poniedziałek, 4 lutego 2013

127. Prawie banał



Mortycja właśnie skończyła 29 lat. Jest wysoka, szczupła, zgrabna, czarno- i długowłosa, śliczna, inteligentna, ambitna. „Rasowa”. Barana poznała w liceum. Byli jak papużki nierozłączki. Wszędzie i zawsze. Nie pamiętam ich inaczej, jak tylko razem. Ciocia i wujek – rodzice Mortycji – cichaczem zastanawiali się, co z tego wyniknie. Nie lubili Barana. Wyraźnie nie pasował do naszej rodziny. Nie miał żadnych konkretnych zainteresowań, najchętniej siedziałby przed telewizorem, trzymając Mortycję za rękę albo zajadałby przygotowane i podane przez nią posiłki. Rodzice Mortycji z przyjemnością by ich w jakiś sposób rozdzielili, jednak wiedzieli, że takich decyzji za dzieci się nie podejmuje. Znosili Barana, który całymi dniami przebywał w ich domu, bez mrugnięcia okiem.
Czas mijał. Mortycja i Baran skończyli szkołę i dostali się na studia. Ona wyjechała do Katowic, on pozostał w rodzinnym mieście. Lata studiów ich nie rozdzieliły, choć Mortycja była zbyt atrakcyjna, aby pozostać niezauważoną przez kolegów z uczelni. Zapraszali ją do teatru, na wystawy, podchodzili z różnych stron – na próżno. Na miejscu czekała anatomia do wykucia na najwyższą ocenę, a w rodzinnym mieście – Baran, jej pierwsza i jedyna miłość. On zaś wybrał kierunek tyleż modny, co łatwy. Studiowało mu się lekko i przyjemnie. Bywał częstym gościem pubów i dyskotek.
Po chlubnym ukończeniu studiów Mortycja zjechała do domu. Od razu podjęła pracę w upragnionym zawodzie. Baran został przedstawicielem handlowym. Nie było na co czekać. Terminy rezerwacji miejsc na uroczystości weselne są dzisiaj bardzo odległe. Data ślubu została więc wyznaczona, dom weselny wraz z pokojami hotelowymi dla gości z daleka – opłacony, mieszkanie w świetnie położonym miejscu – wybrane i kupione przez rodziców Mortycji. Kolejne miesiące upływały pod znakiem radosnych przygotowań. Zaproszenia porozjeżdżały się po całej Polsce i poza jej granice. Suknia leżała na Mortycji jak na wykwintnej modelce. Jedyne, co spędzało jej sen z powiek, to odpowiednie obuwie. Jakoś długo nie mogła znaleźć takiego, które będzie spełniało jej wszystkie wymagania. Termin ślubu nadciągał wielkimi krokami. Do czerwca zostały około dwa miesiące. Któregoś dnia upragnione pantofelki stanęły wreszcie pod suknią i można było odetchnąć. Pozostało napawać się atmosferą oczekiwania.
Mniej więcej po tygodniu od zakupu bucików wujek zadzwonił wyraźnie zakłopotany.
- Wesele odwołane – powiedziała powoli moja mama z oczami jak spodki, odkładając słuchawkę.
Baran zostawił Mortycję na miesiąc przed ślubem. Nie podał konkretnego powodu, tchórzliwie zasłaniając się pustymi frazesami w stylu: „zasługujesz na kogoś lepszego niż ja”.
W rodzinie zawrzało od domysłów i na poły filozoficznych stwierdzeń:
- Dobrze, że teraz, a nie po ślubie.
Ciocia i wujek wzięli na swoje barki telefony do wszystkich zaproszonych, tysięczne tłumaczenia i przeprosiny. Mortycja poszła na urlop i uciekła ze swojego dopiero co urządzonego mieszkania do rodziców, lecz tak naprawdę całe dnie spędzała siedząc na ławce w parku lub włócząc się z psem. Wracając do domu na noc, uparcie milczała. Kładła się spać, a rano znowu znikała, aby samotnie okupować ławkę.
Od tamtych wydarzeń minęło półtora roku. Niema rozpacz Mortycji przerodziła się w gniew, który dał jej siłę do życia. Wszystko, wydawałoby się, wróciło do normy. W czasie świąt pokazywała mi zdjęcia z Hiszpanii, opowiadała o rejsie jachtem do wybrzeży Afryki, prezentowała nową deskę snowboardową. I tylko ciocia z wujkiem, gdy Mortycja wyszła z psem, ze smutkiem wyznali, co ich dręczy. Mortycja łapie każdą infekcję, każdy nieżyt i wszelkie pasożyty, łamie kości, wykręca stawy, naciąga ścięgna, jakby uruchomiła w sobie proces samozniszczenia. Ponadto zdiagnozowano u niej chorobę autoimmunologiczną. Jej organizm rozpoczął agresywne zwalczanie samego siebie.

8 komentarzy:

  1. Że też musiała trafić na taką gnidę!
    Mortycja ma silną depresję, a przy niej i resztę. Fatalna sytuacja. Kogoś powinna spotkać, koniecznie!
    :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta historia zdarzyła się około trzech lat temu. Depresji nie zaliczyła, ale z ta autoagresja organizmu zmaga się do dziś. Rok temu poznała fajnego chłopaka, od stycznia mieszkają razem. Jest przesympatyczny i bardzo lubiany w rodzinie. Myślę, że wyszła na prostą i już będzie wszystko dobrze. To moja najbliższa kuzynka - nasi ojcowie są braćmi.

      Usuń
    2. Jeśli będzie szczęśliwa, wszystko minie.
      Dziad jej zdrowo "dokopał". Niech go szlag!

      Usuń
    3. Czyli siostra stryjeczna!

      Usuń
    4. Tak, jak go zwał, tak go zwał :)

      Usuń
    5. Baran dokopał, ale aktualny "odkopuje" i istnieje uzasadniona nadzieja, że da radę.

      Usuń
    6. Oby! :))) Życzę tej Twojej krewnej szybkiego odkopania i powrotu do siebie.

      Usuń
    7. Myślę, że tak będzie.

      Usuń