piątek, 28 września 2012

85. Absmak



Od pewnego czasu, przesiadając się w drodze do pracy, spotykam na przystanku autobusowym pewną kobietę. Ma około dwudziestu kilku lat. Siedząc na ławeczce i oczekując na przyjazd autobusu, codziennie się maluje. Nie jest to żadna drobna korekta urody, dyskretne muśnięcie nosa pudrem czy przeciągnięcie szminką po wargach, lecz wykonywanie regularnego, pracochłonnego makijażu. Bez żenady wyjmuje z torebki kolejne utensylia, trzyma przed sobą lusterko i precyzyjnie, długo się pacykuje. Początkowo sądziłam, że to sytuacja awaryjna, dziewczyna po prostu spieszyła się do autobusu i nie zdążyła pomalować się w domu, ale z czasem przekonałam się, że to jej codzienny zwyczaj. Uważam to za grubą przesadę. Istnieje taka kategoria czynności, które powinno się wykonywać dyskretnie, gdzieś w odosobnieniu. Według mnie robienie makijażu ma w sobie coś intymnego, podobnie jak proces farbowania włosów czy ubieranie się. Osoby trzecie powinny oglądać tylko efekt końcowy. Jako rozczochrany, wypaprany farbą do włosów lub do połowy tylko odziany „półprodukt” nie wyglądamy wcale atrakcyjnie, a tym bardziej nie jest to stan godzien wystawiania się na widok publiczny. Oglądanie tego przez innych także wcale nie musi być dla nich przyjemne. I tak sobie myślę, że robienie makijażu na przystanku przy ruchliwej ulicy chyba nie świadczy zbyt dobrze o tej osobie, która – wyzbyta hamulców – bez żadnego skrępowania wykonuje czynność zupełnie niestosowną do miejsca, w którym się znajduje.

wtorek, 25 września 2012

84. Izrael i Autonomia Palestyńska: betlejemski ziemniak



Chciałabym zatrzymać się na chwilę nad przejawami egzotyki zwiedzanych miejsc oraz tym, co nasz przewodnik określił lapidarnym, acz barwnym stwierdzeniem: „ten brud to narodowa kultura Palestyńczyków”. Fakt. Doskonale widoczne jest to w samej Jerozolimie, gdzie jasne i czyste miejsca znamionowały Dzielnicę Żydowską, a w Dzielnicy Muzułmańskiej śmietnik na ulicach i chodnikach (z ludzkimi odchodami włącznie!) robił wrażenie normy.
Barwne, gwarne zaułki egzotycznego targu niewymownie pociągały mnie swoją malowniczością. Obfitość dojrzałych owoców cieszyła oczy, a zapachy wschodnich przypraw upajały mieszającymi się aromatami.
 



Jednocześnie jednak odstręczały brudne mury, a przeprawę przez zaułek rzeźników, w którym – w tragicznym upale! – ze straganów zwieszały się fantazyjnie jakieś flaki i różne dziwne części pomordowanych zwierząt, spokojnie można zaliczyć do ekstremalnych. Gdyby nie trzy paczki pachnących chusteczek nawilżanych, którymi obłożyłam sobie szczelnie nos, pewnie zwieńczyłabym drogę efektownym pawiem.


Palestyńska posesja, zwłaszcza teren wokół domu, przypomina lej po bombie. Gruz, śmiecie, spalone kontenery to najczęstsze elementy wystroju przydomowego „ogródka”.


Początkowo sądziłam nawet, że są to domy opuszczone, zrujnowane działaniami wojennymi. Jednak siedzące na balkonach całe zadowolone z życia rodziny i suszące się prania wyprowadziły mnie z błędnego przekonania.
Całkiem oryginalnym pomysłem na zabezpieczenie posesji przed intruzami okazały się kawałki szkła z porozbijanych butelek, sprytnie wkomponowane w najeżony nimi od góry mur. Na miejscu złodzieja wolałabym chyba spotkanie z drutem kolczastym! Mimo wysokiej zapewne skuteczności ogrodzenia ze szczątkami butelek wyglądają po prostu okropnie.


Ciekawe wrażenie wywierały młode Palestynki ubrane w tradycyjne stroje, spod których wyglądały stopy obute w... trampki. Do tego z zupełnie nietradycyjnym telefonem komórkowym w ręku.


Tradycjonalistów, oczywiście, nie brak i muszę przyznać, że większej symbiozy tradycji z nowoczesnością nigdy wcześniej nie widziałam.


Niezapomniane – rzekłabym wręcz: wstrząsające – przeżycie zafundował mi szef restauracji hotelowej w Bejt Lahm. Przechadzał się z groźną miną po sali i doglądał zarówno pracy kelnerów, jak i zachowania (zadowolenia?) klientów. Pod jego bacznym wzrokiem czuliśmy się nieco nieswojo. A bo to wiadomo, co takiemu strzeli do głowy...?
Odkroiłam kawałeczek upieczonego w arabskich przyprawach ziemniaka i ze wstrętem odsunęłam na bok talerza. Nie lubię tych wschodnich przypraw i, jak dla mnie, ziemniak zalatywał mieszanką kadzidła i orientalnych perfum. Niestety, nie uszło to uwagi groźnego szefa. Natychmiast podszedł do naszego stolika, oskarżycielskim gestem wycelował palcem w ziemniaka i patrząc na mnie wyhurgotał coś w rodzaju „harłabalialarwachałwaałłaałłaałła!”. Po czym – zanim zdążyłam pozbierać myśli – zrobił coś, od czego oniemiał cały stół: sięgnął palcami do mojego talerza, wyjął ziemniaka, przełożył go (w dalszym ciągu palcami!) na czysty talerzyk i odszedł. Zamarłam. Siedem osób patrzyło na mnie zachłannie znad swoich talerzy w oczekiwaniu dalszego ciągu. Jeszcze dobrze nie ochłonęłam, jak do stolika podbiegł młody, przystojny kelner z nowym ziemniakiem na talerzu. Skłonił się usłużnie i zaczął hurgotać szlaczkami. Obok natychmiast zmaterializował się szef, który ponownie posługując się palcami zdjął wstrętne warzywo z czystego talerzyka i włożył na mój talerz. Wykrzyczał coś na kształt „Allah akbar!” i oddalił się nieco. Skurczyłam się w sobie i z całych sił postarałam się o przyjemny wyraz twarzy, jednocześnie piszcząc cieniutko:
- I co ja mam z tym teraz zrobić?
W oczach oniemiałego towarzystwa od stołu dostrzegłam rozbawienie.
- No co? – jęknęłam. – Przecież to Palestyńczyk. Teraz, jak tego świństwa nie zjem, to w nocy przylezie odciąć mi głowę scyzorykiem!
- To schowaj do torebki i wyrzucisz w pokoju – poradził Andrzej.
Z determinacją przemytnika przeszmuglowałam ziemniaka w torebce, w duchu błogosławiąc samą siebie za to, że nie wzięłam ich z półmiska więcej. Nie odważyłam się jednak wrzucić go do kosza w hotelu. Pozbyłam się balastu poza nim.

sobota, 22 września 2012

83. Kolacja w Pegeerze



Opisane zdarzenia naprawdę miały miejsce w rzeczywistości

Tyyyyy... – powiedział Kufel. – Zróbmy rodzicom niespodziankę i przejedźmy się do Pegeeru na kolacyjkę.
Zachichotałam.
- Dobra. Organizuj piwo, a ja zabezpieczam wałówkę. I o 1730 pod śmietnikiem!
- Ok – odrzekł Kufel i już go nie było.
Kolacja w Pegeerze oznaczała wieczorny wyskok w Bieszczady, do dzikiej głuszy, w której rodzice wraz z ekipą przyjaciół spędzali pracowite weekendy, latami porządkując i doprowadzając popegeerowski domek do stanu używalności.
Późnym popołudniem warowałam na parkingu przy śmietniku objuczona rozmaitymi wiktuałami. Kufel zajechał punktualnie i z fasonem. W lekko mętniejącym powietrzu pojawił się zapach mgły i jesieni.

* * *

W niedługim czasie dojeżdżaliśmy na miejsce. Mrok wokół nas gęstniał i przechodził z wolna w atramentową czerń. Na bocznej, podrzędnej drodze bieszczadzkiej daremnie by wypatrywać śladów latarni. Znajdowaliśmy się w kompletnej dziczy. Poza kręgiem świateł samochodu nie było widać nic. Kufel skręcił w wyboistą dróżkę dojazdową prowadzącą bezpośrednio do Pegeeru. Zwolnił do minimum, żeby nie uszkodzić podskakującego na wybojach samochodu. Minęliśmy puste pastwisko pogrążonej w uśpieniu stadniny i ostatnie metry wądołów skręcających pod dom przebyliśmy w absolutnych ciemnościach. Kufel zaparkował dokładnie vis-à-vis głównego wejścia. Przez chwilę siedzieliśmy w bezruchu, napawając się doskonałą ciszą i wpadającym przez uchylone okna, pachnącym świerkami powietrzem.
- Ty... – powiedział nagle Kufel nieswoim głosem. – Patrz!
Odruchowo przeniosłam wzrok w jedyne oświetlone miejsce. Po lewej stronie od drzwi wejściowych jaśniało samotnie okno od kuchni. Reszta domu wyglądała jak pogrążona w uśpieniu.
Skąpe firaneczki troskliwie zawieszone przez Panią Ce nie zasłaniały całej szyby. W lewym dolnym rogu mignęła nam głowa Pana Ce. Nad nią, po prawej, brał właśnie zamach mój rodzony ojciec. W ręce trzymał potwornej wielkości młotek.
- Idealne warunki do popełnienia zbrodni – wyszeptał złowieszczo Kufel. W jego głosie wyczułam jakąś niezdrową fascynację. Poczułam, jak wstrząsa mną gwałtowny dreszcz. Na zupełnym odludziu, w nieprzeniknionych ciemnościach można było zamordować każdego.
W następnej chwili ręka mojego ojca spadła. Zamknęłam oczy. Kufel powoli otwierał drzwi.
- Wysiadaj! – syknął.
Otworzyłam oczy. Z czoła Pana Ce wciąż widocznego w oknie ściekała krew. Przez głowę przebiegła mi setka panicznych myśli. Dlaczego mój ojciec?! Dlaczego Pana Ce?! Gdzie są pozostali?!
Poczułam, jak od stóp spowija mnie lodowaty chłód i podpełza z wolna ku górze. Zdrętwiałe ciało nie chciało słuchać. Wygramoliłam się niezdarnie, bojąc się ponownie spojrzeć w rozświetlone okno. Czułam, że odmawiające posłuszeństwa nogi niosą mnie w stronę upiornego domu wbrew mojej woli. Obok szedł Kufel.
- Chodźmy od ogrodu – powiedział z zimną krwią. – Z tej strony i tak zamykają na noc. Wejdziemy przez salon.
Mijając róg z lewej strony domu przemogłam się i raz jeszcze spojrzałam w kierunku okna. W kuchni wciąż paliło się światło, ale sprawiała wrażenie pustej. Nie widać było ani zbrodniarza, ani jego ofiary. Przelotnie pomyślałam o piwniczce, do której wchodzi się wprost z kuchni i z lekka mnie zemdliło. Prawa strona domu, zupełnie zaciemniona, wciąż wydawała się dokumentnie wymarła.
Z drzwi ogrodowych buchnęła na nas muzyka i beztroskie śmiechy. Skonfundowani weszliśmy po trzech stopniach i zatrzymaliśmy się na progu. Wujek Kacperek obracał właśnie w tańcu Panią Ciałeczko. Pani Ce niefrasobliwie chichotała z moją mamą, nakładając sobie na talerz sałatkę.
- O, dzieci przyjechały na kolację! – zaśmiały się radośnie.
- Beciulka! – wykrzyknął Wujek Kacperek i, porzuciwszy Panią Ciałeczko, rzucił się do całowania mnie po rękach. Poczułam, że coś jest przeraźliwie nie tak. Oni tutaj tak wesoło, przy muzyce, a za ścianą...
Nie dokończyłam myśli. W przejściu prowadzącym do kuchni stanęła ofiara wstrząsającego mordu. Żywa, raczej zdrowa i prawie cała. Na czole Pana Ce widniała jednak rozległa plama niezakrzepłej jeszcze krwi.
- Dobry wieczór – powiedział, jak zwykle flegmatycznie i pogodnie. – Widzę, że zapowiada się niezła kolacyjka.
Nie zdołaliśmy wykrztusić ani słowa. Zza pleców Pana Ce wyłonił się morderca.
- Tato, na litość boską, dlaczego waliłeś Pana Ce młotkiem po głowie?! – ryknęłam straszliwie. – Co tu się w ogóle dzieje?!
- Jaaaa? Waliłem? – zdziwił się mój ojciec. – Sam się walnął, niezdara. Patrz, jaki ma czerep rozpruty.
- Tato, widzieliśmy przez okno!! Walnąłeś Pana Ce młotem w sam środek czoła!
Pan Ce, poszukujący czegoś na stoliku nieopodal kominka, zachichotał nagle i odwrócił się w naszą stronę rozbawiony.
- Składaliśmy z twoim ojcem meble – wyjaśnił. – Wodnik wieszał półkę nad zlewozmywakiem, a ja zbijałem komódkę. Akurat na dole, tuż obok niego. Tam jest najwięcej miejsca, sama wiesz.
- Ale walnął młotkiem... – jęknęłam beznadziejnie.
- No a jak? – obruszył się mój ojciec. – Musiałem to przecież przybić!
- Ale w czoło Pana Ce!!
Kufel milczał oskarżająco.
- Pan Ce sam sobie rozorał czoło, bo to jemioła jest kompletna – wyjaśnił tato. – Wyprostował się gwałtownie i huknął w róg półki aż echo poszło.
Pan Ce, wyraźnie rozbawiony, kiwał głową, usiłując jednocześnie przykleić sobie na czole plaster z opatrunkiem.
- Daj – powiedziała Pani Ce – to ci przykleję.
- Łapami z majonezem?!
- Najpierw obliż – doradziła Pani Ciałeczko. – Dobry majonezik. Z czosneczkiem.
- Aaaaa... – powiedziała moja mama znad salaterki. – Czosneczek jest bakteriobójczy. Można by przyłożyć Panu Ce zamiast plastra.
- Z majonezem...? – zainteresował się gwałtownie Wujek Kacperek.
- Cebula! – wykrzyknął mój ojciec, klepnął się w czoło otwartą dłonią i uciekł do kuchni.
- Nieeeee! – odkrzyknął Pan Ce i pobiegł za moim ojcem. Z kuchni dał się słyszeć rumor.
- Oho, przypalił – odezwała się lakonicznie Pani Ciałeczko.
- Nie patelnią! – zawył mój ojciec.
Kuflowi i mnie puściły nerwy. Gotowi na wszystko, równocześnie zatrzymaliśmy się na progu kuchni. Pan Ce, dziarsko wywijając teflonowym naczyniem, z którego na wszystkie strony pryskał olej z resztkami smażonej cebuli, usiłował wygonić z domu cztery ogromne ćmy. Wycofaliśmy się chyłkiem i w milczeniu. Kufel ukradkiem odetchnął.
- Czyli wszystko w normie – zawyrokował po cichu. – Regularny dom wariatów.
- Dzieci! – zawołały wdzięcznie od stołu moja mama z Panią Ciałeczko. – Co dobrego przywieźliście? No, rozpakowujcie się! Kufel, masz piwo...?