niedziela, 10 lutego 2013

129. Ach, jak my pięknie pomagamy!



W jednym ze swoich postów poruszyłam temat związany z udzielaniem pomocy ludziom i zwierzętom. Tekst wzbudził wiele emocji, tak pozytywnych, jak i negatywnych. Nie będę przypominać jego treści, bo każdy może do niej sięgnąć sam (tutaj). Rozliczne komentarze, wywołane poleceniem przez Onet, zostały na starym blogu.
Chciałabym na chwilę zatrzymać się przy reprezentatywnych wypowiedziach tych komentujących, których bezmiernie oburzyła moja deklaracja, że wolę pomagać zwierzętom niż ludziom.
Przytoczę w tym miejscu trzy rozbrajające wypowiedzi:
1. „A jakże, pomagajcie zwierzakom do upadłego, a zaniedbujcie Boga i ludzi. Kot i pies pomogą wam w starości... podadzą łapę, szklankę herbaty, zaprowadzą do toalety i lekarza, zrobią zakupy... i nauczą rozumu nad grobem”.
2. „Jak ty kotu i pieskowi i tak on tobie na starość...” (składnia oryginalna).
3. „Obyś nigdy nie potrzebowała pomocy, bo wiesz, ludzie wówczas też mogą się odwrócić, a kotki czy pieski, no cóż, wszystkiego nie są w stanie zrobić” (składnia oryginalna).
Oto, jak pojmują altruizm moi antagoniści. Uważają, że osoba, której się pomogło, ma za to zapewnić im spokojną starość! Cóż za wzruszająca bezinteresowność! Co więcej – rzecz dotyczyła między innymi chorych i niepełnosprawnych dzieci. Zatem: dziś ja pomagam takiemu dziecku, a za kilkadziesiąt lat ono będzie mnie obsługiwać! Głęboko upośledzony, autystyk, sparaliżowany, inwalida na wózku... Logika powalająca na dechy!!
Wnioski nasuwają się same. Idea bezinteresownej pomocy najwyraźniej jest obca tym, którzy mają się za bezmiernie dobrych i których rozsierdziła moja wypowiedź. W tym miejscu rodzi się pytanie o to, czy aby na pewno dobre samopoczucie tych „altruistów” jest w pełni uprawnione? Jeżeli ktoś z tytułu udzielenia pomocy oczekuje rewanżu lub innej korzyści, to czy to jeszcze jest pomoc, czy może już interes? Ci ludzie powinni się wstydzić, a już na pewno unikać tak kompromitującego wypowiadania się.
Ciekawy punkt widzenia prezentuje krąg starszych pań (i panów), spośród których jedna pojawiła się na moim blogu z wypowiedziami o charakterze lamentacyjno-patetyczno-histerycznym. Wianuszek ów, zbliżony, oczywiście, mocno do kręgów kościelnych, składa się z blogerek i blogerów zajmujących się na przemian łkaniem na temat biednych dzieci i wzajemną adoracją. Jaka jest skuteczność ich szeroko odtrąbionego wspierania potrzebujących – nie wiem. Wiem natomiast, że znakomicie podnosi samopoczucie samych zainteresowanych. Prawie każdy post opatrzony jest komentarzami, w których uczestnicy tytułują się nawzajem „najdroższymi”, „ukochanymi”, „ślicznymi”, „cudownymi”, „serduszkami”, „aniołkami”, i innymi „kwiatuszkami”. Pomijając fakt, że zamiłowanie do ogrodniczo-angelologicznej terminologii jakoś nie licuje z zaawansowanym wiekiem tych osób (powiedziałabym, że nader mocno trąci infantylizmem), to najwyraźniej żywią one przekonanie (i podtrzymują je u siebie nawzajem), że bez nich świat po prostu przestałby istnieć, a w każdym razie poważnie zachwiałby się w posadach.
Czy podwyższenie samooceny nie jest korzyścią? Jest.
Zresztą, można się przyjrzeć kilku niewinnym wypowiedziom:
Dobro powraca... tego jestem pewna na milion procent”, „Proszę bardzo o Wasze otwarcie serca. To wróci do Was.”, „Każda bezinteresowna pomoc rodzi za czas jakiś lawinę dobra, która płynie zwrotnie wobec tych, którzy pochylili się nad słabszym”. „Podziel się tym, co możesz (...). Zadbaj o swoje zbawienie”.
Oto koronne argumenty, za pomocą których przekonuje się ludzi do otwierania portfeli. Dajcie kasę, a dostaniecie coś w zamian: bliżej nieokreślone dobro, które do was powróci „lawiną”, miejsce w niebie, opiekę na starość, wzniosłe komentarze na blogu, dobre samopoczucie... Na tym właśnie polega ta szeroko odtrąbiona bezinteresowność wynikająca z miłości? No chyba, żeby do samego siebie!
Mnie obce zwierzę nie da niczego – oprócz radości, że zostało uratowane, nakarmione, uwolnione od cierpienia. Radości ze względu na nie samo, a nie ze względu na mnie i na pochwały innych.
I tego się trzymam.
A na koniec coś, co znalazłam kiedyś gdzieś w Internecie i szalenie mi się spodobało:
„Wielki sztorm pozostawił na plaży tysiące rozgwiazd. Brzegiem oceanu powoli szedł starzec. Delikatnie brał każdą rozgwiazdę do ręki i odnosił ją do wody. Z naprzeciwka nadszedł młodzieniec i zdumiony rzekł: «Po co to robisz, starcze?! Przecież tych rozgwiazd są tu dziesiątki tysięcy! I tak wszystkich nie uratujesz! Twoje staranie zupełnie nie ma sensu!!». Starzec w milczeniu podniósł kolejną rozgwiazdę i wkładając ją do wody rzekł: «Dla niej ma...»”

6 komentarzy:

  1. Wstyd mi do dzisiaj, że kilka lat temu oddałam kotka-znajdę do schroniska, zamiast zacisnąć zęby i pasa i zatrzymać kociaka w domu. Pogodziłby się jakoś z Tygrysem i by było fajnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie by nie było wstyd, ale serce by mi pękało.

      Usuń
    2. Ponieważ już wcześniej pękło, więc już bardziej nie mogło.

      Usuń
  2. "Dla niej ma". To istota sprawy.
    Małostkowość i brak logicznego myślenia... Co tu więcej dodać? Wypowiedzi tak infantylne, że zadziwiają. Najbardziej tym, że mówią to ludzie dorośli i doświadczeni życiowo.
    :)

    OdpowiedzUsuń