą przeciwniczką wszelkiej obłudy i pustego konwenansu, boleśnie prawdomówną w każdej sytuacji. Tymczasem Kulka ma nieznośną manię wygłaszania kwestii, od której cierpną mi zęby i skóra na tyłku:
- Jakie to moje Coś jest słodkie i kochane... prawda? BE, LUBISZ MOJE COŚ?
Wspinam się na wyżyny, aby najmniejszym drgnieniem intonacji, najlżejszym zaburzeniem mimiki, żadnym gestem ani niczym innym nie dać po sobie poznać prawdy. Kłamię gładko i przyjemnie dla ucha Kulki. Staram się też nigdy, przenigdy nie dać jej odczuć, że o ile jej starsze dzieci są dla mnie mniej więcej O. K., jak to dzieci, tak Coś budzi we mnie żywiołową odrazę. Ile razy nie miała z kim Cosia zostawić, usiłowałam się przełamać, proponowałam opiekę i wywiązywałam się niej najlepiej, jak mogłam. Ale fałsz i przymus, które noszę w sobie w tej materii, zwłaszcza przyciskana pytaniami Kulki, wywołują w moim organizmie sprzeciw.
Mimo to zawsze będę gryźć się w język i nigdy nie wyrzucę z siebie prawdy. Niczemu dobremu by to nie posłużyło. Dziecko nie stanie się inne niż jest, a cios w serce przyjaciółki to coś kompletnie głupiego i niepotrzebnego. Bilans zysków i strat wypada bezsensownie.
Czy słusznie...?

10 komentarzy:

  1. Dzieci, bez względu na wszystko, są źrenicą oka matki, więc powiedzenie czegokolwiek nic nie zmieni, a zepsuć może wszystko... To jest chyba jedyny bilans w tej księgowości, który nie wychodzi na zero.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie. Nie mam najmniejszej potrzeby bycia wobec Kulki bezinteresownie złośliwą. A żaden inny efekt powiedzenia prawdy w tym wypadku nie wchodzi w grę, wiadomo.

      Usuń
  2. Też tak myślę. Zero zysku, a strata przyjaźni jest prawie największą stratą jaka może nas spotkać. Piszę w liczbie mnogiej, bo to prawda ogólna i każdy może jej doświadczyć.
    :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie. Jeszcze gorzej jest stracić kota :)

      Usuń
  3. Raczej i ja gryzłabym się w język w tej sytuacji... trochę głupio ale dla Kulki to jej własne dziecko i trudno byłoby Jej zrozumieć o co tobie chodzi...

    A tak na marginesie, to co tak bardzo drażni Cię w tym dziecku - może warto się zastanowić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam ją (to dziecko) od niemowlęctwa. Jest specyficzna.Dobrze wiem, co mnie w niej drażni: przez całe 11 lat jej istnienia kojarzę ją tylko z rykiem (o wszystko i o nic), zachowuje się (i ubiera) jak chłopak, mówi basem, wszystko musi mieć natychmiast i przerywa nawet w pół słowa, gdy rozmawiają dorośli.

      Usuń

  4. ...prawdomówność w tym wypadku wiąże się z szacunkiem dla Kulki i jej ogólnie pojętym dobrem, więc w Twoim wypadku także gryzłabym swój język :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego się gryzę. Na szczęście już w coraz mniejszym stopniu jestem skazana na Cosia, bo wyrasta i Kulka nie musi jej ze sobą wszędzie ciągać.

      Usuń
  5. Wiesz, chyba nadal gryzłabym się w język... dla Kulki... Mam nieco podobną sytuację w rodzinie - organicznie nie znoszę syna mojej szwagierki. Dla mnie jest rozwydrzonym bachorem. Ale to nie mój syn, nie mój cyrk, nie moje małpy. Uśmiecham się lekko przez zęby i przemilczam pewne sprawy. Przecież nie widuję się z nim codziennie, prawda? Jakoś można wytrzymać od czasu do czasu. A szwagierkę i jej męża lubię. Przez szacunek do nich nic nie mówię. Zresztą - która matka zrozumie krytykę jej dziecka? Chyba nieliczne wyjątki ;) Najczęściej zwane wyrodnymi matkami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to właśnie. I dlatego gryzę się w język w nieskończoność.

      Usuń