sobota, 3 listopada 2012

97. Śmierdzący status quo



Naukowcy ustalili ponoć, że człowiek jest z natury najbardziej śmierdzącym stworzeniem spośród żyjących na ziemi. Innymi słowy, gdybyśmy się nie myli, nie szłoby wytrzymać nie tylko z bliźnim, ale i z samym sobą.
Na jakimś tam etapie ludzkość wymyśliła higienę. Dla zdrowia i urody. Dziś mamy wiek XXI i epokę troglodytów podobno daleko za nami. Fascynuje mnie jednak nader życiowa kwestia: dlaczego, u cholery, są ludzie, którzy nadal muszą śmierdzieć?
Weźmy taką komunikację miejską, zwłaszcza linie prowadzące poza miasto. Wystarczy przystanek – nieraz rozkład jazdy czytam na wstrzymanym oddechu, a potem uciekam w podskokach, byle dalej. Aktualnie konieczność wywołana porą roku skazuje mnie na jazdy autobusem. Atrakcje mam zapewnione, jak nie na tym, to na następnym przystanku. Wsiądzie taka czy taki i śmierdzi na potęgę. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że nie mam na myśli godzin szczytu w upalne lato, gdy każdy wracający z pracy czy z zakupów ma prawo być nieco nieświeży. Świeża nieświeżość różni się znacznie od zastarzałego odoru, którym przesiąknięty jest śmierdzący osobnik od cebulek włosowych po czubki palców u nóg z ubraniami włącznie. Celują w tym wyraźnie wiejskie baby i stare chłopy. Można się w takim Wersalu na kółkach – elegancko mówiąc – wyrzygać.
Można by usprawiedliwiać taki status quo biedą, gdyby nie fakt, że w tym kraju odsetek ludzi, których nie stać na mydło za złotówkę, jest naprawdę nikły. Można by i od biedy próbować zwalić winę na brak oświaty higienicznej, gdyby nie fakt, że w dobie powszechnego obowiązku szkolnego, telewizji i Internetu pod każdą strzechą ten numer nie przejdzie. Nie przejdzie i z tego względu, że także wśród ludzi wykształconych (i to jest dopiero zastraszające!) zdarzają się jednostki wybitne w śmierdzeniu.
Wybaczcie, moi najukochańsi dwaj Koledzy z pracy, ale piszę o Was. Pana Magistra o rzetelnej wiedzy, wiele wymagającego od innych i od siebie samego, mającego za żonę nauczyciela akademickiego, trudno by uznać za nieoświeconego analfabetę. A jednak ma zawsze tłuste włosy obficie obsypane łupieżem i obowiązkowo śmierdzi – razem z ubraniami, które chyba nigdy nie widziały pralki – zastarzałym, ostrym, męskim potem. Mimo niekłamanej sympatii, jaka nas łączy, coraz rzadziej zatrzymuję się na pogawędkę z Panem Magistrem, bo po prostu moje nozdrza nie dają rady. Stawka idzie w górę wraz ze stopniem naukowym. Pan Doktor, z którym zawsze pozostawałam w największej komitywie, zaczyna bić wszelkie rekordy. Nasza przyjaźń zaczyna chwiać się w posadach, gdyż po prostu histerycznie zaczęłam go unikać.
Apogeum zostaje osiągnięte w momencie, gdy obaj przebywają w jednym pomieszczeniu, co ma miejsce zazwyczaj codziennie. Wejście do pracy staje się po prostu traumą.
C’est la vie...

8 komentarzy:

  1. Mądrzy ludzie żyją w brudzie, a brud powyżej 1 cm odpada sam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale smród nie chce odpadać, psia mać!

      Usuń
    2. Ciekawe, swoją drogą, czy panowie mają za sobą wojskową przeszłość, bo podobno smród zwykle wlecze się za wojskiem...

      Usuń
    3. Nie mają.
      Ani jeden, ani drugi.

      Usuń
  2. Spróbuj sama tak się "zapuścić". Od razu usłyszysz słowa krytyki GŁOŚNO!
    Zuchy z tych brudasów! Nawet nie próbuję ich zrozumieć!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie zamierzam próbować - nie wiem, czy wytrzymałabym sama z sobą.

      Usuń
  3. Nienawidzę niedomytków - cuchnących potem bardziej niż przedtem

    OdpowiedzUsuń