sobota, 24 listopada 2012

104. Fiskalne zawracanie Wisły kijem



Czego by nie powiedzieć na temat tzw. postępu technicznego, bywa on czasem wkurzający. Szczególnie cięta jestem na kasy fiskalne. Jako klientowi wisi mi, powiewa i łopocze na wietrze strona organizacyjna handlu. Jestem zainteresowana jedynie przyjściem do sklepu i sprawnym dokonaniem zakupów. Nader często zdarza się to, co wszyscy znamy z autopsji: jesteśmy tuż przy kasie, a tu kończy się rolka z papierem do drukowania paragonów albo jeszcze gorzej – kasjerka przez zwykłą pomyłkę stuknęła w nie ten klawisz i już trzeba czekać na Niezmiernie Ważną Personę Z Kluczykiem, która przyjdzie, pokręci kluczykiem i popuka w kasę fiskalną. Już samo oczekiwanie na Personę może człowieka wpędzić do grobu. Zawracanie, z całym szacunkiem, dupy!
Jeszcze weselsza sytuacja spotkała mnie jakiś czas w temu w „supermarkecie”, do którego udałam się celem nabycia zupełnie niewinnego żółtego sera. Potrzebowałam go w większej ilości (na roladę, jakby kto był dociekliwy), a w gazetce reklamowej wypisane było jak byk, że jest akurat jeden w atrakcyjnej cenie.
Ser sprzedawany był na stoisku, do którego ustawił się niewielki ogonek.
- Proszę – powiedziała ekspedientka, gdy nadeszła moja kolej.
- Poproszę dwa kilogramy żółtego sera – wskazałam na leżące w lodówce kawały bez ceny, ale z widoczną nazwą.
- Tego? – upewniła się niechętnie kobieta zza lady.
- Tego – przytaknęłam skwapliwie.
- Ale tego się nie sprzedaje.
- Co to znaczy: się nie sprzedaje? – zapytałam uprzejmie. – Przeterminowany? Zatruty?
- Nie, ale on jest w promocji – w głosie sprzedawczyni pojawiła się wyraźna niechęć. Do mnie, nie do sera.
- Aaaaa...! – zrozumiałam gwałtownie. – Czyli promocja polega na tym, że się go nie sprzedaje! Bardzo pomysłowo – ucieszyłam się zjadliwie.
Pan stojący za mną nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- No co pani taka, podstawowych rzeczy pani nie rozumie! – ryknęła znienacka rozeźlona kobieta zza lady.
- Na przykład czego? – zainteresowałam się uprzejmie.
- Ser jest w promocji i nie został jeszcze wprowadzony do komputera!
- No to co? – zapytałam spokojnie. – Jest, leży w lodówce, a ja chce właśnie taki z lodówki, a nie z komputera, więc poproszę dwa kilogramy w kawałku.
Ekspedientka spąsowiała na twarzy.
- No co pani?! – wrzasnęła rozindyczona. – Nie rozumie, że się nie da?!
- Jak to się nie da? – groteskowość sytuacji zaczęła mnie nagle bawić. – Przecież jest. Wystarczy go wyjąć z tej lodówki, ukroić i zważyć. I ja właśnie grzecznie proszę o dwa kilogramy.
Pani za ladą przybrała wygląd miny przeciwczołgowej na sekundy przed eksplozją.
- Ale ja go pani nie sprzedam!!! – ryknęła.
Pan za mną gibnął się do przodu i spazmatycznie wciągnął powietrze.
- To może ja sama sobie ukroję, skoro pani nie jest wystarczająco kompetentna – zaproponowałam zjadliwie.
- Kierowniczka! – wrzasnęła buraczkowa na twarzy sprzedawczyni. – Z kierowniczką niech pani sobie gada!
- A, bardzo chętnie – zadeklarowałam, po czym wrosłam w ziemię przed ladą. – To ja sobie tutaj poczekam.
Ekspedientka trzasnęła drzwiami od zaplecza. Sądząc po ilości czasu, który tam spędziła, brała chyba udział w poczęciu, narodzinach i dojrzewaniu owej kierowniczki. W końcu – zupełnie innymi drzwiami – wyszła hoża niewiasta w imponującej kreacji w kwiaty i cała polka zaczęła się od początku.
- Ser nie jest wprowadzony do komputera.
- A ja nie przyszłam po komputer, tylko po ser.
- Ale nie da się.
- A tu jest napisane... – w tym miejscu pomachałam gazetką.
I tak dalej w ten deseń.
- Wie pani – kierowniczka zaczęła ustępować pola – musielibyśmy ściągnąć naszego informatyka, żeby wprowadził.
- Bardzo proszę – potaknęłam skwapliwie.
- Ale on jeszcze chyba śpi.
- To go pani obudzi.
- To zrobimy tak: ja pójdę do niego zadzwonić, a pani w tym czasie zrobi sobie zakupy.
- Dziękuję, nie przyszłam tu po zakupy – odparłam i zachciało mi się śmiać. To już zabrzmiało zdecydowanie groteskowo. – Po ten ser przyszłam i po nic więcej. Tutaj zaczekam.
Ukonstytuowałam się pod samymi drzwiami i zastygłam w oczekiwaniu. Kierowniczka nie wytrzymała presji.
- Wie pani – powiedziała wychodząc ze zmarszczonym czołem i wyraźnie zrezygnowana – dodzwoniłam się do informatyka, ale zanim by przyjechał, to by strasznie długo trwało. A jakby tak pani kupiła ten ser, ale bez paragonu? Bo wie pani, on nie przejdzie przez kasę.
- A czy ja wyglądam na kogoś, kto jada paragony? – odrzekłam radośnie. – Biorę ser, płacę i załatwione!
Kierowniczka odetchnęła z ulgą i osobiście mnie obsłużyła. Bez kolejki. Nadęta i urażona ekspedientka patrzyła spode łba bez słowa.
No i czy nie można było tak od razu? Po prostu sprzedać towar...?!

12 komentarzy:

  1. Takie rozwiązanie jest najlepsze, z tym, że ekspedientka w sklepie, jest raczej ubezwłasnowolniona, albo, co bliższe prawdzie, ma wyłączony mózg i nic jej nie działa z wyjątkiem rąk. Taki zepsuty automat. A i jeszcze, głowa nie ma dojścia do ładowarki.
    Kismet! Ale że Tobie się udało.... Musiałaś być bardzo uparta i pewnie było to widać.
    Pa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze jestem bardzo uparta. System jest beznadziejny, ale ekspedientki też niekoniecznie zawsze grzeszą inteligencją.

      Usuń
    2. Jeśli któraś nią grzeszy, to jakiś unikat być musi, w dodatku przez pomyłkę postawiony za ladą.
      ;(

      Usuń
    3. Albo zmuszona przez życie i bezrobocie.

      Usuń
  2. ...jeśli ma się skończyć rolka z papierem to wierz mi, zawsze przy mnie!
    :)

    OdpowiedzUsuń
  3. W dzisiejszych czasach mieć towar na półce, chętnego na jego kupno i nie chcieć go sprzedać z gównianego powodu, to jest dopiero frajerstwo :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Uśmiałam się do łez :) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo tu i uśmiać się można, i popłakać :)

      Usuń
  5. Padłam - dialogi na 4 nogi!!! Jaaaa.... Moje ulubione pytanie kiedy czekam aż jakaś rozgwiazda raczy mi coś sprzedać "PODAĆ COŚ?" NO NIE przyszłam se postać przy ladzie bo jasno i chłodno.... Kobitko chodź ze mną na zakupy - rozwalimy system

    OdpowiedzUsuń