niedziela, 28 października 2012

95. Buka i kurduple



Wypełniali karty naszych ulubionych książeczek. Zaludniali opowieści babć. Uśmiechali się albo grozili ze szklanych ekranów. Straszyli w dziecięcych snach i wyobrażeniach.
Pamiętacie ich?
Jak każdy z nas, miałam swoich bohaterów ulubionych i nieulubionych. Nikogo, kto już troszeczkę mnie zna, nie zdziwi zapewne to, że największą sympatią darzyłam postacie niekoniecznie pozytywne i lubiane przez wszystkie dzieci. Nawet jako kilkulatka na kilometr wyczuwałam ewidentny zamiar wychowawczy bajki, a wszelki jawny dydaktyzm mierził mnie niepomiernie jako sztuczny i wymuszony. Ugrzeczniony Lolek wąchający kwiatki i rozdający baloniki dziewczynkom budził we mnie pogardę i niechęć. Moja sympatia kierowała się natomiast w stronę urwisa Bolka, zwłaszcza, gdy coś zmalował.
Uwielbiałam Muminki, ale bardzo szybko poznałam się na Buce i mimo że stała się synonimem potwora, postrachem dzieci, nie dałam się na to nabrać. Lubiłam Bukę!
Moją najulubieńszą lekturą był opasły tom baśni braci Grimm. Zaczytałam go na śmierć (techniczną – woluminu). Nie było ukochańszej książki! Do dziś żałuję, że nie przetrwała mojego niewymownego do niej pociągu. To było porządne, PRL-owskie wydanie dobrej, smakowitej literatury. Z politowaniem myślę o tych wszystkich modnych dziś a naciąganych teoryjkach o szkodliwości takiej lektury. Jak widać, jakoś specjalnie mi nie zaszkodziła.
Zasadniczo nie istniała w baśniach i telewizyjnych bajkach taka postać ani historia, które wzbudziłyby we mnie lęk. Było jednak coś stanowczo okropnego. Obrzydliwego. Ohydnego. Coś po stokroć bardziej nie do zniesienia niż jakiekolwiek straszydło.
Krasnoludki.
Najbardziej przeze mnie nielubiane, wkurzające, doprowadzające do szału, odpychające małe gnidy w czerwonych czapeczkach!
Trudno powiedzieć, co budziło we mnie tak żywiołowy wstręt do tych istot, trzeba jednak powiedzieć, że szczerze ich nienawidziłam. O ile nigdy w życiu nie wyrządziłabym krzywdy żadnemu stworzeniu ze świata zwierzęcego, nie zdeptałabym umyślnie mrówki i nie zabiłabym nawet komara, o tyle myśl o rozmazaniu pod butem obleśnego kurdupla napawała mnie rozkosznym błogostanem. Ta rozszalała odraza do obrzydliwych konusów musiała mieć źródło w mojej niechęci do wszystkiego, co małe, knyplowate i do wszelkiej miniaturyzacji. Personalnie bowiem żaden krasnal niczego mi nie zrobił. Gdybym jednak spotkała takiego w realnym świecie, byłoby z nim krucho.

14 komentarzy:

  1. Przyznam, że szczerze mnie ta notka rozbawiła...zdziwiła i zaciekawiła również, gdyż dowiedziałem się o Tobie czegoś nowego :)

    A tę awersję to rozumiem jak najbardziej... Ja podobny wstręt czuję do Britney Spears... Nie mogę jej znieść po prostu! Nie mogę na nią patrzeć, słuchać jej muzyki (tylko JEDNA jej piosenka nadaje się do słuchania). Nigdy w zyciu jej nie spotkałem, nic mi nie zrobiła...a nawet ufundowała salę dla mojego starego szpitala w Chicago...ale wręcz organicznie jej nie znoszę....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie pewnie mam szczęście, bo nawet nie wiem, która to jest :)

      Usuń
  2. Ja byłam kiedyś nazywana Mimblą :) Braci Grimm uwielbiam do dziś i też kiedyś miałam kompletnie zaczytaną dużą, kolorową księgę. Jest taki dobry film "Nieustraszeni bracia Grimm" i grający w nim nieodżałowanej pamięci Heath Ledger. A krasnoludki? Najlepszy jest czerwony krasnoludek w zielonym lesie wygłaszający odkrywczy komunikat, że on do tej bajki nie pasuje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A gdzieś Ty takiego widziała?!

      Usuń
    2. W bajce, do której nie pasował :) To chyba jedyny dowcip o krasnoludkach, który mnie nieodmiennie śmieszy :)

      Usuń
    3. A kopa mu, kurduplowi jednemu!!!

      Usuń
    4. On jest ciut wirtualny, to nie bardzo wyjdzie... O, wiem! Wydeletować takiego!

      Usuń
    5. Tak jest! Kęsim, nyziu nyziu i delete!

      Usuń
  3. A ja ja dziś pamietam, jak mnie siostra małą na kolanach trzyma i bajki Andersena czyta ;-) O dziewczynce, której bracia zamienieni w łabędzie zostali. Ależ to przeżywałam! Choć nie pamiętam dokładnie, jak się to skończyło ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze się skończyło, choć jednemu na zawsze zamiast ręki skrzydło pozostało :)

      Usuń
  4. Mnie te bajki "ani grzębiły ani ziały". Mało ich słuchałam, bo wcześnie zaczęłam czytać i nie były to żadne bajki, lecz porządne książki, bez obrazków dla dzieci. Ale wiersze Brzechwy... czemu nie?
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O... A skąd Ty się tu wzięłaś? Do środy miało Cię nie być!

      Usuń
    2. A dziś co? Nie środa przypadkiem?

      Usuń
    3. Kurczątko, dopiero dzisiaj oprzytomniałam, że mi jeden dzień po drodze zginął! Byłam przekonana, że wtorek :)

      Usuń