wtorek, 6 listopada 2012

98. Okolice mojego dzieciństwa



Mijają lata, przemija żałoba. Ale tęsknota nie przemija. Rośnie proporcjonalnie do upływu czasu.
Tęsknię za nimi. Odchodzą cicho i niepostrzeżenie... Ludzie i miejsca.
Mieszkam tak blisko niepowtarzalnej, jedynej, a zarazem nieosiągalnej już okolicy moich szczenięcych lat... Wystarczy przejść na drugą stronę ulicy przebiegającej pod moim oknem.
Ale w ścianach, które niegdyś wypełniał mój dziecięcy śmiech, nie tętni dziś żadne życie. Próżno by szukać dobrych sąsiadów, czarnego psa Joy’a, kota Kubusia, który okazał się kocicą, warsztatowych wiat na samochody i rowery. Opustoszał domek szewca-dozorcy i nie ma już Babci, Dziadka ani topoli, które sadził. Asfalt na boiskach, gdzie w lecie uczyłam się jeździć na rowerze, a w zimie na łyżwach, popękał i pobladł, a poprzez szczeliny natura zaczęła odbierać swoje terytorium... Lipy, pod którymi wylegiwałam się na kocu z Nianią, powyrastały, zmarniały, poobcinano im gałęzie.
Tęsknię za cudownymi, ciepłymi, szczęśliwymi czasami dzieciństwa! Brak mi pogodnej Babci z błękitem w oczach... Dumnego Dziadka swojej pierwszej wnuczki... Biednych jak myszy kościelne Cioteczek z ich wielkimi sercami... Ziazia, którego bałam się jako kilkulatka, bo nosił ciemne okulary... Joasi, dziecinnej przyjaciółki od serca i Maćka od zabaw w piaskownicy... Bartka, cudownego, wielkiego owczarka podhalańskiego, którego przywieźliśmy jako szczeniaczka z Wetliny...
I nawet na wspomnienie Kurzyka, który straszył mnie przed zaśnięciem z kratki wentylatora, uśmiecham się z rozrzewnieniem.
Śnią mi się czasem, łagodnie uśmiechnięci, jak dawniej pobrzękujący garnkami, dowcipkujący, gościnni, ciepli.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz