wtorek, 4 września 2012

77. Ja ciebie chrzczę w imię bankomatu



Rodziców się nie wybiera, ale chrzestnych – tak. Panują w umiłowanym narodzie dwa związane z tym zwyczaje, które chętniej nazwałabym idiotyzmami.
Przyszła do mnie pewnego dnia Kulka. Usiadła ciężko na taborecie w kuchni i zamilkła na amen. Wręcz zamieniła się w zmurszały pień. Niespiesznie umyłam naczynia, wiedząc, że zalągł jej się jakiś problem, ciśnienie rośnie, a gdy pęknie, to wreszcie się jej uleje.
Ulało się, gdy sięgałam po patelnię.
- Kuzynka poprosiła mnie na chrzestną – oznajmiła grobowym tonem. – Przyjdzie sobie chyba w łeb strzelić.
Ano, w rzeczy samej. Gdyby padło na mnie, do strzelania w łeb nie byłoby powodu, bo na jej tle wypadam na nieludzko zracjonalizowaną. Co innego moja przyjaciółka. Obłożona nieprawdopodobną liczbą chrzestnych synów i córek, co chwilę jest przybijana do ziemi czyimiś urodzinami, komuniami, Mikołajami i Gwiazdkami. Sama ledwo przędzie, będąc matką trójki dzieci i żoną jednego niepracującego męża. A na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą.
- To trzeba było odmówić – powiedziałam beznadziejnie. Z góry wiedziałam, co za chwilę usłyszę. I usłyszałam.
- No co ty, dziecku się nie odmawia.
A otóż właśnie. Co za idiotyczny slogan! Po pierwsze, to nie dziecko prosi, bo w wieku „chrzcielnym” leży w charakterze naleśnika i jest mu najdoskonalej obojętne, co się wokół dzieje, pod warunkiem, że ma ciepło, sucho i pełno w brzuszku.
Po drugie, dorośli rodzice powinni zrozumieć odmowę – wszak to oni będą za chwilę patrzeć chrzestnym rodzicom na ręce, kiedy, kto i ile daje, a nie ich maleńkie dziecko. Jeżeli się obrażą – mała strata, bo na co komu znajomość z tak małostkowymi ludźmi? Przyjaciółka wszakże, jak zwykle, z rezygnacją poszła pod nóż. Przypomnę jej to przy najbliższym jojczeniu, że do końca miesiąca nie wystarczy jej na jedzenie i musi wziąć pożyczkę, bo zbliża się komunia „chrześniaka”, aczkolwiek szczerze wątpię, czy to coś da.
Tu problem zazębia się z drugim i jeszcze bardziej chorym. Rodzice chrzestni traktowani są jak bankomaty. Nawet najmniej ważne okoliczności, takie jak spotkanie u cioci na imieninach, wymuszają na chrzestnych sprezentowanie czegokolwiek „chrześniakowi”. Stawka idzie w górę przy jego osobistych urodzinach, imieninach, Mikołajach i Gwiazdkach. Wraz z komunią, bierzmowaniem, ślubem i weselem obłęd wzrasta: chrzestni wyskakują z portek i zadłużają się po uszy, bo trzeba podopiecznego tak obdarować, żeby zaspokoić jego wszelkie zachcianki, rodzinie żeby oko zbielało, a darczyńca długo z kredytów nie wyłaził. To chore, ale z maniakalnym uporem w tym kraju praktykowane. Co więcej, jeśli ofiarność chrzestnego nie nosi znamion dobrowolności, a sam, biedaczysko, wydaje się zbyt opieszały, we właściwym czasie macki wyciągną się same. Przykład? Proszę bardzo, jest przykład.
W czasach, gdy byłam jeszcze żoną Eksa, jego siostra poprosiła mnie na matkę chrzestną Trzeciego. Jako młoda, piękna i głupia (dziś jestem już tylko młoda i piękna) zgodziłam się. Trzeci został ochrzczony, a ja w jakiś czas potem rozwiodłam się – nie tylko z Eksem, ale i z jego rodziną, której zwyczajnie nigdy nie lubiłam (gdybym lubiła, spokojnie po dzień dzisiejszy utrzymywałabym z nią kontakty). Z życia „chrześniaka”, siłą rzeczy, również bez żalu zniknęłam. Około komunii Eks przywiózł mi – ni z gruszki, ni z pietruszki – list od delikwenta, utrzymany w szmirowatym tonie rzewnej pierdoły, w którym dawał się rozpoznać krawiecki styl eksszwagierki. Mimo że jestem szokująco odporna, doznałam wstrząsu od maniacko rozsiewanego zwrotu „matko chrzestna”, wywołującego skojarzenie pośrednie między „Chłopami” Reymonta a „Weselem” Wyspiańskiego. Osłabłam. Dwie strony gniotu wylewnie opisywały tęsknotę poszkodowanej przez los istoty do posiadania matki chrzestnej, wywołując przy tym wrażenie, jakby owa istota została zupełnie osierocona, obdarta, zziębnięta, konająca z głodu i pozostawiona samej sobie, a ja, zimna jak Królowa Lodu, odmawiam jej swej krzepiącej obecności. Imponujące dzieło jakoś nie przypadło mi do gustu i – nie doceniwszy jego walorów – przedarte dwoma sprawnymi ruchami wrzuciłam do kosza. Kolejnego gejzeru chrzestnosynowskich uczuć spodziewam się w okolicach bierzmowania.
Nie będę sztucznie podtrzymywała przy życiu nieistniejących więzi tylko po to, żeby zamiast remontu zrujnowanej łazienki zainwestować np. w samochód dla obcego mi Trzeciego. Uczono mnie na religii, że instytucja rodziców chrzestnych została powołana po to, aby w razie utraty przez dziecko rodziców biologicznych, zajęli się jego religijnym wychowaniem. Koniec, kropka. Żadne więcej obowiązki na nich nie spoczywają, a i to jest jedynie funkcja zwyczajowa. Mogą więc (ale nie muszą) z okazji jakiegoś wydarzenia o charakterze religijnym podarować mu związany z nim przedmiot. To wszystko.

12 komentarzy:

  1. Ja też jestem strasznie racjonalna. Mam jedną chrześnicę, którą mnie obradowano w wieku 15 czy 16 lat, lubię ją, więc od czasu jak wydoroślała, spotykamy się gadamy, myślę, że mam spory wkład w to, jakim jest człowiekiem. Dałam jej na 18-tkę drobny ale cenny naszyjnik. Zdarzyło się raz czy dwa, że pomogłam jakoś w czymś. Teraz już jest samodzielna i spotykamy się czasem pogadać jak kobieta z kobietą :).
    Ale że nie powodzi mi się rewelacyjnie od dłuższego czasu, to nie daję tych prezentów, bo mam tę całą tradycję gdzieś.

    Od roku mam też kolejnego chrześniaka, synka mojej przyjaciółki. Na chrzest dostarczyłam zwyczajowy prezent plus piękną sesję zdjęciową.
    Nie czuję się aż tak zobowiązana do tych corocznych prezentów itd. Ale ona wie i ja wiem, że jeśli kiedyś będzie potrzebował naprawdę pomocy, to będzie mógł na mnie liczyć na miarę moich bieżących możliwości.

    Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie. Normalność i zdrowy rozsądek - to takie piękne słowa!

      Usuń
  2. Ciekawe, kiedy ludzie zaczną mieć zdroworozsądkowe podejście do chrztu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lub w ogóle do czegokolwiek! Mnożą się takie absurdy, że strach.

      Usuń
  3. Mam tych chrześniaków.... chyba tylko dwoje. Dwie , dziś już kobiety. Głowy mi niczym nie zawracają i mam święty spokój.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam dwoje. Jeden to Trzeci, z którym nie utrzymuje kontaktu. Drugiego bardzo kocham i jest mi wybitnie bliski. Głowy mi nie zawraca, za to kocha mnie z wzajemnością. Ma 33 lata i jest moim bratem :)

      Usuń
    2. Jedna to moja siostrzenica, doskonale w życiu ustawiona. Druga, to córka mojej ciotki, która to ciotka jest w wieku mojej młodszej siostry. Też dobrze ustawiona. Uwielbiam obie. Niekłopotliwe absolutnie.

      Usuń
    3. No to szczęście masz z tym ustawieniem.

      Usuń
    4. Jedna moja chrześniaczka mieszka z rodziną za granicą, druga właśnie została matką, a trzecia jest w Trójmieście. Też mam spokój (na razie...) :)

      Usuń
    5. To też masz szczęście :)

      Usuń
  4. a ja swojego czasu odmówiłam i to nie dziecku tylko durnym zakłamanym rodzicom - nie jestem religijna ale jak się coś obiecuje to się słowa dotrzymuje!!Obiecywać pomoc w wychowaniu dziecka i mieć później to w dupie?? Nigdy w życiu!!

    OdpowiedzUsuń