niedziela, 20 stycznia 2013

122. Granice zaufania



- Co ja narobiłem... – jęknął Łysy. Przyjrzałam mu się z troską. Zmizerniał na twarzy, sprawiał wrażenie, jakby przez święta schudł o połowę. – Ja głupi, naiwny...
Spojrzałam na niego pytająco.
- Nie gniewaj się, ja muszę się komuś wygadać, a mogę tylko tobie... – twarz, czoło, nos Łysego pokrywały drobne kropelki potu. Miałam wrażenie, że zaraz się rozpłacze.
- Jesteś chory?
- Gorzej – wybełkotał rozdygotany. – Przez trzy noce przespałem łącznie 15 minut.
- Gziłeś się?!
- Przestań...
- No wiem, przepraszam... Mów.
- Zaufałem komuś i przez to dorobek całego mojego życia pójdzie się paść.
- Co się stało?!
- Barbie...
- Co: Barbie? – nie zrozumiałam. Barbie była żoną naszego wspólnego kolegi. Łysy przyjaźnił się z Kenem, rzetelnym, uczciwym człowiekiem o surowych zasadach, wymagającym po równo od innych i od siebie. Barbie była poważną, szanowaną osobą.
- Zaciągnąłem dla Barbie kredyt.
- No ale to przecież uczciwi ludzie! Będą spłacać.
- Nie będą.
- ???
- Widzisz... Okazało się, że Ken nic o tym nie wiedział. Już po fakcie, w najlepszej wierze podzielił się ze mną nowo zasłyszaną informacją o swojej żonie: wyłudza kredyty od wszystkich możliwych przyjaciół i znajomych. I to na niebagatelne kwoty, po sto tysięcy od łebka. Przestrzegał mnie, żebym przypadkiem nie dał się w nic wmanewrować... Za późno – zaśmiał się gorzko i nerwowo. – Wiesz, ile osób nacięła? Kilkanaście!
Odebrało mi mowę.
- Ale jak to możliwe? Ona? Taka uczciwa? A on, jak mógł na to pozwolić?!
- Przecież ci tłumaczę: Ken o niczym nie wiedział. A ona nie pytała go o pozwolenie. Powiedz mi, na co jej takie niesamowite pieniądze?
No właśnie. Na co? Cała ta sytuacja mnie przerosła. Łysy przedstawiał sobą uosobienie nędzy i rozpaczy.
- Ale jak mogłeś dać się w to wrobić? Nie no, nie wierzę...
- Sprzedała mi rzewną bajeczkę o umierającym dziecku kuzynki, o przeszczepie ratującym życie za granicą... No powiedz sama, gdybyś ty prosiła dla swojej córki czy dla kogoś z rodziny, mógłbym ci odmówić...?
Nie odmówiłby mi. Znałam Łysego. Stanąłby na rzęsach, żeby pomóc.
- To niemożliwe, żeby nic nie dało się zrobić! Zgłoś na policję wyłudzenie, idź do prokuratury, nie wiem co jeszcze...!
- Niestety, możliwe – odpowiedział ponuro Łysy. – Kredyt wisi na mnie, świadków nie było, że dałem jej te pieniądze.
Brakło mi słów. Kwota, jaka wymienił Łysy, jest dla mnie niewyobrażalna. Nie wiem, jak skończy się ta historia i czuję się przybita. Gdzie są granice zaufania ludziom...?

10 komentarzy:

  1. Nie ma. Trzeba liczyć wyłącznie, na własny zdrowy rozsądek. Odrobina egoizmu też nie zawadzi. Nawet więcej niż odrobina. No i koniecznie, należy się nauczyć dobrze liczyć!
    :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A idź... straszne to, co spotkało Łysego. Po prostu straszne.

      Usuń
    2. Życie, po prostu. I niedobrze, że nie wie prawica, co czyni lewica.

      Usuń
    3. Wiem, że straszne. Powinien ktoś sprawdzić, co ta jakaś, zrobiła z tymi pieniędzmi. Wiem, że ktoś może i jest to zapewne jej połówek.
      Bezwzględna baba w siebie wpatrzona!
      :)

      Usuń
    4. Ken nic nie może. Próbował wszystkiego. Długotrwałych rozmów, próśb, gróźb, psychiatry... Babka śmieje mu się w twarz, podobnie jak swoim ofiarom.

      Usuń
    5. Prawica bowiem pozostała prawa, a lewica poszła na lewo. Ot co.

      Usuń
    6. Jak zwykle w takich wypadkach podłość ludzka nie zna granic.

      Usuń
    7. Wiesz, co mnie w tym najbardziej mierzi? Wycieranie sobie pyska innymi ludźmi: chorym dzieckiem, przyjaciółką z rakiem. To jest szczyt syfu.

      Usuń
  2. Może powinien ją ktoś oskarżyć o oszustwo? Przy okazji wielu pewnie by wyszło na naiwniaków.
    :)

    OdpowiedzUsuń