środa, 13 lutego 2013

130. Katechetki



- Mamo, co to jest, że katechetki obowiązkowo muszą być popieprzone? – zapytała filozoficznie Nieletnia. Wzmogłam czujność. Dziecko jest do bólu uczciwe i starające się o obiektywną ocenę rzeczywistości, dlatego jej wypowiedź uznałam za godną uwagi.
- O ile mi wiadomo – zareagowałam ostrożnie – masz z religii same szóstki. To o co chodzi?
- Nie o oceny – Nieletnia skrzywiła się z odrazą. – Te baby są jakieś dziwne i antypatyczne. Przypomnij sobie, jak było w podstawówce i w pierwszej klasie gimnazjum. Sto razy wolę, żeby uczył nas ksiądz!
Prawda. Przez pierwsze dwa lata szkoły podstawowej dzieci uczył ksiądz. Następnie klasa wpadła w szpony świeckiej katechetki. Nieletnia, mimo że z przedmiotem i ocenami było wszystko w porządku, wracała do domu lekko wystraszona i w poczuciu dziejącej się niesprawiedliwości. Młoda, trzydziestokilkuletnia, niezamężna kobieta z zaciekłością godną dezynsektora tępiła chłopców jak, nie przymierzając, karaluchy. Wyzywała ich, samowolnie obcięła jednemu z nich długie włosy (rodzice byli bliscy popełnienia zabójstwa i wcale im się nie dziwię), a wszelkie kwestie merytoryczne załatwiała krzykiem. Jako matka dziewczynki teoretycznie mogłam spać spokojnie, ale jako przewodnicząca trójki klasowej już niekoniecznie. Afera goniła aferę i sprawa skończyła się zbrojną interwencją wkurzonych rodziców. Babsztyl (zapewne z syndromem niedopchnięcia) został wymieniony z powrotem na księdza i nagle religia przestała być problemem.
Analogiczna sytuacja powtórzyła się w gimnazjum. Tym razem wyszarzała katechetka w wieku nieokreślonym, za to zamężna i posiadająca dziewięcioro dzieci oraz męża pracoholika i onanistę (o czym, nie wiadomo po co, opowiadała uczniom na lekcji!), terroryzowała klasę wrzaskiem i wyzwiskami, bez względu na płeć. Chyba w ogóle nie umiała normalnie mówić. Jej ulubioną metodą popularyzowania wiedzy teologicznej było spiętrzanie oskarżeń i wpędzanie w permanentne poczucie winy bez względu na to, co który z uczniów sobą prezentował. Oczywiście, wiemy, co potrafią gimnazjaliści i to jest inna sprawa, ale grzmieć na okrągło nad każdą głową o smażeniu na oleju w głębokiej kąpieli to stanowczo gruba przesada! Przygoda z wyszarzałą Matką-Polką-Wszystkie-Chciane nie trwała długo. Urwawszy uczniowi kołnierz w szarpaninie, wielodzietna żona pracoholika-onanisty została odsunięta od nauczania. Nastała sielanka z uwielbianym przez młodzież salezjaninem w roli głównej.
Polka z kolejną (i znowu wielodzietną) katechetką zaczęła się od nowa w tym roku. Nawet zdążyło mi już obrzydnąć słuchanie na okrągło tekstu: „o nieeee, dzisiaj znowu ta religia” zamiennie z „inne klasy mają z bernardynami, ja też chcę, to niesprawiedliwe”. Numer, po którym Nieletnia zadała wiekopomne pytanie z początku postu, okazał się raczej typowy. Na godzinie wychowawczej klasa ćwiczyła z pedagogiem szkolnym techniki szybkiego czytania i zapamiętywania, aby skuteczniej się uczyć. Godzinę później katechetka nawrzeszczała na nich, że ładują się prosto w szpony Belzebuba, bo owe techniki to najkrótsza droga do opętania. Kopara opadła mi na płetwy. Nie omieszkałam skonfrontować tego, jakże nowatorskiego poglądu, nagabując znajomego Chłopca W Sukience.
- No bez jaj! – powiedział Chłopiec i znacząco popukał w czoło. – Katechetki lubią przeginać.
To mi wystarczyło.
Miała rację Nieletnia. Kolejne zdziwaczałe babsko, próbując być świętszą od papieża, usiłuje robić z dzieciaków idiotów. Może chodzi jej o... wyrównanie poziomów?
Przypomina mi się jeszcze jedna historia a’propos. Wydarzyła się, gdy Nieletnia miała 5 lat. Jak co dzień, odebrawszy ją z przedszkola, musiałam odpracować codzienną porcję kiblowania na placu zabaw. W połowie obrotu na ulubionej karuzeli dziecko zaczęło bez wyraźnego powodu płakać. Próby uzyskania odpowiedzi na pytanie, co się stało, długo pełzły na niczym. Wypowiedź, która w końcu wyrwała się z gwałtownie rozszlochanego dziecka, wprawiła mnie w osłupienie.
- Ja nie chcę, żebyście z tatą niedługo umarli! – wykrztusiła.
Zdębiałam.
Wysłuchawszy dziecka poczułam, jak trafia mnie gigantyczny szlag. Nasłana na przedszkole zakonnica sprzedała pięciolatkom historię o pastuszkach-sierotach, które nie miały mamy ani taty, a także niczego do jedzenia i zostały świętymi, wskazując od razu dzieciom najlepszą drogę do nieba. Załatwiła w ten sposób połowę grupy.
Na początek zajęłam się najpilniejszą sprawą, tj. uspokojeniem dziecka. Nazajutrz o świcie uszyłam do akcji. Panie smętnie pokiwały głowami. Jak się okazało, mimo wczesnej pory nie byłam pierwsza. Większość rodziców zdążyła mnie już uprzedzić.
- Wie pani – powiedziała pani Danusia – my jej w ogóle musimy patrzeć na ręce. Jest stara, niecierpliwa i lubi szarpać dzieci.
Zamurowało mnie. Szarpać dzieci? Patrzeć na ręce? Co to w ogóle za pomysł, żeby nasyłać na dzieci stetryczałą, złośliwą kobietę bez uprawnień pedagogicznych?! Po wspólnej interwencji rodziców i przyciśniętej do muru dyrekcji stara zakonnica z przedszkola zniknęła. Kimś tam ją zastąpiono, ale nie pamiętam, kim, bo to mnie już nie interesowało. Część rodziców (w tym ja) nie zgodziła się już na uczestnictwo dzieci w tych zajęciach.
Uogólniać, oczywiście, nie należy, jednak całe 100% moich doświadczeń z katechetkami świadczy o specyfice tego gatunku. Bardzo źle świadczy, dodajmy. Polecam omijanie szerokim łukiem.

12 komentarzy:

  1. W czasach, kiedy ja zaczynałam edukację, też była religia w szkole. Żadna, z opisywanych przez Ciebie sytuacji, nigdy nie miała miejsca. Może dzieci były inne?
    Przypuszczam, że teraz czasy się zmieniły. Dzieci mają większą wiedzę na przeróżne tematy i są szczere. Jednak zatrudnianie w szkole, w pierwszych klasach, ludzi bez wiedzy pedagogicznej, to skandal! No i to zakłamanie. Dziś, już żadne dziecko nie wierzy w bociany!
    Pa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie było, przede wszystkim, porypanych bab zwanych katechetkami. Religii uczył ksiądz.

      Usuń
    2. W pierwszej klasie była katechetka i jej nie lubiłam! Coś jest na rzeczy z tymi "kobietonami".

      Usuń
    3. Po prostu są walnięte, być może z urzędu.

      Usuń
    4. Nie, to kara za uniki. Bo ja wiem, może jest to Kara Boska?
      :)

      Usuń
  2. W podstawówce i ogólniaku religii najpierw uczyła zakonnica, potem ksiądz. Trochę się ich baliśmy, pókiśmy mali byli, potem nam przeszło. W żadnym wypadku takie ekscesy nie miały miejsca. I przede wszystkim religia była w salce katechetycznej po południu, a nie w szkole i w dzień. Natomiast Zupełnie nie pamiętam, jak to było z religią Młodego w przedszkolu. Bo w szkole to była zakonnica i katechetka. Zakonnica nie bardzo, katechetka znośna.
    I już wiem, ajk się nazywa spódnica długości do pół łydki - zemsta katechetki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudo i miodzio!
      Do tego krystyny na nogach i mariany pod pachami :))

      Usuń
    2. Kiedyś, długość do pół łydki, nazywała się "midi", w kontraście do mini.
      Zemsta katechetki? Dobre:)))

      Usuń
    3. Co to "krystyny", pojęcia nie mam. Co do marianów, kara musi być!

      Usuń
    4. Krystyny to takie bezowe, pończochowe podkolanówki. A dlaczego kara za mariany?

      Usuń