niedziela, 7 października 2012

88. Choroba zawodowa



- Wie pani, to są początki choroby zawodowej. Najlepsze byłoby sanatorium.
- Mhm... Przemyślę to.

* * *

Ruda dostała skierowanie.
- Odwiedź mnie, młoda – powiedziała na odjezdnym.
Po tygodniu ruszyłam w trasę. Grajdoł leży zaledwie 90 km od domu. Na parkingu pod dużym uzdrowiskiem, położonym na malowniczej górze, czekała uśmiechnięta Ruda. Zza jej pleców wyłonił się jakiś facet. Plugawość miał wypisaną na czole.
- A któż to do ciebie przyjechał? – wykrzyknął z przesadną emfazą. Na obleśną gębę wypełzł lubieżny uśmieszek.
- Nie interesuj się – warknęła Ruda, szczerząc kły. – Do ciebie nie przyjechała!
Obleś oddalił się niespiesznie, zataczając wokół nas kręgi jak padlinożerca.
- Ten – wyjaśniła – to jest gnida. Ślini się do każdej spódnicy. Zresztą, sama widziałaś. Do mnie przykleił się w godzinę po przyjeździe, a teraz zwietrzył świeże mięso.
Z obrzydzeniem spojrzałam za oddalającym się oblechem. W charakterze mięsa nie czułam się przesadnie komfortowo.
- Tutaj tak jest – Ruda podążyła wzrokiem za moim. – Chwilami odnoszę wrażenie, że tylko ja przyjechałam się tu leczyć, a reszta to jak w jakiejś obłąkanej rui: każdy z każdym...
Ruszyłyśmy powoli w kierunku pobliskiego lasku.
- Popatrz na tych dwoje, gdy będziemy obok nich przechodzić – rzuciła Ruda od niechcenia, czubkiem brody wskazując jakąś parę na ławce. Akurat wstawali. Zwyczajni ludzie. Młoda, ładna, trzydziestokilkuletnia kobieta i schludny, siwy pan, będący zapewne jej ojcem.
- Nie gap się tak obcesowo – Ruda pociągnęła mnie za rękę. – Ta babka mieszka za ścianą. Przywieźli ją mąż i dwóch malutkich synków. Tylko zniknęli za rogiem, zaraz poszła w tango!
- W tango...? No a ten dziadek? To jej ojciec...? Pilnuje jej?
- Ojciec... – Ruda spojrzała na mnie z politowaniem. – Jaki ojciec, to jej aktualny kochanek!
- Oszalałaś?! Jakby się uparł, mógłby być jej dziadkiem! Błeeee... nie wierzę.
- Możesz nie wierzyć. Zaliczyła już połowę sanatorium, a to dopiero jedna trzecia turnusu.
Zamilkłam. Jakoś nie chciało mi się wierzyć w młodą kobietę i dziadka. Ruda mogła coś źle zinterpretować albo podkoloryzować. Zrobiwszy rundkę po lasku pełnym jodu, zeszłyśmy do parku zdrojowego.
- Proszę – łokieć Rudej znacząco wbił mi się pod żebro. Przed pijalnią stała znana mi już para: młoda kobieta i dziadek. Obcałowywali się do nieprzytomności, z diagnozą migdałków i przełyku włącznie. Nie byłam pewna, czy przypadkiem także nie treści żołądkowej. Absolutnie jednoznacznie. Zemdliło mnie.
- Ruda – jęknęłam. – Powiedz, że to, co widzę, to fatamorgana! Bo zaraz puszczę pawia!
- Owszem, prawda – potwierdziła bezlitośnie Ruda. – Widzisz to, co widzisz. Na pocieszenie dodam, że ona robi to dla kasy, nie hobbystycznie. Dziadek jest dziany.
- Rozumiem. Hobbystycznie to ona odbija sobie na pozostałych...?
Ruda w zamyśleniu pokiwała głową.
- Mieszkam w pokoju z lesbą w moim wieku – oświadczyła spokojnie. – I ona jest całkiem w porządku. Gdyby jeszcze tylko nie próbowała dobierać się do mnie od drugiego wieczoru... – westchnęła. – Dobrze, że jest jeszcze pani Kazia. Emerytka. Jakby nie ona, uciekłabym stąd z krzykiem.

* * *

Odjechałam z ulgą. I z mocnym postanowieniem, że nigdy w życiu nie poddam się chorobie zawodowej ani innej.
- Nie, panie doktorze. Do żadnego sanatorium nie pojadę.

18 komentarzy:

  1. Mam nadzieję, że Ruda, podleczywszy początki choroby zawodowej, nie nabawiła się jakiejś choroby sanatoryjnej, typu "ludziowstręt"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, on nie. Wytrzymała z zaciśniętymi zębami, potem wyszła za mąż :)

      Usuń
    2. A, to na coś to sanatorium pomogło! :)

      Usuń
    3. Taaaaa, pomogło. Na szczękościsk!
      Za ten mąż poszła bez związku z sanatorium.

      Usuń
  2. Chyba dwa razy się zastanowię, zanim pojadę, a kolejkę mam na marzec/kwiecień :)
    Takie choroby sanatoryjne to leczy się syfmiarką i kiłometrem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówiąc szczerze, cieszę się, że jestem zdrowa...

      Usuń
    2. Każdy normalny się cieszy, choć wielu na długo o tym zapomina

      Usuń
    3. Trzeba doceniać to, co się ma!

      Usuń
  3. A ja naiwnie myślałam, że do sanatorium jeździ się w celach leczniczych!
    O naiwności wielka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też wierzyłam. Już nie wierzę :)

      Usuń
  4. Jak dobrze, że mi to nie grozi :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. no, masz...to może dobrze, że nie udało mi się pojechać ?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że sanatorium to fajna rzecz, ale chyba by mnie szlag trafił, gdybym musiała znosić tak ohydne zachowania.

      Usuń
  6. ha ha ha..Byłam w sanatorium raz w życiu i to z Dużym - ale wszystko jedno kurewstwo ma się we krwi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, czy ja mam. Podejrzewałabym, że tak, gdyby nie to, że jednak wybredna jestem i z każdym bym nie poszła.

      Usuń