niedziela, 29 lipca 2012

66. Izrael i Autonomia Palestyńska: spacerkiem po Betlejem



Wieczorami, po zwiedzaniu, był czas na odpoczynek. Praktycznie codziennie opuszczało się hotel, najpierw grupami, potem grupkami, a w końcu nawet nauczyłam się poruszać po najbliższej okolicy sama. Skwapliwie wykorzystywałam każdą okazję, aby sfotografować coś fascynującego, a przy okazji wpaść do arabskiego sklepu po wodę mineralną i lody. W Betlejem odkryłam między innymi znaki drogowe STOP-u dostosowane do użytkowników zarówno alfabetu łacińskiego, jak i arabskiego oraz hebrajskiego.



Zakaz parkowania czołgów pod groźbą odholowania z lekka mną wstrząsnął.





Nie mniejszego szoku doznałam, ujrzawszy po raz pierwszy w życiu rosnące sobie jak gdyby nigdy nic przed domem cytryny.



Winogrona przemieszane z granatami we wszelkiej obfitości zwieszają się byle jak z każdego balkonu. Poczułam coś na kształt urazy: tam sobie takie rzeczy rosną jak u nas, nie przymierzając, marchewka, a tutaj człowiek musi kupować za ciężkie pieniądze i to w dodatku niedojrzałe.

Zabudowa Betlejem jest typowa dla Bliskiego Wschodu i kultury arabskiej w ogóle. Jasny kamień jako budulec, niebieskie okiennice, wąskie zaułki, wszechobecne minarety.


Bez wątpienia można było nabawić się rzetelnego wstrząsu od tego czegoś, co przewodnik określił zręcznym mianem „kultury palestyńskiej”. Brud, straszące śmietnikiem podwórza, popalone kontenery na śmiecie... Momentami odnosiło się wrażenie, że Palestyńczycy beztrosko budują domy tuż obok nie uprzątniętych pozostałości po działaniach wojennych. Być może tak właśnie jest.


Zupełnie niekonwencjonalny, ale chyba jednak dość skuteczny jest palestyński pomysł na ogradzanie domostw. Zwieńczenia betonowych murów najeżone są zatopionymi w nich szkłami z potłuczonych butelek.


W centrum, na placu przed Bazyliką Narodzenia Pańskiego, ustawiono oryginalne dekoracje mające wyobrażać pielgrzymów. Nawet pomysłowo komponowały się z otoczeniem.


Całkiem przyjemnie wrażenie wywarło na mnie Betlejem by night. Tylko, jak na mój gust, zdecydowanie jest zbyt górzyste.

czwartek, 26 lipca 2012

65. Latawica



Zaraziłam Nieletnią. Pierwszy w jej życiu lot wprawił ją w ekstazę. Drugiego już nie mogła się doczekać.
Uwielbiam ten moment, gdy samolot odrywa się od ziemi i zaczyna się od niej oddalać. Pęcznieje wtedy w człowieku wszechogarniająca radość i uczucie bezgranicznego zachwytu. Latanie to chyba najdonioślejsza rzecz, jakiej udało się ludzkości dokonać, a lotnik to zawód, przed którym najniżej chylę czoła. Z perspektywy pułapu chmur świat nabiera zupełnie innego wymiaru. Tego podniosłego piękna nie widać ani z ziemi, ani nawet ze statku pośrodku oceanu (choć woda to mój ukochany żywioł). Nic nie ma w sobie dostojeństwa równego potędze i pięknu latania... Skłonność do ikaryjskich lotów zapewne płynie w moich żyłach, a jako córka pilota mam prawo podejrzewać, że moje geny porośnięte są pierzem. Taka ze mnie latawica!
Rozbujałam się w obłokach, a przy okazji przypomniało mi się wydarzenie sprzed lat, które serdecznie mnie ubawiło. Podczas Święta Lotnictwa wybraliśmy się z Eksem, malutką wówczas Nieletnią i Teściową na lotnisko. Serwowano pokazy, akrobacje, skoki – a dla chętnych przeloty sportową Wilgą we dwójkę z pilotem i loty widokowe nad miastem zwykłym wojskowym Antonowem. Powątpiewając w możliwość zmieszczenia się do Wilgi i ewentualnego jej oderwania od podłoża ze mną na pokładzie, z pewną dozą rezygnacji pognałam po bilet do „Antka”. Eks jest, oczywiście, tchórzem, więc z góry było wiadomo, że jego noga nigdy nie postanie na pokładzie żadnej jednostki latającej – nawet gdyby wykonał ją osobiście jego ojciec (tak się złożyło, że mój eks-teść też był związany z lotnictwem – jako konstruktor lotniczych układów hamulcowych). Został więc z Nieletnią i Teściową, które poszły zbierać kwiatki.
Tuż przed startem kapitan zapytał uprzejmie, czy pasażerowie życzą sobie, aby leciał grzecznie, czy też może troszkę pokołysać. Nikt się nie odezwał, więc radośnie uzewnętrzniłam własne emocje:
- Pokołysać! Pokołysać! – i zatarłam ręce z radości.
Z góry obejrzałam starannie miasto, a potem zaczęły się atrakcje. Pilot pokołysał troszkę, polatał na boczkach, popikował delikatnie, a ja chłonęłam w upojeniu widok nieba u stóp i domu mojej Teściowej prawie nad głową. Na współpasażerów nie zwracałam uwagi – kto by w takiej chwili zajmował się czymś równie nieważnym? Dopiero przy wyjściu podeszło do mnie dwóch elegancko ubranych panów w mocno poluzowanych krawatach i z nieco zmierzwionymi fryzurami.
- Oj, proszę pani... to było niepotrzebne – powiedział słabym głosem jeden z nich. W tonie wypowiedzi czaił się wyrzut.

poniedziałek, 23 lipca 2012

64. Iiiiiiiiii...!!!


Sharę poznałam około 2,5 roku temu. W jakiś sposób – może z polecenia Onetu, dziś już nie pamiętam – trafiłam na jej blog. Natychmiast pojęłam, że nadaje, jeśli nie na tych samych, to na bardzo podobnych falach co ja. To ona zainspirowała mnie i zachęciła do blogowania. Została moją wirtualną „Schwester”. Zjadłyśmy wspólnie beczkę internetowej soli. To, co nas dzieli, to ponad 300 km.
Jakiś czas temu do naszej blogowej ekipy dołączyła Tygrys. W subtelnych szczegółach moich postów rozpoznała swoje miasto. Co prawda mieszkamy na jego dość odległych krańcach, jednak jesteśmy prawdziwymi, rdzennymi „ziomalkami”.
- Będę przejeżdżać przez wasze miasto 19 lipca – brzmiał SMS od Shary.
Niestety, autobus tej linii nie zajeżdża u nas na dworzec ani nie zatrzymuje się na dłuższy postój. Za to jeden z przystanków znajduje się bardzo blisko mnie. Takiej okazji – choćby pomachania sobie na odległość szyby, nie mogłam przepuścić!
- Wybieram się na 1700 – napisała w mailu Tygrys. – Na ten sam przystanek. Szukaj tyczki na błękitnym rowerze.
Zgodnie z umową, ubrałam się – jak to ja – od stóp do głów na czerwono. W domu znajdował się akurat Eks.
- Koszyczka ci brakuje – rzucił od niechcenia. – Czerwony Kapturek, o ile się nie mylę, wałęsał się z kobiałką.
- Spadaj – odparłam w miarę beztrosko, bo podłapałam już szampański nastrój. Nawet nie za głośno trzasnęłam drzwiami.
Dochodząc do przystanku ujrzałam zaledwie jedną sztukę na rowerze, w dodatku nie błękitnym, lecz czarnym. Sztuka ominęła przystanek i pojechała dalej. Minutę po 1700 nie było w okolicy ani jednego roweru, a po upływie dalszych dwóch pod drzewem zaparkował ktoś nowy. Jednostka płci żeńskiej zeszła z roweru, a ja dokonałam skomplikowanego procesu myślowego. Rower miał być błękitny, więc oczami duszy ujrzałam lazurowe niebiosa, tymczasem ten pod drzewem był wściekle szafirowy. Na rowerze miała przyjechać tyczka, czyli w moim pojęciu dwumetrowa glista, tymczasem właścicielka pojazdu była zaledwie odrobineczkę wyższa ode mnie. Jednostce z rowerem i samemu rowerowi zatem nieco do moich wyobrażeń zabrakło. Swoje wątpliwości skwapliwie zaczęłam przelewać na SMS-a do Shary. Przelać nie zdążyłam. Właścicielka szafirowego roweru podniosła głowę, rozejrzała się i bez pudła ruszyła z uśmiechem na twarzy w moim kierunku. To była Tygrys! Najprawdziwsza w świecie Tygrys!
Pierwsza połowa wiekopomnej chwili właśnie nadeszła.
W ciągu następnego kwadransa zdołałyśmy jakimś cudem opowiedzieć sobie prawie pełne nasze biografie i ustalić mnóstwo innych szczegółów. W tym czasie Shara poinformowała nas SMS-em, że próbuje urobić antypatycznego kierowcę, który trzyma się rozkładu jazdy z dokładnością do jednej setnej sekundy i daje nam marne szanse na wspólną minutę. W głowie zrodził mi się błyskawiczny plan obezwładnienia gbura i przygwożdżenia go do deski rozdzielczej np. za pomocą biustu. Nie zdążyłam jednak go doprecyzować. Na przystanek zajechały trzy autobusy jednocześnie.
- Ten ostatni! – ryknęła Tygrys i miotnęła się do przodu. – Rower! – dodała i miotnęła się do tyłu.
- Odpinaj! – krzyknęłam. – Ja lecę blokować autobus!
Z drzwi wypadła prosto w moje objęcia Shara. Żywa, prawdziwa i całkiem taka sama jak na zdjęciach!
- Iiiiiiiiii...!!! – zaczęłyśmy kwiczeć, zataczając się w uściskach. – Iiiiiiiiii...!!!
Ustąpiwszy miejsca Tygrysowi, która także chciała się pościskać, pozataczać i pokwiczeć, przyjrzałam się gburowi za kierownicą. Wyglądał na całkiem rozbawionego. Patrzył na nas przez otwarte drzwi i autentycznie się uśmiechał. Słowo daję!
Shara pospiesznie rozłożyła poskładaną w kostkę kartkę papieru formatu A4, zadrukowaną rozkładem jazdy.
- Zobaczcie, to przygotowałam na wypadek, gdyby kierowca nie dał nam tej minutki. Pokazałabym wam przez okno.
Druga strona kartki zamieniona została w transparent pierwszej potrzeby. Starannie wysmarowany długopisem napis głosił: „Frau Be + Tygrys + Shara = WSM :)”.
Powtórnie runęłyśmy sobie w objęcia, kwicząc i już trzeba było się żegnać. Autobus uniósł Sharę w dal, a my z Tygrysem dokończyłyśmy rozmowę. Tak około 1800 nietyczka wskoczyła na niebłękitny rower i pojechała, a ja poszłam dać upust emocjom z zawsze chętnym Blackiem. Żeby nie było nietrafnych domysłów: na piwko poszliśmy, na piwko!

P. S.1 Tygrysie, kupiłaś to mleko?
P. S.2 A tak właściwie to co oznacza skrót „WSM”?! Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa...? Wyższa Szkoła Morska...? Wielebne Stare Matrony...?!