wtorek, 16 października 2012

91. Męczeństwo czy głupota?



Kropce, z którą łączy mnie 25 lat najwspanialszej przyjaźni, choć różni nas prawie wszystko

Kilkanaście lat temu obie byłyśmy w ciąży. Kropka wyprzedzała mnie o cztery miesiące. Późną wiosną, a może już u progu lata, siedziała w mojej kuchni i bezgłośnie płakała.
Milczałam bezradnie. Pierwszy raz w życiu widziałam sińce na brzuchu ciężarnej.
Odwrócona do zlewozmywaka, myłam naczynia i chyba także po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam, co powiedzieć. Ta sytuacja mnie przerosła.

* * *

- Dobrze, że skończyłaś filologię polską, a czytać nie umiesz! – grzmiała matka Kropki. No fakt. Zajść w jedną ciążę po drugiej tylko dlatego, że sądziło się, iż karmienie piersią zapewnia naturalną antykoncepcję, to mistrzostwo świata.
Spotkałyśmy się pod Pomnikiem. Pugsley miał osiem miesięcy i wypełniał sobą cały wózek, mojej Nieletniej też niczego nie brakowało, choć miała dopiero cztery.
- To nic. Wychowa się jedno przy drugim.

* * *

Ledwo wierzyłam w to, co słyszę.
- Powiedział, że on ma dwoje dzieci, a jak ja sobie zrobiłam trzecie, to nie jego sprawa – łzy nieomal przeciekały przez słuchawkę na moją stronę. Wściekłam się.
- Co to znaczy: zrobiłaś sobie?! A on w tym czasie, gdy sobie robiłaś, gdzie był? Siedział w kuchni i czytał gazetę?!
- Znasz go.
Fakt, znałam Gbura. Tak samo dobrze i tyle samo czasu, co Kropka.
- Znalazł mi ginekologa, sam zadzwonił, sam umówił mnie na wizytę i sam odstawił mnie tam siłą. Byłam tak udręczona, że prawie zgodziłam się to zrobić. Rozumiesz mnie...?
- Rozumiem.
- W ostatniej chwili zdobyłam się na to... Uciekłam spod drzwi. Myślałam, że mnie zabije. Poprzysiągł, że palcem nie kiwnie i grosza nie dołoży...
Gbur dotrzymał przysięgi.

* * *

- Przepraszam, że ciągle zawracam ci tym głowę... Wiesz, jak to jest. Człowiek wraca do domu, chciałby usłyszeć jakieś pytanie: jak się czujesz, czy badania w porządku... A tu taka totalna, wroga obojętność...
- Przecież wiesz, że rozumiem... No to powiedz, jak badania?
- W porządku – w słuchawce zadrgał nikły uśmiech. To paranoja, robić Kropce za męża. Biedna, biedna (i głupia – coś w duszy podpowiedziało małostkowo – bo po cholerę było jej uwalić się w trzecie dziecko, w dodatku z tym potworem?).
- Zobaczysz, poradzisz sobie. Pamiętaj, gdy będziesz potrzebowała, zawsze możesz na mnie liczyć.

* * *

Poradziła sobie. Bywało, że potrzeba było mojej pomocy, więc pomagałam. Lecz w ciągu tych kilkunastu lat niewiele się zmieniło. 365 dni razy 18 lat równa się grubo ponad sześć i pół tysiąca awantur, jeśli liczyć tylko jedną dziennie... A tak nie jest, bo tam każdy dzień jest nieprzerwanym pasmem wrzasków, płaczów i konfliktów zbrojnych. Kropka ma nerwicę. Pugsley z uśmiechniętej przylepy z niesamowitymi tekstami, którymi bawił nas od maleńkości, zmienił się w agresywnego, bezwzględnego neurotyka.
- Ciociu, wiesz, jak najlepiej się zrelaksować? Ja relaksuję się grami komputerowymi, takimi krwistymi strzelankami. Im więcej krwi, tym lepiej.
Trenuje na siostrach, tłukąc je niemiłosiernie. Kropka chodziła z nim do psychologa.
- Strach pomyśleć, co kiedyś się stanie, gdy temu chłopakowi się przeleje. Jestem przerażona, gdy pomyślę, co może zrobić – powiedziała psycholog. – Ale nie ma mowy o poprawie, jeśli sytuacja domowa się nie zmieni.
Nie zmieni się. Bo Kropka ślubowała.
Słowo „ojciec” dla Pugsleya nie istnieje. Jeśli w ogóle musi o nim mówić, mawia zimno: „ten chuj”.
Wednesday jest o rok młodsza od Pugsleya. Od maleńkości przejawiała tendencje do uciekania z domu. W wieku trzech – czterech lat chwytała za rękę obce osoby w sklepie i mówiła: „chcę iść z tobą”.
- Wstyd – płakała Kropka. – Ktoś pomyśli, że jestem jakaś patologia i biję dziecko. Boję się, że kiedyś jakiś zboczeniec to wykorzysta i ją skrzywdzi.
W wieku 13 lat Wednesday zaczęła się malować, stroić się w bluzki z dekoltem po pępek, odchudzać się i włóczyć po całym mieście. Nie chciała się uczyć, podrabiała zwolnienia. W domu jest najodważniejszą osobą: pyskuje do ojca, wyzywa go od skurwysynów, nawet za cenę kolejnej awantury. Mimo permanentnego konfliktu z bratem, klękają i jednoczą się w modlitwie. Razem proszą Boga, aby ojciec jak najprędzej umarł, bo innego wyjścia z piekła nie widzą. Matka się nie rozwiedzie, bo ślubowała.
Coś ma 9 lat. Mówi głębokim basem, chodzi jak goryl i utrzymuje, że jest chłopakiem. W pamięci utkwiła mi scena, gdy Coś nie miało jeszcze roku. W przeddzień wyjazdu na wspólne wczasy, późnym wieczorem, gdy byłam już gotowa, pojechałam z Kuflem pomóc Kropce się pakować. Miotała się przy żelazku nad stertą ubrań, Kufel nosił jej bagaże do samochodu, a ja kąpałam starsze dzieci. Niewzruszony Gbur siedział w kuchni na taborecie i nic nie robił. W ogólnym rozgardiaszu pozostawione samo sobie Coś wypełzło z pokoju na czworakach i, trzymając się drzwi, niezdarnie usiłowało się podnieść. Gbur wyszedł z kuchni i niedbale ogarnął wzrokiem sytuację. Zatrzymał się na Cosiu.
- Co, zostawili cię samą? – rzekł. – Widzisz, wszyscy mają cię w dupie. I ja też – dodał nie bez satysfakcji.
Coś jest dzieckiem płaczliwym, od dziewięciu lat nie kojarzę jej inaczej, jak z wiekuistym rykiem. Nie zaśnie bez wypicia mleka, ale woli nie spać, niż wypić mleko przygotowane przez ojca.

* * *

Na tarasie w Grajdole spędziłyśmy wspólnie dziesiątki nocy: Kościotrup, Wrona, Kropka i ja. Przegadałyśmy wszystkie duszne i gwiaździste godziny do rana. Latami pracowałyśmy nad Kropką do upadłego. Użyłyśmy wszelkich możliwych argumentów, z których najistotniejszy to ten, że robi niewypowiedzianą krzywdę dzieciom, które – paradoksalnie – kocha najbardziej na świecie. Bezskutecznie. Kontrargumenty Kropki zamknęły ją w zaklętym kręgu. Bo ślubowała. Bo co powiedzą ludzie na wsi, gdzie mieszka jej mama. Bo jak poradzi sobie sama. Bo ślub kościelny.
Kiedyś myślałam, że Kropka jest męczennicą.
Dziś myślę inaczej.
Szkoda, bo ją kocham. To moja najlepsza przyjaciółka.

POST SCRIPTUM

Napisałam ten tekst dwa lata temu na starym blogu. Niedawno u Natthimlen przeczytałam w komentarzach o „klasyce zachowania ofiary”. Mamy jeszcze współuzależnienia itp. I zgodzę się, że wtedy jest już za późno. Tylko, że nie od początku jest „klasyka” i współuzależnienie. Kiedyś jest ten pierwszy, drugi, trzeci raz. I właśnie wtedy jest czas, żeby zrobić z tym porządek! Dlaczego kobiety brną w to, gdy jeszcze nie cierpią na „klasykę zachowań ofiary”?! Czy koniecznie trzeba zwlekać z pójściem po rozum do głowy dotąd, dopóki nie stanie się jakaś tragedia? Te ofiary same są sobie winne, że się nimi stały.

6 komentarzy:

  1. ...jest źle, wiedzą, że jest źle, wiedzą, że jest inne życie...nie mają odwagi, albo chcenia, by się wyrwać...potem dzieci przyjmują zachowania dorosłych, albo matki, albo ojca i fala ...

    OdpowiedzUsuń
  2. No i ani ona ani on nie widzą jaką krzywdę robią dzieciom.... a raczej już zrobili

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to się toczy dalej... W sądach...

      Usuń
  3. Zastanawiam sie, gdzie ja bylam, skoro tekst posta byl mi nieznany, ale chyba u mamy w Polsce.
    Ta kobieta jest nie tylko glupia, ale przede wszystkim okrutna dla wlasnych dzieci, na rowni ze swoim mezem. Jedno warte drugiego.

    OdpowiedzUsuń