środa, 29 sierpnia 2012

75. Izrael i Autonomia Palestyńska: Pustynia Judzka



We wschodniej części Judei leży górzysta pustynia piaszczysto-kamienista.


Jej terytorium podzielone jest między Izrael i Autonomię Palestyńską, co dało się odczuć w komforcie jazdy: drogi wybudowane przez Palestyńczyków charakteryzują się znacznie niższym standardem.
W porze zimowej, gdy spadają deszcze, pustynia pokrywa się zielenią i zakwita. Są to jednak zaledwie trzy krótkie miesiące. Już wiosną bezlitosne słońce rozpoczyna dzieło zniszczenia i wypala wszelką roślinność do cna. Będąc tam w sierpniu, miałam okazję zakosztować istoty piekła.


To właśnie na Pustyni Judzkiej znajdują się słynne jaskinie Qumran. Nazwa ta oznacza „kamienne mury”. Są to pozostałości po starożytnej osadzie istniejącej już w VIII – VII w. p.n.e. Od II w. p.n.e. do lat siedemdziesiątych n.e. miejscowość ta była siedzibą esseńczyków – jednego z żydowskich ugrupowań religijnych i społecznych obok saduceuszy, zelotów i faryzeuszy. Tworzyli oni zamknięte społeczności, poszukiwali odosobnienia, często żyli w celibacie. Zajmowali się studiowaniem i przepisywaniem świętych ksiąg. W jaskiniach Qumran w 1946 roku beduiński pastuszek, który wszedł tam w poszukiwaniu zaginionej kozy, znalazł gliniany dzban ze sławnymi zwojami (odpisami niektórych ksiąg biblijnych), które okazały się historycznym zabytkiem piśmiennictwa z czasów Jezusa Chrystusa.


Na Pustyni Judzkiej znajduje się także ortodoksyjny klasztor prawosławny Mar Saba (świętego Saby). Zlokalizowany jest na zboczu Góry Kuszenia (po arabsku Dżabal Quruntul – Góra Czterdziestu Dni) znanej z Ewangelii. Miejsce to jest niemal całkowicie odcięte od świata, ale można do niego dotrzeć, a nawet zwiedzić je, jednak w klasztorze obowiązuje zakaz wstępu dla kobiet.


U podnóża Góry Kuszenia po raz pierwszy w życiu miałam okazję przekonać się, że banany nie rosną w skrzynkach w hipermarketach. Owszem, uczciwie prezentowały się dorodnymi kiściami na prawdziwych palmach bananowych.


Z niekłamanym wzruszeniem ujrzałam też wypoczywające w cieniu oazy stadko zachwycających koziorożców nubijskich. Pomijając fakt, że mam do nich słabość, gdyż są żywymi reprezentantami mojego znaku zodiaku (co kompletnie nie jest istotne), to są po prostu piękne, majestatyczne zwierzęta.


Niedaleko Góry Kuszenia leży słynne Jerycho – miasto należące do Autonomii Palestyńskiej. Jest jednym z najniżej położonych (około 270 m. poniżej poziomu morza), a także najstarszych miast na świecie. Wykopaliska archeologiczne potwierdzają, że istniało już 8 tysięcy lat przed Chrystusem. Rozsławione zostało biblijną historią zdobycia go przez Jozuego w XIII w. p. n. e. Okrzyk wojenny Żydów i dźwięk ich trąb obaliły mury Jerycha.
Nad miastem przebiega linia kolejki, którą można przedostać się na Górę Kuszenia, do klasztoru Mar Saba.


W Jerychu uśmiechnęłam się na widok elegancko zaparkowanych w jednym miejscu wszelkich środków lokomocji.


Na straganie nabyłam miód daktylowy, pozyskiwany z nierozwiniętych kwiatów żeńskich daktylowca. Nie jest produktem pszczelim, gdyż hodowla pszczół nie jest na tamtych terenach rozpowszechniona, ale... pycha!!

niedziela, 26 sierpnia 2012

74. Czas na "Requiem"



„Po prostu taką mam urodę, że we wszystkim jest Mi dobrze. A podobam się samemu sobie i to jest dla Mnie najważniejsze” (SMS – treść i pisownia oryginalne)


- Napisz to.
To nie jest takie proste: usiąść i napisać.
Miałeś na zawsze pozostać jedyną, największą miłością mojego życia. Przechodziłam wszystkie stopnie wtajemniczenia od rozpaczy do nadziei. Biłam głową we wszystkie napotkane mury. Cały wszechświat, uruchomiony moją wolą, mozolnie pracował na moje szczęście. I rzeczywiście, było dobrze i pięknie. I co w takiej sytuacji może wydawać się kobiecie największym zagrożeniem? Jeszcze nie tak dawno temu wydawało mi się, że najgorsze, co mogłoby mnie spotkać, to Twoje odejście.
Pomyliłam się.
NIE odszedłeś. Zrobiłeś coś znacznie gorszego. Coś, co wydawało się niemożliwe. Spowodowałeś, że to ja raz na zawsze uwolniłam się od Ciebie.
Z zimną krwią zamordowałeś miłość.
Gdy miało być już tylko prosto i do przodu, nagle pokazałeś oblicze, jakiego wcześniej nie znałam. Jakby zamiast Ciebie pojawił się zupełnie inny człowiek.
Zacząłeś od sprzątania mojego życia. Najpierw w domu: „Pozbądź się tych kotów, bo ich nienawidzę. Najlepiej je uśpij, nie chcę TEGO w domu. No, może pozwolę ci zatrzymać tę z rodowodem, bo dużo za nią zapłaciłaś”. Myślałam, że się przesłyszałam. Próbowałam obrócić to w żart, ale Ty nie żartowałeś. Nie starałeś się nawet zamaskować w żaden sposób wrażenia, że jesteś zimny i okrutny. Nie chciałeś zrozumieć, że każde życie ma wartość większą niż Twoje widzimisię i Twoje zasmarkane pieniądze, Twoje zafajdane apartamenty dla porcelanowych lalek. Nie chciałeś zrozumieć, że są rzeczy, których się nie robi i nie mówi, ultimata, których się nie stawia. Nie każe się człowiekowi wybierać, mówiąc: „Ja albo twoje koty”. Zażądałeś ode mnie umiejętności „kompromisu”, co tak naprawdę równało się nie kompromisowi, ale mojemu podporządkowaniu Twojej woli.
Następne żądanie było jak kolejny cios nożem z zimnej stali: „Nie życzę sobie widywać twojego brata. Nie interesuje mnie ten człowiek i nie będzie miał wstępu do naszego domu”. Znienawidziłeś go za to, że ujął się za mną wtedy, że powiedział Ci w paru męskich słowach, co sądzi o Twoim postępowaniu. I to było kolejne ultimatum, jakiego nie można człowiekowi postawić: „Ja albo twój brat”.
Później zabrałeś się za sprzątanie mojego podwórka – zacząłeś selekcjonować moje koleżanki: „Z kim ty się zadajesz?!”. Tobołkową nazwałeś „głupią cipą”, Flamę „kurwą”. O pozostałych dowiedziałam się, że ZASTANOWISZ SIĘ, z którą POZWOLISZ mi się nadal przyjaźnić. „Pozwolisz”! Jakbym była niewolnicą.
I padły zdania, za pomocą których zamierzałeś ze mnie „zrobić człowieka”: „Nie obchodzą MNIE cudze problemy, dla MNIE liczy się to, co JA mam”, „Jeśli ci na czymś zależy, musisz dążyć po trupach do celu, nie oglądając się na innych”, „W życiu wszystkie chwyty dozwolone, ważne jest, żeby MNIE było dobrze”, „MNIE się musi opłacać”. A później pojawiły się jeszcze jakieś zdumiewające teksty o wydźwięku nazistowskim.
Dziś moje koty, brat, koleżanki... jutro kto? Moje dziecko? Moi rodzice? Ja sama, bo się zestarzeję, zbrzydnę, rozchoruję? Może Cyklonem B...? Kim jesteś, Człowieku, którego nie znałam? Zimny, twardy, wyrachowany, egoistyczny, niebezpieczny, małostkowy, narcystyczny, próżny, bezgranicznie pusty... i zły, zły, ZŁY! Nie do uwierzenia.
Nie odszedłeś, ale za to ja zrobiłam jedyną możliwą słuszną rzecz. Wbrew sobie, lecz czując, że tylko tak ocalę siebie i to wszystko, co jest mi drogie i że nie sprzedam samej siebie za 30 srebrników. Dla kogoś, kim się okazałeś, nie warto było chcieć żyć, nie warto było chcieć umrzeć, nie warto było niczego poświęcać. Dlatego po raz pierwszy w życiu zdobyłam się na to, żeby spokojnie, odważnie, na zimno, powiedzieć Ci, kim jesteś i jaki jesteś.
Wściekłeś się. Zacząłeś mi wymyślać, opadły z Ciebie ostatnie maski. I, paradoksalnie, zamiast się tym przejąć czy zdenerwować, obserwowałam to obojętnie. „Więc taki jesteś” – myślałam. Żałosne. Najbardziej żałosne w świecie było to, że widziałam w kimś tak podłym człowieka, który miał być ucieleśnieniem moich marzeń. Do dzisiaj nie odpuszczasz, usiłujesz być czarujący, zacierać złe wrażenie. Ale to nie było tylko złe wrażenie, lecz jakaś straszna prawda o Tobie, której nic nie zatrze i nic nie wymaże, żadne słodkie pierdzenie ani żadne banalne słówka. Nigdy już nie będę Twoją niewolnicą, nie podepczę tego wszystkiego, co kocham, mojego świata, mojej rodziny, moich zwierząt. W swojej małości nie rozumiesz, Człowieku piszący „Ja”, „Mi”, „Mnie” dużą literą, a moje imię małą, że nie imponują mi Twoje pieniądze, którymi możesz tapetować ściany albo podcierać sobie tyłek – wedle uznania. Że o wiele większą wartość ma dla mnie przyjaźń, moje zainteresowania, to wszystko, co stanowi mój świat. Że można zrezygnować bez żalu z Ciebie – „pięknego, mądrego, bogatego i nienagannie ubranego” i związać się z kimś innym, nie tak pięknym i bogatym, ale za to LUDZKIM. Z Twoim nastawieniem do ludzi na starość nie będzie Ci miał kto szklanki wody podać – zostaniesz Ty sam i Twoje pieniądze, których do grobu nie zabierzesz.
Nie da się zacytować wszystkich słów, które padły ani wyrazić zimna tych lodowatych ostrzy, które kiedyś wbijały się w serce. Ale już nie ma takiej potrzeby. Najważniejsze, że dziś mogę oddychać pełną piersią i cieszyć się życiem.

czwartek, 23 sierpnia 2012

73. Mit damskiej torebki



Powszechne przekonanie dotyczące damskiej torebki każe ją widzieć jako ciężki bagaż o różnorodnej, nieraz wręcz zaskakującej zawartości. W damskiej torebce powinien panować wzorcowy bałagan, tak, aby nie można było znaleźć kluczy wtedy, gdy dźwigamy po cztery siatki w każdej ręce i piątą w zębach oraz aby obowiązkowo wytrząsać z niej szminkę, podpaski, zapasowe rajstopy, młotek i książkę o odchudzaniu wtedy, gdy gorączkowo poszukujemy dokumentów.
Jakiś czas temu chaos i masakrę pogłębiła kretyńska moda na ogromne, nieforemne toboły, noszące – nie wiadomo, dlaczego – nazwę damskich torebek. Według mnie nadają się raczej na torby do dźwigania wecków z piwnicy niż na nieodzowny element damskiej garderoby, mogę wszakże się mylić. Tak czy owak, czuję się w obowiązku zaprotestować z całą mocą przeciwko stereotypowi damskiej torebki!
Po pierwsze: nie cierpię i nie używam patologicznych worów zdolnych pomieścić zawartość namiotu.
Po drugie: nie noszę dziesięciu kilogramów pierdół, lecz jedynie portmonetkę, dokumenty w malutkim etui, klucze, szminkę, chusteczki higieniczne, długopis i mały notes. Pardon, jeszcze telefon komórkowy – mały, normalny, do dzwonienia, nie żaden klabzdron o rozmiarach tablicy szkolnej. Proszę sobie te rzeczy zgromadzić w jednym miejscu i ocenić, czy naprawdę potrzeba pakować je do przepastnego juku!
Po trzecie: bałagan w torebce miewam rzadko, choćby i z tego powodu, że codziennie ją przepakowuję w zależności od tego, w co się ubieram.
Po ostatnie: nie mam pojęcia, co te baby tak namiętnie taszczą i dlaczego są tak przywiązane do tego bajzlu, upychanego z samozaparciem godnym lepszej sprawy w patologicznych rozmiarów czemodanach.
Wniosek (zatrważający): czyżbym nie była kobietą...?