wtorek, 29 stycznia 2013

125. W okowach romantyczności



Popełniony ostatnio przez Frytkę post postawił mi przed oczami równie romantyczną sytuację z mojej bujnej biografii. Piekielnie romantyczną.
Pozostając świeżo upojoną jednoznacznym uczuciem do pewnego Blondyna (a jakże!), zaprzyjaźnionego, można powiedzieć, na niwie zawodowej, radośnie licząc na wzajemność, bez wahania zgodziłam się na wspólny weekend w Bieszczadach. W czasie, gdy naładowana emocjami jak saper w robocie dzieliłam się nimi z przyjaciółkami i moim bratem, Blondyn nie zasypiał gruszek w popiele. Znalazł przytulny hotelik z widokiem na Zalew Soliński, przekupił właścicielkę, obejrzał wszystkie pokoje, wybrał najlepszy i zrobił 40 km do najbliższej kwiaciarni. O tym wszystkim, rzecz jasna, jeszcze nie wiedziałam.
- I pamiętaj – przykazywał mi na odjezdnym mój brat – co godzinę SMS!
- Co pół – dorzuciła Tobołkowa. – Chcemy znać wszystkie detale.
- Zwłaszcza anatomiczne – dorzuciła niewinnie Kulka. Nie podejrzewałam jej o taką rozwiązłość!
- Jesteście wszyscy nienormalni – odrzekłam czule na pożegnanie. – Nic wam nie powiem! Zresztą, żadnych detali nie będzie. Jadę... niezobowiązująco – dorzuciłam z bolesnym niesmakiem.
W głębi ducha usiłowałam nie przyznać się nawet samej sobie do tego, że na pewne szczegóły jednak liczyłam. Zamiary Blondyna, mimo dwuznacznych żartów, pozostawały dla mnie nieprzeniknione. Kto tam za facetem trafi...?
Zachowanie pozorów obojętności kosztowało mnie tym razem nieco więcej niż zwykle, bo też i sytuacja była jakby ciut odmienna od codzienności, a widok Blondyna w nietypowej dla niego, samczej jak cholera czerni kontrastującej z jaśniutkimi włosami, wywołał we mnie rzetelny wstrząs. Jakoś dałam radę.
Zjadłszy razem śniadanie (tak, tak, nikogo oczy nie mylą – upadłam na głowę do tego stopnia, że byłam w stanie zerwać się w środku nocy, aby pospieszyć na spotkanie!), pojechaliśmy na Dużą Pętlę. W okolicach Wetliny poczułam w środku siebie mrowienie, które nasiliło się w Starym Siole. Prawie goniłam w piętkę z łezką w kroku, podczas gdy  niewzruszony Blondyn kontemplował w skupieniu widok na Smerek. Jak na mój gust, powinien mnie w końcu bodaj pocałować! W Lutowiskach z rezygnacją wypiłam kawę u Łemków i zażyczyłam sobie obiadu w ulubionej Siekierezadzie w Cisnej. Po drodze z zaciśniętymi zębami przetrwałam sesję zdjęciową w tysiącu póz na czołgu w Baligrodzie i skapitulowałam w Jabłonkach. Blondyn latał wkoło pomnika Świerczewskiego jak po Laxigenie i kazał mi się fotografować na tle każdego szczegółu topograficznego. W momencie, gdy uznał, że wystarczy, byłam już na etapie granitowej pewności, że tej nocy będę spała, niestety, spokojnie.
Wyjmując aparat z moich rąk, pochylił się i pocałował mnie znienacka.
Uuuuuups!
Całkiem irracjonalnie pomyślałam, co na to Świerczewski patrzący z pomnika i zaraz potem musiałam zapanować nad gwałtownie mięknącymi nogami. Oddalając się w kierunku samochodu, Blondyn spokojnie pakował aparat do futerału. Odwróciłam się ukradkiem w stronę pomnika i puściłam oko generałowi. W Siekierezadzie z ulgą wrąbałam miskę pierogów.
Po powrocie do hotelu jednakże, upychając starannie w głębi siebie gejzer emocji, z żalem skonstatowałam, że ów wybryk Blondyna w Jabłonkach był jednak chyba tylko incydentalny. Z tym też ponurym przeświadczeniem zgodziłam się na spacer po okolicy, uznawszy stratowanie przez policję konną lub utopienie w błocie nad zalewem za znacznie bardziej atrakcyjne od bezproduktywnego tkwienia w hotelu. Mój ulubiony mebel – łóżko – chwilowo napawał mnie szczerą odrazą. Niejakie pocieszenie stanowił fakt, że w pokoju był telewizor.
Wróciwszy, na kolację zeszliśmy stosunkowo późno. O 2300 właścicielka hotelu z uprzejmym uśmiechem poinformowała gości, że nadeszła pora zamknięcia restauracji i zaczęła gasić światła. Blondyn ze stoickim spokojem i twarzą pokerzysty spokojnie celebrował posiłek. Właścicielka podeszła do nas, niosąc zapalone świece.
- Bardzo proszę – powiedziała gnąc się w lansadach i postawiła je na stole. – Podać deserek?
Blondyn przytaknął z enigmatyczną miną. Odniosłam wrażenie, że coś jest nie tak. Skoro zamykają, to my chyba też powinniśmy się zbierać...?
- Siedź – uspokoił mnie. – Mamy lokal dla siebie.
Odjęło mi mowę, co – należy przyznać – rzadko mi się zdarza.
- Przecież obiecałem ci romantyczną kolację przy świecach – roześmiał się i szlag trafił kształtujący się powoli romantyczny nastrój. –Wiesz, że ja dotrzymuję słowa.
- Tak, wiem – bąknęłam, mając raczej na myśli sprawy w rodzaju służbowych. Przelotnie poczułam coś na kształt żalu, że nie wymusiłam na nim innej obietnicy...
Na stół wjechał wykwintny deser i kwiaty. Jako żywo – dla mnie! Pomyślałam, że mój skołowany umysł może ukoić tylko dobry drink, bowiem całkiem już nie wiedziałam, co mam myśleć. Właścicielka obsłużyła mnie osobiście i usiadła w fotelu, jakby na coś czekała, Blondyn skrzył w blasku świec błękitem oczu, a przeze mnie przetaczała się burza hormonów. Około północy spojrzenie Blondyna poderwało właścicielkę na równe nogi. Przy wyjściu z restauracji podała mu srebrną tacę, na której wokół butelki schłodzonego szampana i dwóch kieliszków piętrzyły się truskawki. Skąd oni je wytrzasnęli o tej porze roku?! Trzeba przyznać, że Blondyn naprawdę nie rzucał słów na wiatr. Pamiętam, jak żartowaliśmy, planując wspólny weekend, że szampan i truskawki to priorytet. Jaka szkoda, że nie obiecał mnie przelecieć!!!
Pijąc szampana już w pokoju, brawurowo rozważałam w myślach powtórzenie incydentu spod Świerczewskiego, ale nie zdążyłam rozpracować przedsięwzięcia pod względem logistycznym. Blondyn ubiegł mnie bezceremonialnie, w związku z czym uznałam, że sprawy zmierzają jednak w dobrym kierunku. Rozzuchwalona powodzeniem, porzuciłam przedmiot westchnień, niknąc w czeluściach łazienki. Dokonawszy starannej ablucji, skorzystałam z zamiany pomieszczeń z Blondynem i szybko przejrzałam SMSy od żądnej sensacji publiki domagającej się wieści z frontu. Postanowiwszy nadrobić braki, wstukałam wiadomość o treści: „Kolacja ze świecami już była, szampan i truskawki też, a teraz...” i wcisnęłam „wyślij”. Odkładając telefon usłyszałam dźwięk przychodzącego SMSa w komórce Blondyna. Niczego nie podejrzewając, przelotnie zastanowiłam się, kto i co wypisuje do niego w środku nocy, ale nie zdążyłam poczuć się zazdrosna. Blondyn, odziany jedynie w ręcznik (mmm...) wyszedł z łazienki.
- Chyba dostałeś SMSa – powiedziałam, siląc się na obojętność i z trudem przełknęłam ślinę. Zawartość ręcznika kompletnie odebrała mi zdolność myślenia.
- Tak, słyszałem – powiedział, odczytując wiadomość. Na twarzy odmalował mu się uśmiech.
- Ależ nie musiałaś mi tego pisać, mogłaś powiedzieć – rzekł, odwracając się w moją stronę, a ja poczułam wszechogarniającą słabość we wszystkich członkach. Matko kochana! Rozkojarzona do nieprzytomności, SMSa przeznaczonego dla zupełnie kogoś innego wysłałam do Blondyna!!! Szczęściem, Bóg czuwa nad wariatami i nie zawarłam w nim niczego bardziej kompromitującego.
- A... – powiedziałam słabo. – A... a tak sobie napisałam. Dla zabicia czasu – dodałam rozpaczliwie.
- Głuptasku... – powiedział Blondyn z nagłą czułością w głosie i bez ogródek pociągnął za koniec tasiemki zawiązanej w romantyczną kokardkę przy dekolcie mojej koszuli nocnej. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale skutecznie zatkał mi usta.

Reszta jest milczeniem...

10 komentarzy:

  1. Finis coronat opus czy jakoś tak :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. Cóż za romantyczna opowieść, a coś dalej z tym blondynem było, czy akcja była jednorazowa? :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech... Było, to w ogóle najpiękniejsza historia mojego życia... Mimo to już zakończona.

      Usuń
    2. Ważne, że coś takiego przeżyłaś, trzeba mieć co wspominać kiedyś tam przy kominku :)))

      Usuń
    3. Nie powiem, chciałabym... mieć kominek :)

      Usuń