wtorek, 25 września 2012

84. Izrael i Autonomia Palestyńska: betlejemski ziemniak



Chciałabym zatrzymać się na chwilę nad przejawami egzotyki zwiedzanych miejsc oraz tym, co nasz przewodnik określił lapidarnym, acz barwnym stwierdzeniem: „ten brud to narodowa kultura Palestyńczyków”. Fakt. Doskonale widoczne jest to w samej Jerozolimie, gdzie jasne i czyste miejsca znamionowały Dzielnicę Żydowską, a w Dzielnicy Muzułmańskiej śmietnik na ulicach i chodnikach (z ludzkimi odchodami włącznie!) robił wrażenie normy.
Barwne, gwarne zaułki egzotycznego targu niewymownie pociągały mnie swoją malowniczością. Obfitość dojrzałych owoców cieszyła oczy, a zapachy wschodnich przypraw upajały mieszającymi się aromatami.
 



Jednocześnie jednak odstręczały brudne mury, a przeprawę przez zaułek rzeźników, w którym – w tragicznym upale! – ze straganów zwieszały się fantazyjnie jakieś flaki i różne dziwne części pomordowanych zwierząt, spokojnie można zaliczyć do ekstremalnych. Gdyby nie trzy paczki pachnących chusteczek nawilżanych, którymi obłożyłam sobie szczelnie nos, pewnie zwieńczyłabym drogę efektownym pawiem.


Palestyńska posesja, zwłaszcza teren wokół domu, przypomina lej po bombie. Gruz, śmiecie, spalone kontenery to najczęstsze elementy wystroju przydomowego „ogródka”.


Początkowo sądziłam nawet, że są to domy opuszczone, zrujnowane działaniami wojennymi. Jednak siedzące na balkonach całe zadowolone z życia rodziny i suszące się prania wyprowadziły mnie z błędnego przekonania.
Całkiem oryginalnym pomysłem na zabezpieczenie posesji przed intruzami okazały się kawałki szkła z porozbijanych butelek, sprytnie wkomponowane w najeżony nimi od góry mur. Na miejscu złodzieja wolałabym chyba spotkanie z drutem kolczastym! Mimo wysokiej zapewne skuteczności ogrodzenia ze szczątkami butelek wyglądają po prostu okropnie.


Ciekawe wrażenie wywierały młode Palestynki ubrane w tradycyjne stroje, spod których wyglądały stopy obute w... trampki. Do tego z zupełnie nietradycyjnym telefonem komórkowym w ręku.


Tradycjonalistów, oczywiście, nie brak i muszę przyznać, że większej symbiozy tradycji z nowoczesnością nigdy wcześniej nie widziałam.


Niezapomniane – rzekłabym wręcz: wstrząsające – przeżycie zafundował mi szef restauracji hotelowej w Bejt Lahm. Przechadzał się z groźną miną po sali i doglądał zarówno pracy kelnerów, jak i zachowania (zadowolenia?) klientów. Pod jego bacznym wzrokiem czuliśmy się nieco nieswojo. A bo to wiadomo, co takiemu strzeli do głowy...?
Odkroiłam kawałeczek upieczonego w arabskich przyprawach ziemniaka i ze wstrętem odsunęłam na bok talerza. Nie lubię tych wschodnich przypraw i, jak dla mnie, ziemniak zalatywał mieszanką kadzidła i orientalnych perfum. Niestety, nie uszło to uwagi groźnego szefa. Natychmiast podszedł do naszego stolika, oskarżycielskim gestem wycelował palcem w ziemniaka i patrząc na mnie wyhurgotał coś w rodzaju „harłabalialarwachałwaałłaałłaałła!”. Po czym – zanim zdążyłam pozbierać myśli – zrobił coś, od czego oniemiał cały stół: sięgnął palcami do mojego talerza, wyjął ziemniaka, przełożył go (w dalszym ciągu palcami!) na czysty talerzyk i odszedł. Zamarłam. Siedem osób patrzyło na mnie zachłannie znad swoich talerzy w oczekiwaniu dalszego ciągu. Jeszcze dobrze nie ochłonęłam, jak do stolika podbiegł młody, przystojny kelner z nowym ziemniakiem na talerzu. Skłonił się usłużnie i zaczął hurgotać szlaczkami. Obok natychmiast zmaterializował się szef, który ponownie posługując się palcami zdjął wstrętne warzywo z czystego talerzyka i włożył na mój talerz. Wykrzyczał coś na kształt „Allah akbar!” i oddalił się nieco. Skurczyłam się w sobie i z całych sił postarałam się o przyjemny wyraz twarzy, jednocześnie piszcząc cieniutko:
- I co ja mam z tym teraz zrobić?
W oczach oniemiałego towarzystwa od stołu dostrzegłam rozbawienie.
- No co? – jęknęłam. – Przecież to Palestyńczyk. Teraz, jak tego świństwa nie zjem, to w nocy przylezie odciąć mi głowę scyzorykiem!
- To schowaj do torebki i wyrzucisz w pokoju – poradził Andrzej.
Z determinacją przemytnika przeszmuglowałam ziemniaka w torebce, w duchu błogosławiąc samą siebie za to, że nie wzięłam ich z półmiska więcej. Nie odważyłam się jednak wrzucić go do kosza w hotelu. Pozbyłam się balastu poza nim.

10 komentarzy:

  1. Chyba znalazłam odpowiedź na pytanie zadane Ci elektronicznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nie ma obrazka :(

      Usuń
    2. Nie ma, bo obrazek jest związany z kontem googlowo-gmailowym.

      Usuń
    3. Też mam taki gmailowy adres martwy - tylko tak można założyć blog na blogspocie.

      Usuń
  2. Ciekawe, jak smakują perfumowane kartofle :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fatalnie! Nie cierpię tych arabskich przypraw, a już kolendra doprowadza mnie do rozpaczy.

      Usuń
  3. Ale szef oko miał! Pominąwszy wszystkie inne przyjemności jakie Ciebie tam spotkały.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń