sobota, 22 września 2012

83. Kolacja w Pegeerze



Opisane zdarzenia naprawdę miały miejsce w rzeczywistości

Tyyyyy... – powiedział Kufel. – Zróbmy rodzicom niespodziankę i przejedźmy się do Pegeeru na kolacyjkę.
Zachichotałam.
- Dobra. Organizuj piwo, a ja zabezpieczam wałówkę. I o 1730 pod śmietnikiem!
- Ok – odrzekł Kufel i już go nie było.
Kolacja w Pegeerze oznaczała wieczorny wyskok w Bieszczady, do dzikiej głuszy, w której rodzice wraz z ekipą przyjaciół spędzali pracowite weekendy, latami porządkując i doprowadzając popegeerowski domek do stanu używalności.
Późnym popołudniem warowałam na parkingu przy śmietniku objuczona rozmaitymi wiktuałami. Kufel zajechał punktualnie i z fasonem. W lekko mętniejącym powietrzu pojawił się zapach mgły i jesieni.

* * *

W niedługim czasie dojeżdżaliśmy na miejsce. Mrok wokół nas gęstniał i przechodził z wolna w atramentową czerń. Na bocznej, podrzędnej drodze bieszczadzkiej daremnie by wypatrywać śladów latarni. Znajdowaliśmy się w kompletnej dziczy. Poza kręgiem świateł samochodu nie było widać nic. Kufel skręcił w wyboistą dróżkę dojazdową prowadzącą bezpośrednio do Pegeeru. Zwolnił do minimum, żeby nie uszkodzić podskakującego na wybojach samochodu. Minęliśmy puste pastwisko pogrążonej w uśpieniu stadniny i ostatnie metry wądołów skręcających pod dom przebyliśmy w absolutnych ciemnościach. Kufel zaparkował dokładnie vis-à-vis głównego wejścia. Przez chwilę siedzieliśmy w bezruchu, napawając się doskonałą ciszą i wpadającym przez uchylone okna, pachnącym świerkami powietrzem.
- Ty... – powiedział nagle Kufel nieswoim głosem. – Patrz!
Odruchowo przeniosłam wzrok w jedyne oświetlone miejsce. Po lewej stronie od drzwi wejściowych jaśniało samotnie okno od kuchni. Reszta domu wyglądała jak pogrążona w uśpieniu.
Skąpe firaneczki troskliwie zawieszone przez Panią Ce nie zasłaniały całej szyby. W lewym dolnym rogu mignęła nam głowa Pana Ce. Nad nią, po prawej, brał właśnie zamach mój rodzony ojciec. W ręce trzymał potwornej wielkości młotek.
- Idealne warunki do popełnienia zbrodni – wyszeptał złowieszczo Kufel. W jego głosie wyczułam jakąś niezdrową fascynację. Poczułam, jak wstrząsa mną gwałtowny dreszcz. Na zupełnym odludziu, w nieprzeniknionych ciemnościach można było zamordować każdego.
W następnej chwili ręka mojego ojca spadła. Zamknęłam oczy. Kufel powoli otwierał drzwi.
- Wysiadaj! – syknął.
Otworzyłam oczy. Z czoła Pana Ce wciąż widocznego w oknie ściekała krew. Przez głowę przebiegła mi setka panicznych myśli. Dlaczego mój ojciec?! Dlaczego Pana Ce?! Gdzie są pozostali?!
Poczułam, jak od stóp spowija mnie lodowaty chłód i podpełza z wolna ku górze. Zdrętwiałe ciało nie chciało słuchać. Wygramoliłam się niezdarnie, bojąc się ponownie spojrzeć w rozświetlone okno. Czułam, że odmawiające posłuszeństwa nogi niosą mnie w stronę upiornego domu wbrew mojej woli. Obok szedł Kufel.
- Chodźmy od ogrodu – powiedział z zimną krwią. – Z tej strony i tak zamykają na noc. Wejdziemy przez salon.
Mijając róg z lewej strony domu przemogłam się i raz jeszcze spojrzałam w kierunku okna. W kuchni wciąż paliło się światło, ale sprawiała wrażenie pustej. Nie widać było ani zbrodniarza, ani jego ofiary. Przelotnie pomyślałam o piwniczce, do której wchodzi się wprost z kuchni i z lekka mnie zemdliło. Prawa strona domu, zupełnie zaciemniona, wciąż wydawała się dokumentnie wymarła.
Z drzwi ogrodowych buchnęła na nas muzyka i beztroskie śmiechy. Skonfundowani weszliśmy po trzech stopniach i zatrzymaliśmy się na progu. Wujek Kacperek obracał właśnie w tańcu Panią Ciałeczko. Pani Ce niefrasobliwie chichotała z moją mamą, nakładając sobie na talerz sałatkę.
- O, dzieci przyjechały na kolację! – zaśmiały się radośnie.
- Beciulka! – wykrzyknął Wujek Kacperek i, porzuciwszy Panią Ciałeczko, rzucił się do całowania mnie po rękach. Poczułam, że coś jest przeraźliwie nie tak. Oni tutaj tak wesoło, przy muzyce, a za ścianą...
Nie dokończyłam myśli. W przejściu prowadzącym do kuchni stanęła ofiara wstrząsającego mordu. Żywa, raczej zdrowa i prawie cała. Na czole Pana Ce widniała jednak rozległa plama niezakrzepłej jeszcze krwi.
- Dobry wieczór – powiedział, jak zwykle flegmatycznie i pogodnie. – Widzę, że zapowiada się niezła kolacyjka.
Nie zdołaliśmy wykrztusić ani słowa. Zza pleców Pana Ce wyłonił się morderca.
- Tato, na litość boską, dlaczego waliłeś Pana Ce młotkiem po głowie?! – ryknęłam straszliwie. – Co tu się w ogóle dzieje?!
- Jaaaa? Waliłem? – zdziwił się mój ojciec. – Sam się walnął, niezdara. Patrz, jaki ma czerep rozpruty.
- Tato, widzieliśmy przez okno!! Walnąłeś Pana Ce młotem w sam środek czoła!
Pan Ce, poszukujący czegoś na stoliku nieopodal kominka, zachichotał nagle i odwrócił się w naszą stronę rozbawiony.
- Składaliśmy z twoim ojcem meble – wyjaśnił. – Wodnik wieszał półkę nad zlewozmywakiem, a ja zbijałem komódkę. Akurat na dole, tuż obok niego. Tam jest najwięcej miejsca, sama wiesz.
- Ale walnął młotkiem... – jęknęłam beznadziejnie.
- No a jak? – obruszył się mój ojciec. – Musiałem to przecież przybić!
- Ale w czoło Pana Ce!!
Kufel milczał oskarżająco.
- Pan Ce sam sobie rozorał czoło, bo to jemioła jest kompletna – wyjaśnił tato. – Wyprostował się gwałtownie i huknął w róg półki aż echo poszło.
Pan Ce, wyraźnie rozbawiony, kiwał głową, usiłując jednocześnie przykleić sobie na czole plaster z opatrunkiem.
- Daj – powiedziała Pani Ce – to ci przykleję.
- Łapami z majonezem?!
- Najpierw obliż – doradziła Pani Ciałeczko. – Dobry majonezik. Z czosneczkiem.
- Aaaaa... – powiedziała moja mama znad salaterki. – Czosneczek jest bakteriobójczy. Można by przyłożyć Panu Ce zamiast plastra.
- Z majonezem...? – zainteresował się gwałtownie Wujek Kacperek.
- Cebula! – wykrzyknął mój ojciec, klepnął się w czoło otwartą dłonią i uciekł do kuchni.
- Nieeeee! – odkrzyknął Pan Ce i pobiegł za moim ojcem. Z kuchni dał się słyszeć rumor.
- Oho, przypalił – odezwała się lakonicznie Pani Ciałeczko.
- Nie patelnią! – zawył mój ojciec.
Kuflowi i mnie puściły nerwy. Gotowi na wszystko, równocześnie zatrzymaliśmy się na progu kuchni. Pan Ce, dziarsko wywijając teflonowym naczyniem, z którego na wszystkie strony pryskał olej z resztkami smażonej cebuli, usiłował wygonić z domu cztery ogromne ćmy. Wycofaliśmy się chyłkiem i w milczeniu. Kufel ukradkiem odetchnął.
- Czyli wszystko w normie – zawyrokował po cichu. – Regularny dom wariatów.
- Dzieci! – zawołały wdzięcznie od stołu moja mama z Panią Ciałeczko. – Co dobrego przywieźliście? No, rozpakowujcie się! Kufel, masz piwo...?

12 komentarzy:

  1. Chcieliście Rodzicom niespodziankę zrobić, a wyszło trochę na odwrót :)

    Bardzo fajna, klimatyczna notka... :)

    Przywitałem Cię już pod postem o śnie ostatnio...teraz chciałbym to zrobić nieco bardziej oficjalnie :) Zapraszam na Polankę po niespodziankę ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Budujesz niezłą atmosferę :) Ja się tu myślami przyczajam, już mi wyobraźnia podsuwa obrazy krwiste.... a tu fajna rodzinna kolacja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ty wiesz, jakie obrazy my ujrzeliśmy w tych ciemnościach? :))

      Usuń
  3. Historia zabawna i świetnie napisana. Macie pomysły.
    Faktycznie, Chmielewska jak nic!
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakie pomysły? To najczystsza prawda! Moja rodzinka, nasi przyjaciele itp. to sami wariaci :)

      Usuń
    2. Te różne, kuchenno-naprawcze! Do takich "przedstawień",byle kto, się nie nadaje. To trzeba mieć we krwi:) Zapytasz pewnie co? Luz i zdrowe podejście do życia, oraz kopalnię dobrego humoru:)))

      Usuń
    3. Na to już nic nie poradzę, z takiego rodu pochodzę, genetyczne uwarunkowania takie :)))

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Mnie nie. Znam swoją rodzinkę i jej przyjaciół :)

      Usuń