piątek, 20 lipca 2012

63. Izrael i Autonomia Palestyńska: tyłek a sprawa muzułmańska



Miejscem naszego zamieszkania na terenie Autonomii Palestyńskiej była jej stolica – miasto Betlejem. Jego hebrajska nazwa Bejt Lechem znaczy dosłownie „dom chleba”, a arabska: Bajt Lahm – „dom mięsa”. Stanowczo bardziej przypadła mi do gustu ta pierwsza.
Autonomia Palestyńska odgrodzona jest ponurym, betonowym murem w rodzaju tych, jaki znamy z Berlina. Co jakiś odcinek, po stronie palestyńskiej, przecinają go budzące grozę wieżyczki.


Przejście przez tę granicę jest nader uciążliwe. Oprócz okazywania paszportów, należy liczyć się z każdorazową drobiazgową kontrolą bagażu, przegonieniem przez labirynt piszczących bramek i roentgenów, a przy odrobinie zezowatego szczęścia nawet i przez kontrolę osobistą. Do przyjemności to nie należy. Palestyńczycy, choć bardziej nieokrzesani od Izraelitów (w końcu Arabowie!), okazali się nieco mniej czepliwi, natomiast wjazd z Autonomii na terytorium izraelskie często gęsto zabierał nam więcej czasu niż w odwrotną stronę. Szczególnie lubiła dawać się we znaki jedna z celniczek, która upodobała sobie Polaków. Przez tę granicę przyszło nam przechodzić wielokrotnie – przynajmniej dwa razy każdego dnia. Towarzyszyło nam w drodze niezwykłe, budzące grozę, groteskowe graffiti na całą ścianę budynku: gołąbek z symbolizującą pokój gałązką oliwną w dzióbku i w kamizelce kuloodpornej (autorstwa Brytyjczyka Banksy’ego).


Miasto usiane jest, oczywiście, meczetami. Z samego okna hotelowego widać było cztery minarety. O wschodzie słońca budził nas ryk muezinów wykrzykujących izan – cwaniaczki wzięli się na sposób i używają nagłośnienia! Prawdę mówiąc, mnie obudzili tylko za pierwszym razem, gdy dźwięk ten był nowością. Słuchałam z przyjemnością i rozbawieniem. Później zrywały się już tylko dziewczyny.


Jednego wieczoru wstąpiłyśmy do dużego meczetu Omara usytuowanego naprzeciw Bazyliki Narodzenia Pańskiego. Wszyscy wchodzący do świątyni obowiązkowo muszą zdjąć obuwie i w tym celu przy wejściu znajduje się mnóstwo szafek z półkami. Kobiety ponadto muszą mieć zakrytą głowę i ramiona. W tym niemożliwym skwarze chodziłam jak najbardziej roznegliżowana nawet po zapadnięciu zmroku, bo po prostu inaczej się nie dało. Miałam na sobie krótkie spodenki, bluzkę bez rękawów i nic, co imitowałoby jakiś szal czy chustę. W akcie desperacji przywdziałam na głowę bluzkę z długim rękawem, którą koleżanka na wszelki wypadek nosiła w torebce. Turkusowoniebieska bluzka wdzięcznie spłynęła mi na ramiona, a rękawami malowniczo owinęłam sobie szyję. Z żółtymi krótkimi spodenkami stanowiła zestaw wstrząsający, ale najważniejsze, że zakryłam siedlisko grzechu. Ze szczelnie okutaną głową i skąpo odzianym odwłokiem mogłam wejść bez przeszkód. Co ciekawe, gdyby było odwrotnie, pewnie wyleciałabym stamtąd na zbity pysk. W sumie logiczne – grzeszne myśli lęgną się w głowie, nie w tyłku. Przynajmniej u mnie.
Pewnym zaskoczeniem były dla mnie dzikie sztuki wyczyniane przez muzułmanów. Trzech młodych mężczyzn uprawiało gimnastykę typu „padnij! – powstań! – padnij! – powstań!” w połowie wysokości schodów, mamrocząc coś w rodzaju „chałwa-larwa-balia” i „Allach akbar!”, a inni, już we wnętrzu meczetu, leżeli na podłodze na wznak w dowolnej pozie albo siedzieli, czytając Koran.



6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Nie, nie widać tego, bo zdjęcie małe, ale w rękach sobie coś trzymał. Może mały Koranik :)

      Usuń
  2. Dziwne, że nogi miałaś gołe. Bardzo dziwne. Chociaż, słyszałam, że w krajach muzułmańskich, najbardziej seksowne u kobiety, są jej włosy .
    Co do nagłośnienia. Kiedyś, kiedy współczesne zdobycze nie weszły do meczetów, stawiano je w odległości odpowiedniej dla słyszalności jednego muezina przez drugiego. Tak miało być. Teraz , traci to sens.
    Czy kiedyś te dwa kraje się pogodzą?
    Pa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, aczkolwiek nie sądzę. To dwie różne nacje i dwie różne kultury, obie fanatyczne religijnie.

      Usuń
    2. J. Chmielewskiej, też sobie nie odpuściłaś :)))

      Usuń