czwartek, 28 lutego 2013

135. Delikutaśni



Dobry dystansik nie jest zły. Znakomicie oszczędza stresów. I gdy tak zdystansowana patrzę sobie bezstresowo na to, co współczesność zrobiła ze zdrowych fizycznie i psychicznie ludzi, nasuwa mi się stresogenny wniosek: strasznieśmy się zrobili delikutaśni!
Moi Dziadkowie przeżyli dwie wojny. To znaczy konkretnie: głód, bombardowania, gwałty, wywózki na roboty i do obozów koncentracyjnych, uzbrojonych po zęby Niemców z jednej strony i Banderowców z nożami przystawianymi do gardeł (którzy dali im 24 godziny na opuszczenie własnego domu tak jak stali) z drugiej. Stracili wszystko, po drodze okradziono ich z dokumentów i bagaży i przyjechali do Polski w tym, w czym stali, bo usiąść nie było gdzie. Po tym wszystkim jakoś nikt nie chadzał do psychologa, nie ubijał latami piany nad straszną traumą, nie wymyślał kolejnych terapii. Zakasali rękawy, wzięli się do roboty, zagospodarowali miejsce, w którym przyszło im dalej żyć – i żyli. Tak po prostu. Pogodnie, pracowicie, bez rozpamiętywania, dłubania, wyszukiwania. Być może dlatego, że wojna, jak powszechnie wiadomo, to bułka z masłem naprzeciw współczesnego świata, w którym półki uginają się od jedzenia, wieszaki od szmat, a na ulicach zamiast żołnierzy Wehrmachtu tkwią niekończące się korki z samochodów.
Dziś wszystko jest dobrym powodem tak ciężkich urazów psychicznych, że za chwilę wyjście z domu bez osobistego zestawu podręcznego składającego się z psychiatry, psychologa i kolorowych tabletek nie będzie możliwe. Już od zarania życia dzieciak jest tak zestresowany faktem, że ktoś może od niego czegoś wymagać, że trzeba natychmiast otoczyć go troskliwą opieką psychologa. O obowiązkach domowych nawet wspomnieć hadko: nakaz ruszenia tyłka sprzed komputera i wyniesienia śmieci jest aktem przemocy domowej, który narusza godność osobistą delikwenta i godzi w Konwencję o Prawach Dziecka. W rezultacie trauma gotowa i jedynie psychoterapia może tu coś zdziałać. Podobnie sprawa ma się z bandytami, mordercami, gwałcicielami i pedofilami – ich ofiary, winne same sobie, doprowadzają biedaków do takiego stanu, że koniecznie trzeba ratować delikatną psyche zbrodniarzy i otaczać ich w więzieniach opieką najlepszych specjalistów.
Somatycznie prezentujemy się jeszcze gorzej. Moi Protoplaści żarli bandycki cholesterol aż im się uszy trzęsły, łykali wredne kalorie i na dodatek w ogóle ich nie liczyli, faszerowali się do wypęku zbrodniczymi tłuszczami (oprócz masła obowiązkowo smalcem i skwarkami!), śmiercionośnymi węglowodanami różnej maści i zamiast się obsesyjnie odchudzać, chorować oraz umierać nagle od arteriosklerozy, nadwagi, zawału, syfu, kiły i mogiły, żyli pulchnie i wesoło po 98 – 100 lat i umierali zdrowi, no bo ileż w końcu można żyć. Babciom za wszelkie kosmetyki służył przez całe życie jedyny dostępny na rynku krem Nivea i zwykłe mydło w kostce (nierzadko szare), bo innego nie było. Dziś niewłaściwie dobrany płyn do higieny intymnej łamie kobiecie życiorys i w prostej linii prowadzi do depresji, na którą i dobry psycholog nie zawsze może pomóc. Nie mówiąc o tym, że 5 kilogramów nadwagi musi prowadzić nieuchronnie do realnych zamiarów samobójczych.
Nie zamierzam gdybać nad wpływem reklamy na rynek konsumencki ani utyskiwać na głupie mody społeczne. Chcę tylko powiedzieć, że ponad wszystkie trendy świata najbardziej cenię sobie zdrowy rozsądek, a za najlepszy środek na wszelkie pseudobolączki uważam wzięcie się za jakąś pożyteczną robotę.

poniedziałek, 25 lutego 2013

134. Ukraina: Івано-Франківськ



W moim domu zawsze mówiło się Stanisławów. Tę nazwę miasto nosiło od początku swojego istnienia (datowanego na 1662 rok) aż do roku 1962, kiedy to zostało przemianowane na Iwano-Frankowsk (Івано-Франківськ) – od imienia i nazwiska poety i działacza narodowego Ukrainy, Iwana Franki. Nazwa historyczna odnosi się do imienia ojca założyciela miejscowości – hetmana Stanisława Potockiego.
Miasto zostało zniszczone w drugiej połowie XIX wieku przez wielki pożar, a następnie odbudowane na przełomie XIX i XX wieku. Charakterystyczną budowlą jest ratusz. Czterokrotnie zniszczony przez pożar, swą ostateczną formę zyskał na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku.


Przy Placu Szeptyckiego wznosi się zaprojektowana przez Francesco Corazziniego kolegiata pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, która była rodowym sanktuarium Potockich. To właśnie tutaj Henryk Sienkiewicz umieścił scenę nabożeństwa pogrzebowego po śmierci pułkownika Jerzego Michała Wołodyjowskiego. Niestety, w czasach ZSRR kościół zdobny w cenne freski E. Fabiańskiego z 1877 r. zamknięto, a następnie zamieniono na magazyn. Opuszczający miasto Polacy wywieźli część wyposażenia. Gdy w 1980 r. kościół odremontowano i otwarto w nim Muzeum Sztuki, umieszczone zostały tam między innymi ocalałe resztki wyposażenia – połamane figury i kolumny, kamienne epitafia, zniszczone obrazy.
Ozdobą placu jest wytworna rzeźba Matki Boskiej, przed którą wszyscy chętnie się fotografują.


Przy tym samym placu stoi również dawna kolegiata jezuicka, która po kasacie zakonu przeszła w ręce grekokatolików. Współcześnie mieści się tam katedra Zmartwychwstania Pańskiego Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej.



W parku im. Adama Mickiewicza znajduje się pomnik wieszcza o ciekawej historii. W czasie II wojny światowej, w obawie przed zniszczeniem przez hitlerowców, został podzielony na części i przechowany przez mieszkańców Stanisławowa. Wiedzie do niego przepiękny gazon ozdobiony fantazyjnymi klombami. Słowa wyryte na cokole odnowionego pomnika brzmią: „Adamowi Mickiewiczowi w setną rocznicę urodzin mieszkańcy Stanisławowa. 1898 rok”.



Iwano-Frankowsk jest, jak na Ukrainę, miastem zaskakująco ładnym, czystym i nowoczesnym. Wywiera bardzo przyjemne wrażenie.


Jedynie komunikacja miejska nie pozostawia miejsca dla złudzeń. Jeżdżące truchła wprawiają po prostu w osłupienie.


Miłe wrażenie sprawia główny deptak miejski – ulica Niepodległości. Po obu jego stronach mieszczą się sklepiki i kawiarnie, artyści wystawiają swoje prace, a muzycy zarabiają ulicznymi występami.



W 2008 roku na deptaku pojawiły się takie oto cuda sztuki kowalskiej. Napis na tablicy pod jednym z nich głosi, że jest to „Drzewo Szczęścia – wspólna praca uczestników VI Międzynarodowego Festiwalu «Święto Kowali»”.






Ulica bierze swój początek na Majdanie Wiczewym, gdzie znajduje się fantastyczna fontanna nazywana „Śpiewającym wodospadem”. Dookoła niej znajdują się amfiteatralne siedziska z wbudowanymi głośnikami, z których sączy się muzyka. Można przedostać się do środka fontanny, za kurtynę wody i wtedy wygląda się tak, jak na poniższym zdjęciu. Zjawa w zielonej bluzce i czerwonych spodniach to Frau Be.


Świat ze środka fontanny wygląda zaś tak:


piątek, 22 lutego 2013

133. Adoracyjka



U Tygrysa, ze zrozumiałych względów, przeczytać można od czasu do czasu o dzieciach w wieku obrzydliwym. Gdyby nie przynależna im wysoka upierdliwość, niektóre mogłyby być nawet całkiem fajne, bowiem pomysły miewają ciekawe, twórcze i śmieszne. Po dzień dzisiejszy wspominamy z Tobołkową przeżycie, które dostarczyło nam co najmniej kupy radości. Działo się to w czasach, gdy Tobołkowie mieszkali w tym samym podwórku, co ja i mieliśmy ten komfort, że bachoriada przebywała raz w jednym, raz w drugim domu, pozostali zaś mieli wolną chatę i święty spokój.
Jednego razu wdepnęłam do Tobołków na zwyczajową, sąsiedzką pogawędkę o duperelach. Zamknięte w pokoju Zołzy, dziewczynki bawiły się grzecznie, od czasu do czasu wyściubiając nosy zza drzwi z pytaniem kontrolnym:
- Możemy wypożyczyć tę zieloną świeczkę z muszelkami z łazienki?
- Gdzie są chusteczki do nosa?
- Nie widzieliście mojego wiaderka do piasku?
Zgromadzeni w ciasno-przytulnej kuchni na trzecim piętrze, popijaliśmy kawę i piwo prosto z lodówki. Tobołek, siedzący po turecku na podłodze, wciśnięty w róg między zlewozmywakiem a kuchenką, beztrosko strzepywał popiół palonego papierosa do komory zlewu. Pinior-Hasior grał na podwórzu w piłkę z kolegami, dziewczynki mieliśmy z głowy, atmosfera była więc przyjemna i niezobowiązująca.
- Kurczę – powiedziała w pewnym momencie Tobołkowa. – Dziewczynki godzinę temu prosiły mnie o herbatę.
- No i co? – zapytał Tobołek.
- No i nic, zrobiłam.
- I...? – zapytałam.
- I czekałam aż wystygnie. Jak myślicie, wystygła już?
Tobołkowa podniosła się niechętnie, przelazła przez splątane nogi Tobołka, zabrała ze stołu kubki z zimną herbatą i wyszła. Po chwili dobiegł naszych uszu nieartykułowany okrzyk, w którym dało się odróżnić zaskoczenie przemieszane ze zgrozą. Znaliśmy Tobołkową: niełatwo zaskoczyć ją byle czym. Jeśli dziewczynkom się to udało, musiało to być bez wątpienia coś wielkiego. Wypadliśmy z Tobołkiem z kuchni jak na komendę. W pierwszej chwili w ogóle nie zorientowaliśmy się, co widzimy. W przedpokoju, na progu pokoju Zołzy stała, spowita w kłęby szarego dymu, Tobołkowa, wciąż dzierżąc w dłoniach dwa kubki z herbatą. Pokój Zołzy szczelnie wypełniony był gryzącą w nos i gardło substancją, w której niemrawo majaczyły dwa cienie – mniejszy i większy. Tobołkowa zakrztusiła się, kaszlnęła i runęła w szarość na azymut, mniej więcej w kierunku okna. Od strony cieni dobiegł nas chichot znamionujący satysfakcję z udanej zabawy.

* * *

- Co to miało być?! – jęknął Tobołek, gdy już odzyskał mowę, a tumany dymu nieco się przerzedziły.
- A... to...? – powiedziała Zołza niewinnym tonem. – Taka mała adoracyjka.
- Adoracyjka?!! – powtórzyliśmy jak na komendę wszyscy troje. Nie da się ukryć, że w pewnym osłupieniu.
- Noooo, adoracyjka. Nie wiecie? Świeczka, te różne rzeczy... – Zołza zdawała się być oburzona naszą ignorancją.
Spojrzeliśmy w kierunku szczątków spalonych stu sztuk chusteczek higienicznych i stopionych plastikowych naczyniek służących zapewne za wspomniane różne rzeczy.
- Miałyśmy przygotowana w pobliżu wodę na wszelki wypadek, gdyby coś zaczęło się palić – Nieletnia z dumą wskazała na małe, plastikowe wiaderko do piasku napełnione do połowy mętną wodą. – Byłyśmy przezorne!
- Umh – powiedział słabym głosem Tobołek, chyłkiem wycofując się z pobojowiska. – Cud prawdziwy, że nikt z sąsiadów na widok tych kłębów dymu walących z okna nie wezwał straży pożarnej.
- Tak – westchnęła Tobołkowa. – Ale najgorsze jest to, że przepadła nasza świeczka do robienia nastroju w łazience...