sobota, 5 stycznia 2013

117. Ukraina: Łukasiewicz przerżnięty i kawa z kociej kuwety



Dzielnica Ormiańska we Lwowie zamieszkiwana była przez Ormian od XIV w. Do końca II wojny światowej. Lwów był najstarszym i najliczniejszym skupiskiem imigrantów z Armenii po zajęciu ich kraju przez Turków osmańskich. Piastowali w dawnej Polsce wysokie stanowiska i cieszyli się licznymi przywilejami nadawanymi im przez królów i książąt polskich. Byli znakomitymi kupcami, rzemieślnikami, zarządcami majątków. Główną arterią Kwartału Ormiańskiego była dzisiejsza ulica Ormiańska.
Przy niej między innymi mieści się słynna katedra ormiańska pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Należy do najwspanialszych zabytków architektury sakralnej Lwowa. Jej budowniczym był Włoch Dorchi. Najstarsza część świątyni, wzniesiona w latach 1356 – 1363, to wschodni jej fragment, posadowiony na planie krzyża równoramiennego. Na miejscu współczesnego dziedzińca mieścił się niegdyś cmentarz. Zachowały się płyty nagrobne, które pokrywają dziedziniec oraz ściany katedry. Na początku XX wieku w świątyni został przeprowadzony generalny remont. W katedrze pojawiły się między innymi mozaika wenecka przedstawiająca Trójcę Świętą autorstwa Józefa Mehoffera, balustrada zaprojektowana przez Witolda Minkiewicza oraz polichromia Jana Henryka Rosena.







W Dzielnicy Ormiańskiej znajduje się nader ciekawy pomnik Ignacego Łukasiewicza i Jana Zeha – współodkrywców nafty i lampy naftowej. Wynaleźli oni destylat naftowy, który świecił w lampach skonstruowanych przez lwowskiego blacharza, Adama Bratkowskiego. Ignacy Łukasiewicz, wychylony z okna na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Ormiańskiej, wskazuje na stojący pod ścianą stolik i siedzącego przy nim Zeha. Drugie, puste krzesło często okupowane jest przez fotografujących się turystów i młode pary. Kto jest spostrzegawczy, ten może dostrzec na zdjęciu zabawną rzecz. Rozśmieszył mnie fakt, że kwatera okna obok Łukasiewicza była otwarta, ale ta, z której jest wychylony – zamknięta. Wyglądało to przekomicznie, jakby mężczyzna został przytrzaśnięty wpół.



W Dzielnicy Ormiańskiej dokonałam odstępstwa od swojej zasady i jednocześnie uczyniłam zadość drugiej. Pierwsza głosi bowiem, że nie tykam podejrzanej, skisłej i śmierdzącej cieczy zwanej winem. Druga jednak mówi, że wszystkiego (w miarę możliwości i granic dobrego smaku) należy spróbować. Zatem w klimatycznej winiarni-piwnicy (przed którą siedział groteskowy Bachus-fontanna), gdzie serwowano podobno najznakomitsze wina krymskie, skosztowałam w miarę najsłodszej (żeby szok był mniejszy), deserowej Massandry najwyższej (według znawców) jakości. Na kolana mnie, bynajmniej, nie rzuciła. Prawdę powiedziawszy, odetchnęłam z ulgą, gdy miałam to już za sobą.



W nagrodę udałam się do autentycznej kawiarni ormiańskiej. Już samo wejście do przyciasnego lokalu o niespecjalnym wyglądzie było jak lądowanie w raju. Rozchodził się w nim nieziemski, oszałamiający aromat prawdziwej, cudownej kawy. Po raz pierwszy w życiu widziałam i piłam kawę parzoną po ormiańsku, to znaczy... w kociej kuwecie. No, w każdym razie w czymś w tym rodzaju. Pani nasypywała kawy do tygielków, zalewała ją zimną wodą i wstawiała do prostokątnego urządzenia wypełnionego gorącym, stale podgrzewanym piaskiem. W momencie, gdy napój zaczynał kipieć z tygielków, był gotowy. Utonęłam w zapachu i smaku – i przepadłam na zawsze! To najlepsza kawa, jaką kiedykolwiek w życiu piłam. Nawet ta z kardamonem znad Jeziora Galilejskiego musiała ustąpić jej miejsca. Ponadto tym jednym, jedynym razem stał się cud i zadziałała na mnie fizycznie. Odzyskałam wigor po nocnej jeździe (czego nigdy nie dają mi nawet hektolitry innych kaw) i w jednej chwili ustąpił ból głowy wywołany niewyspaniem i słońcem, na który wcześniej nie podziałały tabletki. Stanowczo kawa po ormiańsku z kawałkiem orientalnie słodkiej pachlawy działają cuda!



6 komentarzy:

  1. No to ormiańska kawa górą!
    Niestety, nie dla mnie. Nie mogę pić tego napoju.
    Pa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przepadam za kawą, ale stosuję jako placebo, oszukując się, ze mi pomaga na niewyspanie.

      Usuń
  2. a ja kawę uwielbiam ..
    ech - jak żywe stanęły mi w oczach moje cioteczki :-)
    Wiesz , Złoczów był najwspanialszym i najpiękniejszym miastem i niech nikt nie ośmieli się powiedzieć, że w Złoczowie były kiedyś lampy naftowe albo lampy gazowe ... w Złoczowie od ZAWSZE była elektryczność, nawet wtedy, gdy jeszcze Edisonowi nie śniło się o żarówce - przynajmniej tak, zgodnym chórem twierdziły moje cioteczki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierzę! Wierzę, bo wiem, bo pamiętam, jak bardzo "naj" było wszystko TAM...

      Usuń
    2. A we Lwowie, to nawet metr był dłuższy, że nie wspomnę o cięższym kilogramie. :-)A tak na serio, to kawa w Wirmence to niebo w gębie.

      Usuń
    3. Tak! Najlepsza na świecie!

      Usuń