środa, 31 października 2012

96. Izrael i Autonomia Palestyńska: Góra Oliwna



Har ha-Zeitim (Góra Oliwna) zamyka od wschodu teren Starego Miasta w Jerozolimie. Jej długi grzbiet rozciąga się na wysokości 812 m n.p.m. Na jej stokach znajdują się liczne sanktuaria związane z wydarzeniami opisanymi w Biblii.
Na zachodnim zboczu góry, za murem Autonomii Palestyńskiej, leży miejscowość El Eizariyeh. W Nowym Testamencie znana jest jako Betania, w której mieszkali wskrzeszony przez Jezusa Łazarz i jego dwie siostry, Marta i Maria.



Z Góry Oliwnej rozpościera się piękna panorama Jerozolimy. U jej stóp ciągnie się dolina Cedronu (Nahal Kidron), którą powinien płynąć rozsławiony przez Biblię potok, jednak przez większą część roku jest on wyschnięty, a napełnia się wodą dopiero w czasie zimowych opadów.


Północna część doliny nazywa się Doliną Jozafata (Emek Jehoszafat), w której – według Starego Testamentu – ma odbyć się Sąd Ostateczny. Dlatego znajduje się tam ogromny cmentarz, gdyż Żydzi chcą przy końcu świata jak najszybciej znaleźć się blisko Boga JHWH. Miejsca na cmentarzu osiągają zawrotne ceny i należą do najdroższych w świecie.





W dolinie zlokalizowany jest również cmentarz muzułmański Jusefija.
Na Górze Oliwnej stoi niezwykły kościół o nazwie Pater Noster (kościół Ojcze Nasz).


O jego oryginalności świadczy blisko 150 mozaikowych tablic, na których znajduje się tekst Modlitwy Pańskiej – każdy w innym języku świata, również wypisane alfabetem Braille’a.







Jedną z najmłodszych jest dodana w latach 90-tych XX wieku tablica w języku kaszubskim. Według tradycji, w grocie znajdującej się w tylnej części świątyni nauczał Jezus i tam też przekazał uczniom tekst modlitwy.


Wyjątkową świątynią, czy może raczej świątyńką, jest usytuowany na zboczu góry maleńki kościółek o architekturze nawiązującej do kształtu łzy i o ujmującej nazwie Dominus Flevit (Pan Zapłakał), związanej ze słowami z Ewangelii św. Łukasza. Według nich, w dniu swojego triumfalnego wjazdu do Jerozolimy w Niedzielę Palmową, Jezus zapłakał nad miastem, przepowiadając jego upadek.


Z tego miejsca widoczny jest także rosyjski monaster św. Marii Magdaleny, ufundowany przez cara Aleksandra III dla podkreślenia znaczenia Rosji w świecie chrześcijańskim.


Na Górze Oliwnej znajduje się także ogród Gethsemane (hebr. Get Szemanim) – gaj oliwny opisany w Nowym Testamencie, miejsce modlitwy Jezusa Chrystusa przed męką krzyżową. Drzewa oliwne rosnące w Gethsemane są najstarsze na świecie – osiągają wiek ponad dwóch tysięcy lat.




W bezpośrednim sąsiedztwie ogrodu Gethsemane znajduje się kościół Wszystkich Narodów (znany też jako kościół Konania). Nazwa kościoła wiąże się z faktem, że na jego fundację złożyło się wiele krajów świata. Jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych budowli na Górze Oliwnej, osadzoną na skale, przy której – według Ewangelii – modlił się Chrystus przed męką krzyżową.



Na wschodnim stoku Góry Oliwnej znajduje się miejsce, którego nazwa pojawia się w Nowym Testamencie w kontekście Niedzieli Palmowej: Betfage. To tutaj Jezus wsiadł na osiołka, aby rozpocząć swoją ostatnią drogę przed ukrzyżowaniem.



Starym zabytkiem z czasów bizantyjskich jest Grób Najświętszej Maryi Panny należący do kościoła wschodniego (kościół rzymskokatolicki uznaje bowiem za dogmat Wniebowzięcie NMP z duszą i ciałem). Według tradycji wschodniej, Maria została wzięta do nieba dopiero po śmierci, przez którą przeszła jak każdy inny człowiek. Wcześniej pochowana została na terenie ogrodu Gethsemane. Do Grobu schodzi się po 47 stopniach, kilka metrów poniżej poziomu ulicy. Mroczne, bizantyjskie wnętrze poczerniałe od dymu świec i lamp oliwnych, kompletnie mnie nie zachwyciło.


niedziela, 28 października 2012

95. Buka i kurduple



Wypełniali karty naszych ulubionych książeczek. Zaludniali opowieści babć. Uśmiechali się albo grozili ze szklanych ekranów. Straszyli w dziecięcych snach i wyobrażeniach.
Pamiętacie ich?
Jak każdy z nas, miałam swoich bohaterów ulubionych i nieulubionych. Nikogo, kto już troszeczkę mnie zna, nie zdziwi zapewne to, że największą sympatią darzyłam postacie niekoniecznie pozytywne i lubiane przez wszystkie dzieci. Nawet jako kilkulatka na kilometr wyczuwałam ewidentny zamiar wychowawczy bajki, a wszelki jawny dydaktyzm mierził mnie niepomiernie jako sztuczny i wymuszony. Ugrzeczniony Lolek wąchający kwiatki i rozdający baloniki dziewczynkom budził we mnie pogardę i niechęć. Moja sympatia kierowała się natomiast w stronę urwisa Bolka, zwłaszcza, gdy coś zmalował.
Uwielbiałam Muminki, ale bardzo szybko poznałam się na Buce i mimo że stała się synonimem potwora, postrachem dzieci, nie dałam się na to nabrać. Lubiłam Bukę!
Moją najulubieńszą lekturą był opasły tom baśni braci Grimm. Zaczytałam go na śmierć (techniczną – woluminu). Nie było ukochańszej książki! Do dziś żałuję, że nie przetrwała mojego niewymownego do niej pociągu. To było porządne, PRL-owskie wydanie dobrej, smakowitej literatury. Z politowaniem myślę o tych wszystkich modnych dziś a naciąganych teoryjkach o szkodliwości takiej lektury. Jak widać, jakoś specjalnie mi nie zaszkodziła.
Zasadniczo nie istniała w baśniach i telewizyjnych bajkach taka postać ani historia, które wzbudziłyby we mnie lęk. Było jednak coś stanowczo okropnego. Obrzydliwego. Ohydnego. Coś po stokroć bardziej nie do zniesienia niż jakiekolwiek straszydło.
Krasnoludki.
Najbardziej przeze mnie nielubiane, wkurzające, doprowadzające do szału, odpychające małe gnidy w czerwonych czapeczkach!
Trudno powiedzieć, co budziło we mnie tak żywiołowy wstręt do tych istot, trzeba jednak powiedzieć, że szczerze ich nienawidziłam. O ile nigdy w życiu nie wyrządziłabym krzywdy żadnemu stworzeniu ze świata zwierzęcego, nie zdeptałabym umyślnie mrówki i nie zabiłabym nawet komara, o tyle myśl o rozmazaniu pod butem obleśnego kurdupla napawała mnie rozkosznym błogostanem. Ta rozszalała odraza do obrzydliwych konusów musiała mieć źródło w mojej niechęci do wszystkiego, co małe, knyplowate i do wszelkiej miniaturyzacji. Personalnie bowiem żaden krasnal niczego mi nie zrobił. Gdybym jednak spotkała takiego w realnym świecie, byłoby z nim krucho.

czwartek, 25 października 2012

94. Zamach



Obiecane Frytce

W czasach, gdy posiadałam jeszcze samochód i męża (w tej właśnie kolejności!), posiadanie tego pierwszego było nader pożyteczne, tego drugiego zaś kompletnie chybione.
Kochałam jeździć i gdy tylko tłukła mnie chandra, złość albo smutek, uciekałam przed nimi za kierownicę. Wyjeżdżałam za miasto, obijałam się po dziurach i opłotkach przez godzinę lub dwie, a potem wracałam jak nowa. Przed dłubaniem (w miarę umiejętności, oczywiście) w samochodowych bebechach też się nie wzbraniałam, ale moją pasją było zmienianie kół. Między innymi tych z letnimi oponami na zimowe i odwrotnie. Wciśnięcie się przy okazji w kombinezon roboczy szalenie mnie bawiło. Na koniec prosiłam tylko dowolnego faceta o sprawdzenie śrub i ewentualne ich dociągnięcie. Było nie było, płeć reprezentuję rzekomo słabą.
Nie pamiętam już, z jakiego powodu, ale którejś wiosny koła zmieniał Eks. Było to tuż przed Wielkanocą. Świat piękniał w wiosennym słońcu, ptaszki pitoliły jak szalone, a ja w szampańskim humorze wybrałam się po coś do Intermarché. Mniej więcej w połowie drogi stwierdziłam, że coś stuka. Na wszelki wypadek zwolniłam. Na parkingu pod sklepem obeszłam samochód bez mała na czworakach i z nosem przy ziemi, mój niezawodny organ skłaniał się bowiem ku kołom. Obejrzałam je dokładnie, wymacałam opony. Bez efektu. Wszystko wyglądało normalnie. Nieufnie zbadałam śruby (siedziały na miejscu) i bezsensownie szarpnęłam koła. I tak nie drgnęłyby pod półtoratonowym truchłem. Wzruszywszy zatem ramionami, weszłam do sklepu i zrobiłam zakupy, a potem beztrosko wrzuciłam je na tylne siedzenie. Postanowiwszy wracać mniej głównymi ulicami, ruszyłam ostrożnie. Stukanie nasiliło się jeszcze bardziej. Po przejechaniu mniej więcej dwóch ulic natężenie dudnienia wzrosło do granic możliwości. Zwolniłam prawie do zera i w żółwim tempie wyszłam z zakrętu. Stukanie przeszło na ułamki sekund w przeciągły łoskot i nagle umilkło, poczułam jedynie łagodne pływanie tyłu. Pełna niepomiernego zdumienia ujrzałam w lusterku wstecznym rozpryskujące się na boki śruby i moje własne koło toczące się radośnie środkiem szerokiej, pustej ulicy między parkiem a jednostką wojskową. Przysięgłabym nawet, że frywolnie podskakiwało na nierównościach.
Ostrożnie zatrzymałam się wzdłuż krawężnika i poczułam, że okropnie chce mi się śmiać. Nie wytrzymałam, otwierając drzwi, parsknęłam śmiechem. Wygramoliłam się z samochodu, śmiejąc się w głos do samej siebie. Po drugiej stronie ulicy zatrzymał się starszy pan z siatką, zapewne zdążający po zakupy. Przyjrzał mi się uważnie i ostrożnie zszedł z krawężnika. Schylił się, aby pozbierać śruby i podał mi je. Podziękowałam grzecznie, siłą powstrzymując się przed kolejnym wybuchem wesołości. Staruszek wyglądał na przestraszonego, a ja chichrałam się nieprzyzwoicie. Wrzuciłam śruby przez okno i oddaliłam się od samochodu o pół długości ulicy. Podniosłam koło, które tymczasem przestało podskakiwać i spoczęło przed skrzyżowaniem, ustawiłam je pionowo i zaczęłam pracowicie turlać. Z niewiadomej przyczyny czynność turlania wydała mi się okropnie śmieszna, dwóch idących po stronie parku młodzieńców ujrzało zatem rozchichotaną kobitkę lat trzydzieści kilka, toczącą środkiem pustej jezdni samotne koło. Zatrzymali się i przyjrzeli mi się w milczeniu. Nawet nie próbowałam sobie wyobrazić, co o mnie pomyśleli. Dotarłszy szczęśliwie do auta, dźwignęłam ciężkie draństwo i wrzuciłam do bagażnika, otarłam z twarzy pot z makijażem, wyjęłam z tylnego siedzenia trzy reklamówki z zakupami, zatrzasnęłam drzwi i spokojnie oddaliłam się do domu, chichocząc pod nosem. Została mi zaledwie połowa drogi. Zabawne, że Eks nigdy niczego nie potrafił zrobić dobrze od początku do końca. Nawet zamach na mnie mu się nie udał.