sobota, 30 marca 2013

145. Armageddon



Chytry plan na dziś:
1. Wstać.
2. Przeżyć.
3. Pójść spać.

środa, 27 marca 2013

144. Nic podobnego!



Ileż to razy w życiu słyszałam truizm: „małe dziecko – mały kłopot, duże dziecko – duży kłopot”. Nic bardziej mylnego!
Materiał na matkę-Polkę ze mnie żaden i dlatego, mimo że nasłuchałam się i naczytałam pięknych teorii o macierzyństwie, podchodziłam do nich z zasadą ograniczonego zaufania. Jak się okazało, praktyka potwierdziła słuszność moich podejrzeń. Żeby nie było niedomówień – nie uważam, że macierzyństwo jest złe, ale za to uważam, że w pierwszych latach jest rzetelną mordęgą. Dzieciństwo Nieletniej (tak mniej więcej do dziesiątego roku życia) wyprało mnie doszczętnie z wszelkiego entuzjazmu rozrodczego. Nocne pobudki, wózki, pieluchy, poradnie dziecięce, zupki, kaszki, buteleczki, place zabaw etc. zamieniły tamten czas w ciężkie galery. I gdy mi ktoś mówił, że trzylatka „to już duża dziewczynka”, ścierałam sobie uzębienie na donośnym zgrzytaniu. „Duża dziewczynka” to jest wtedy, gdy samodzielnie zrobi zakupy, ugotuje obiad i pojedzie nad morze!
Jednego razu, gdy po żłobku uprawiałam swoją niekończącą się martyrologię przy huśtawce, obca kobieta ze starszą dziewczynką zapytała mnie o wiek Nieletniej.
- Mój Boże, ileż to jeszcze tej męki przed panią... – powiedziała ze współczuciem.
Poczułam dla tej kobiety niewymowną wdzięczność. Za to, że była szczera. Że nie kłamała. Nie udawała, że to cudownie jest być zmęczoną, niewyspaną, zniewoloną, nie mieć czasu i grama wolności dla siebie bez względu na część doby, dzień tygodnia, porę roku.
Mijały dnie, tygodnie, miesiące, a moje życie było jednym wielkim przeczekiwaniem. Żeby dziecko zaczęło samo chodzić, jeść, korzystać z wc, myć się, chodzić do szkoły, odrabiać lekcje… Bywało, że w środku nocy siedziałam na sedesie albo brzegu wanny, wyłam jak pies do księżyca i chciałam umrzeć.
Ale nadszedł w końcu ten czas, w którym mogłam powiedzieć, że macierzyństwo jest cudowne – gdy już przebrnie się przez mordęgę pierwszych lat i można rozmawiać z dzieckiem jak człowiek z człowiekiem, razem się pośmiać, zaplanować, podzielić obowiązkami. Nareszcie jest NORMALNIE! I nikt mnie nie przekona, że liczba i jakość kłopotów rosną wraz z dzieckiem. NIE rosną! Im dziecko starsze, tym mniej kłopotliwe. Takie jest moje doświadczenie.
Niniejszym mit o małych dzieciach i małych problemach (oraz odwrotnie) uznaję za obalony. Kompletny kit!

niedziela, 24 marca 2013

143. Ukraina: Хотин

„(...) Wprzód chrzęst tylko i szelest słychać było cichy,
Gdy naszy ławą brali pogaństwo na sztychy;
Żaden swego nie chybi i trzech drugi dzieje,
Że im ciepłe wątroby kipią na tuleje;
Trzask potem i zgrzyt ostry, gdy po same pałki
Kruszyły się kopije w trupach na kawałki:
Pełno ran, pełno śmierci; wiązną konie w mięsie,
Krew się zsiadła na ziemi galaretą trzęsie;
Ludzie się nie dobici w swoich kiszkach plącą;
Drudzy chlipią z paszczeki posokę gorącą.
Toż gdy przyjdą do ręcznej ci i owi broni,
Polak rany zadaje, Turczyn tylko dzwoni
Po zbrojach hartowanych i trzeba mu miesca
Pierwszej szukać, żeby mógł ukrwawić żeleźca.
A nasz gdzie tnie, tam rana; gdzie pchnie, dziura w ciele;
W łeb, w pierś, w brzuch, gdzie się nada, rąbią, kolą śmiele (...)
Chodkiewicz, choć go starość, choć go słabość nęka,
Rzekłbyś, że to nie jego głos, nie jego ręka,
Tak swoich napomina, nieprzyjaciół bije;
Gdzie się tylko obróci, lecą głowy z szyje. (...)”
(Wacław Potocki, Transakcja wojny chocimskiej...)

„Bezmierne i różnoplemienne wojska szły na granice sarmackie, gdzie inne niebo, inny skład powietrza, inna postać okolic, gdzie wszystko zdumiewało oczy przybylców. Dzikie tłuszcze wprzód doznały ramienia polskiego, niż zasłyszały polskie imię; bo pęd ich pochodu, szybszy niż kula działowa, prędszym był od samej wieści. Rozliczne zwierzęta z dalekiej i pozbawionej deszczów krainy, jako to bawoły, wielbłądy i muły szły wzbudzając gęstą jak chmura kurzawę. Tyran [sułtan], wrzący krwią i młodocianym wiekiem, sprowadził cztery słonie, aby okazać swą potęgę i afrykańskimi potworami polskie wojsko przestraszyć. Za wojskiem Osmana ciagnęła czereda wróżbiarzy, których płonne przepowiednie obiecywały zwycięstwo zabobonnemu gminowi. Ale [hetman Jan Karol] Chodkiewicz, na wszystko juz z góry przygotowany, niczego się nie lękał. A gdy mu zaczęto przytaczać Osmanowe pogróżki, że utopi Polskę we krwi, że zawojuje ją aż po Morze Bałtyckie, spokojnie odpowiedział po białorusku: Serdita sobaka, woukam strawa! (...) trwał bój zacięty. Więcej niż sześćdziesiąt armat grzmiała bez przerwy. Niebo się zarumieniło, powietrze zaćmiło, ziemia zadrżała, lasy jękły, opoki się rozdarły...”
(Jakub Sobieski, Pamiętnik wojny chocimskiej)

Szczycący się ponad tysiącletnią historią Chocim, świadek wielkiej wiktorii, jest dzisiaj niewielkim, podupadłym miasteczkiem malowniczo położonym nad Dniestrem, na tracie Czerniowce – Kamieniec Podolski. W 1621 r. połączone wojska polskie i kozackie pod dowództwem hetmanów Jana Karola Chodkiewicza i Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego obroniły warowną twierdzę przed stutysięczną armią turecką sułtana Osmana II. Kolejne wielkie polskie zwycięstwo miało miejsce w 1673 r., gdy hetman Jan Sobieski, nie będąc jeszcze królem, zdobył ponownie twierdzę, która wcześniej dostała się w ręce Turków, odbierając ją Husseinowi-baszy.
Forteca chocimska jest bez wątpienia jedną z największych atrakcji Ukrainy. W 2007 roku zyskała nawet miano jednego z siedmiu cudów tego państwa.


Na przedpolach fortecy znajdują się resztki umocnień. Przed murami warowni stoi pomnik Piotra Konaszewicza-Sahajdacznego, który uważany jest za ukraińskiego bohatera narodowego.


Z bramy w murach rozpościera się widok zapierający dech w piersiach!





W obrębie fortecy zachowały się baszty i brama wjazdowa, pałac komendanta, koszary z kaplicą, 58-metrowej głębokości studnia.








Najmłodszym obiektem na terenie twierdzy chocimskiej jest cerkiew garnizonowa św. Aleksandra Newskiego z 1835 r.



Widok z twierdzy na Dniestr jest kolejnym, który zalicza się do najpiękniejszych, jakie widziałam w swoim życiu.


Na parkingu przed bramą prowadzącą do twierdzy można kupić pamiątki i lokalny wyrób, który wprawił mnie w zdumienie: suszone ryby.



czwartek, 21 marca 2013

142. Architektura dekonstrukcji



Człowiek bywa zakręcony jak ruski termos. Zdarzają się w życiu sytuacje, o których wnukom będę opowiadać (o ile będę je miała, na czym specjalnie mi nie zależy). Póki co, dobrze się bawię, gdy o nich myślę.
Ewidentną wpadziochę zaliczyłam w wieku 25 lat. Nigdy wcześniej nie byłam na wsi, dlatego z wielkim zainteresowaniem wypytałam Gbura, który pochodzi z gospodary po horyzont, czy świnie mają naprawdę takie ryjki jak na obrazkach. Gbura zatchnęło, gdy to usłyszał i zadziałał błyskawicznie: przygotował grunt i zaprosił mnie na uroczyste oględziny. Cała wieś wiedziała, że w niedzielę przyjedzie jedna taka przygłupia miastowa, co magistra ma, a świni w życiu nie widziała. Sprawę ryjków zbadałam empirycznie, wykonałam nawet stosowne fotografie i z niekłamaną przyjemnością spadłam z konia gratis aż ziemia jęknęła.
- Piłaś kiedyś mleko prosto od krowy? – zapytał Gbur. – Mama właśnie poszła doić. Napijesz się?
- No jasne! – wykrzyknęłam entuzjastycznie. Na wszelki nabiał jestem pazerna do sześcianu, a za prawdziwe mleko oddałabym się byle komu. Już po chwili dostałam kubek, na który rzuciłam się zachłannie.
- Pyyyyszne! – oblizałam się z rozkoszą. – Ale po co grzałeś? Ja lubię zimne.
W pokoju zapadła gwałtowna cisza, którą następnie rozdarła salwa śmiechu. Nie pamiętam, kto pierwszy się uspokoił i wyjaśnił mi, jak zrobiłam z siebie głupa. Od tamtego czasu minęło kilkanaście lat, ale po dzień dzisiejszy Gbur otwiera mi drzwi z pytaniem: „ale po co grzałeś?” na ustach.
Kolejny raz wygłupiłam się stosunkowo niedawno, na wczasach w Grajdole. Szłyśmy sobie spacerem. Kulka z Wroną i Wybrakowaną pogrążyły się w rozmowie, tabun dzieci kłębił się wokół nas w dowolnych i zmiennych konfiguracjach, a ja zamykałam grupę, wlokąc się pogrążona w zamyśleniu. Nałogowo kontemplowałam uroki bliższej i dalszej przyrody. W pewnym momencie coś w krajobrazie mi nie zagrało.
- Stójcie! – gestem przywołałam do siebie dziewczyny. – Popatrzcie na to.
- No, co? – zapytała Kulka obojętnie i wzruszyła ramionami.
- No to popatrz na to! – zniecierpliwiłam się.
- Widzę przecież. No i cóż takiego?
- Jak to: co?! – zdenerwowałam się. Ślepa, czy jaka? Przed nami rozpościerało się coś na kształt zagonu jakiegoś beznadziejnie nieatrakcyjnego zielska z rzadkimi, drobnymi, zupełnie niedekoracyjnymi białymi kwiatkami. Ni w pięć, ni w dziewięć.
- Nie razi cię to dziwne coś? Po jaką cholerę ktoś posadził koło domu tak dużo takich potwornie brzydkich kwiatków? – zapytałam zniesmaczona osobliwym gustem właściciela ogródka. – Nie było ładniejszych?
- Panie święty, zmiłuj się... – jęknęła Kulka i razem z Wybrakowaną zaczęły szatańsko chichotać. – Przecież to ziemniaki!
Tom się dowiedziała.
Następnie mój przyjaciel TiP zaprosił mnie kiedyś do swojej pracy, aby mi ją ze szczegółami pokazać. Wielogodzinny w niej pobyt był dla mnie w całości fascynujący, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zaliczyła jakiejś wpadziochy. Zeszliśmy mianowicie do studia nagrań książki mówionej. Zawsze znajdzie się tam jakaś interesująca postać, bo książki nagrywają przede wszystkim aktorzy. No i się nie zawiodłam. Patrzyłam przez szybę, jak w sąsiednim pomieszczeniu czyta powieść Jacek Rozenek. W pewnym momencie pomylił się, przerwał czytanie, napił się wody ze szklanki i za pomocą rozmaitych przycisków porozmawiał z panem z reżyserki. W tym czasie uzewnętrzniłam swoje doznania.
- Nie lubię tego typa – powiedziałam, odwracając się w kierunku TiP-a. – Ma paskudną gębę.
Wspomniany typ przelotnie obrzucił nas uważnym wzrokiem zza szyby, a może tylko mi się wydawało... Pan z reżyserki odwrócił się do mnie z rozbawioną miną.
- Na drugi raz – powiedział wyraźnie ucieszony – gdy trzymam palec na tym guziczku, proszę nic nie mówić, bo tam słychać.
Buraczkowa na twarzy wypadłam ze studia i z prędkością światła znalazłam się w gabinecie TiPa kilka pięter wyżej. Zdaje się, że pobiłam rekord trasy.
Ostatnio natomiast dokonałam manewru stulecia. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że należę do gatunku ludzi, którym zawsze jest gorąco. Najczęściej paraduję więc po mieszkaniu w samej bieliźnie, co zdarza mi się także w zimie. Pewnego wczesnojesiennego dnia wpadłam do domu zziajana i głodna. Rozebrałam się, jak zwykle, do rosołu. Zrobiłam sobie kanapkę, wzięłam kawę i usiadłam przy biurku. Niespiesznie włączyłam komputer. Pochyliłam się nad klawiaturą... i kątem oka zarejestrowałam coś dziwnego, czego do tej pory normalnie nie było w moim polu widzenia. Wyprostowałam się i spojrzałam w okno. Zrozumiawszy, co widzę, zamarłam. Tak jakoś zapomniało mi się, że gdzieś pod koniec lata zaczął się remont elewacji sąsiedniego bloku. Niedaleko moich okien wyrosły rusztowania. Na poziomie mojego piętra stało właśnie czterech facetów. Oparci niefrasobliwie o barierkę, z kanapkami w rękach, jedli drugie śniadanie i gapili się w moje okno...