środa, 19 września 2012

82. Wirtualne sranie w banię



W ramach nowego łańcuszka blogowego poprosił mnie o tę wypowiedź Malawiart. O ile mi wiadomo, temat brzmi: „dlaczego piszesz blog?”.
Sprawa jest prosta. Lubię pisać. Cokolwiek. Wszystko. Pisałam w dzieciństwie, piszę nadal. Sprawia mi to niewysłowioną przyjemność. Dlaczego akurat blog? Mhm... a dlaczego by nie?
Pisanie zapewnia mi higienę psychiczną, stanowi zarówno element rozrywki, jak i wypoczynku. Jest przede wszystkim dla mnie. Kiedyś jedna z czytelniczek napisała do mnie maila sugerując, żebym przestała publikować posty o podróżach, bo „ludzi to nie interesuje i spada mi czytelnictwo”. No ale czyj to problem? Nie mój, bo nie piszę na niczyje zamówienie i nikt mi za to nie płaci. To jest mój blog, moja przyjemność i to, co ja lubię. Nikogo nie zmuszam do pisania stu komentarzy na temat, który go nie interesuje.
Natchniona przez Sharę, w 2010 roku pisałam blog pod nickiem Bezdomna. Gdy mi się znudziło – unicestwiłam go. W 2012 r. znów przyszła mi ochota na blogowanie, więc piszę, ale gdy odejdzie – bez żalu porzucę rzemiosło, być może na rzecz jeszcze przyjemniejszego.
Myślę, że ten post to świetna okazja, żeby coś sobie wyjaśnić.
Blogując już od dłuższego czasu, odnoszę niekiedy nieodparte wrażenie, że niektórym ludziom wydaje się, iż życie blogerów toczy się przede wszystkim na ich blogach, a ponadto na GG i na Skype – i że świat wirtualny to podstawa ich egzystencji. Sami okupują fora internetowe, komentują blogi, niekiedy piszą własne, a oprócz tego wyobrażają sobie, że każdy, kto ma coś do zrobienia w Internecie, traktuje tę sferę jako priorytetową. Domagają się natychmiastowej odpowiedzi na maila, pojawienia się na GG, podania numeru telefonu, tkwienia godzinami na Skype, codziennego publikowania postów.
Tymczasem nie każdy dysponuje możliwością i chęciami całodobowego wysiadywania przy komputerze dla rozrywki oraz poświęcania swojego czasu i uwagi obcej, w gruncie rzeczy, osobie. Niektórzy wszakże zdają się o tym nie pamiętać. Zdarzają się i tacy, którzy – nieproszeni – chcą ingerować w moje życie w realu.
Bywa, że otrzymuję długie maile nawet od osób, z którymi wcześniej nie miałam za wiele (albo nic) wspólnego. Oczekują odpowiedzi oraz tego, że potraktuję serio ich mentorskie wywody, wezmę sobie do serca „dobre rady”, przejmę się „miażdżącą” krytyką, udostępnię swoje GG, założę Skype i będę godzinami z nimi rozmawiać. Dysponują moim czasem, domagając się odpowiedzi i to natychmiastowej oraz obszernej. Chętnie trzymaliby mnie uwiązaną za nogę do komputera, abym na każde zawołanie czyniła zadość ich żądzy rozmowy, porady, wyżołądkowania się na temat dowolny. Są i tacy, którym wydaje się, że od ich „diagnoz”, pouczeń i wyobrażonych „misji” coś zależy, że przejmę się tym, co wypisują. Często wyobrażają sobie, że na podstawie tego, co piszę, zyskują absolutnie całą wiedzę na mój temat. Czasem bywa to śmieszne, ale w większości irytujące.
Jestem żywa, prawdziwa, ciepła i miękka, a co za tym idzie – mam swoje realne życie, obowiązki, zamiłowania, radości, problemy, smutki, prawdziwą rodzinę, prawdziwych przyjaciół i znajomych, realną pracę. Internet nie jest najważniejszą dziedziną mojego życia – w odróżnieniu od tych, którzy grzęzną w nim na kilka lub kilkanaście godzin w ciągu doby, bo im się nudzi albo nie mają niczego lepszego do roboty. Nie zmarnuję swojego czasu na tłumaczenie pierwszemu lepszemu ignorantowi tego, co napisałam, bo akurat sam nie potrafi tego zrozumieć. Nie chce mi się i nie musi mi się chcieć odpowiadać na każdy głupi komentarz. Nigdy też przypadkowa i obca (czyli „znana” wyłącznie z Internetu) osoba nie wywrze wpływu na to, co czuję, myślę robię, ponieważ jest człowiekiem realnym w swoim własnym życiu, ale nie w moim. Dla mnie jest zaledwie okienkiem w komputerze, które w każdej chwili mogę zamknąć i natychmiast przestaje istnieć. Składa się zaledwie z pikseli i ma gabaryty określane bajtami.
Moje życie i ja istniejemy bez względu na Internet, poza nim i niezależnie od niego. Tylko i wyłącznie ja decyduję o tym, kogo i na ile do niego wpuszczam. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, to nie jest to, bynajmniej, mój problem.

26 komentarzy:

  1. I pomyśleć, że namawiałam Cię na Skype`a.... O, ja niegodna....

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie ma sprawy :D A co oplułaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyściutki golfik w kolorze prosektoryjnym! Gwoli ścisłości - nie oplułam. Będąc jednak w stanie silnego wzburzenia oblałam się kawą :|

      Usuń
    2. Prosektoryjnym? Znaczy, białym czy zielonym?
      Oraz umiem dobrze prać ręcznie.

      Usuń
    3. Zielony, jaśniutki, taki seledynek. Trupi :)
      Po cholerę prać ręcznie, skoro są pralki?

      Usuń
    4. Co trudniejsze plamy zapieram szarym mydłem. W pralce tego zrobić się nie da.

      Usuń
    5. Kawa to nie są trudne plamy :)

      Usuń
    6. Słusznie. Zwłaszcza świeże :)

      Usuń
    7. Nie miewam świeżych plam. To znaczy, świeże są one przez chwilkę, a potem zmieniają stan :)

      Usuń
  3. We wszystkim co napisałaś, masz rację. Nie bez powodu zlikwidowałam Skypa, nie reaguję na GG, czy "Tlen". Mam to wyłączone. Tak mi jest najlepiej. Koresponduję z tym , z kim chcę. Nikt mnie do niczego nie zmusi. Howgh!
    Pozdrawiam:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórym dać palec, to odgryzą rękę przy samym odwłoku!

      Usuń
    2. Ja mam Skype'a tylko zytego powodu, że mieszkam 300 km od domu rodzinnego i najblizszej rodziny (mama, siostra) i dzięki temu wynalazkowi mozemy sie co jakiś czas choć na chile zobaczyć (nie zastępuje to spotkań na żyo, ale na te nie zawsze mozemy sobie teraz pozowlić ze względów finansowych i organizacyjnych - mam małe dziecko, moja sisotra dwie córki, mama swoje lata i boi się jeźdxić sama pociągiem). A GG dawno nie właczam, nie podaję niegdzie jego numeru itp. I jakoś nikt się o te informację nie dobija, a przez ten komunikator rozmawiałam po raz ostatni daaaaawno temu.

      Usuń
    3. To naturalne, co piszesz. Zastanawia mnie ta zaborczość ludzi z sieci. Nie mają prawdziwych znajomych w realu?

      Usuń
  4. Droga Frau - miewasz po prostu do czynienia z osobami uzależnionymi od sieci. Ponad rok temu przez przypadek trafiłam na notkę niejakiego "Taty Szymona", który żalił się, że potomek załatwił mu ulubiony telefon wrzucajac do mleka, czy coś w tym stylu, a Tatuś przez to ustrojstwo sprawdzał maila, odpisywał na wiadomości, pisywał bloga, odpisywał na komentarze i dlatego żyć bez niego nie mówgł. Ile takich "Ojców" jest, sama wiesz, kiedy widzisz ludzi w komunikacji miejskiej, w samochodach, na ławkach w parku (...), którzy w każdej wolnej chwili wyjmują smartfon / tablet / notebook/ laptop i od razu sprawdzają, czy ich w sieci nie ma. Bo Krysia się obrazi, że nie zalajkowało się jej zdjęcia w ciągu godziny od jego publikacji, zosia obrazi się, że nie odpisze jej na e-mail złożony z jednego zdania, a Paweł przez komunikator pyta, czy spotkają się wieczorem na piwo... Nie majac moblinego dostepu do sieci nie czuja się na bierząco z tymi wszystkimi fascynującymi zdarzeniami. Boshe - to temat na całą notkę :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie raczej zastanawia coś innego. Po co ludzie, którzy mają niby znajomych, współmałżonków, rodziny, tracą czas na ściganie nieznajomych z Internetu?

      Usuń
  5. Narkomani internetowi. Inaczej tego nie nazwę!

    OdpowiedzUsuń
  6. W/g mnie, mają za dużo wolnego czasu i nie umieją niczym sensownym go wypełnić.
    Nie ma pracy/szkoły, nie ma nic. Jest wyłącznie internet a w nim internetowi znajomi. Czy nikt nie widzi tego, że wielu już nie żyje w Świecie realnym? Po wyłączeniu komputera, okaże się, że istnieje tam pustka!

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie umiem odpowiedzieć na zadane przez Ciebie pytanie, jako że sama, odkąd w ogóle buszuję po sieci (chyba od ok. 2001-2002 roku), ogólnie unikam przypadkowości w poznawaniu ludzi. Nigdy nie rajcowały mnie chaty (czaty) z przypadkowymi, zupełnie obcymi ludźmi, a jedna z moich koleżanek przesiadywała w chatroomach całymi godzinami. Ja poznawałam ludzi przez swoje zainteresowania - przynajmniej mieliśmy jakiś punkt wyjścia do pogadania i później albo znajomość się rozwijała albo nie.
    Mam z tego okresu jeszcze kilka znajomych (głównie z zagranicy), które - to przyznaję ze smutkiem - zaniedbałam, odkąd poznałam J. i założyłam rodzinę. I odkąd mam "swoją" rodzinę, w ogóle jakoś ograniczam poszukiwania przypadkowych znajomości przez sieć. Nie mam już siły na wiele rzeczy. A jak już mam wolną chwilę, wolę ją przeznaczyć na poszukiwanie zleceń lub informacji na interesujące mnie tematy (czasem wpadaja do głowy różne pytania i człowiek szuka info). Owszem: przez bloga, forum typu netkobiety (podobne problemy, wymioana pogladów na konkretny temat) - tak przez ostatnie 3 lata poznaję ludzi. Oczywiście, jak przychodzi co do czego, to znaczy do odsiania ziaren od plew, to pozostają bardzo nieliczni, ale to przynajmniej sensowni, wartościowi ludzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, co napisałaś o oddzielaniu ziaren od plew, to chyba samo sedno sprawy. Mam trzy znajome z Internetu, z którymi utrzymuję bardzo bliskie i stałe kontakty. A drugi mąż Tobołkowej również został przez nią poznany przez Internet. Co innego jednak szczęśliwy przypadek w poznaniu człowieka, a co innego szukanie na siłę sztucznych kontaktów.

      Usuń