czwartek, 21 marca 2013

142. Architektura dekonstrukcji



Człowiek bywa zakręcony jak ruski termos. Zdarzają się w życiu sytuacje, o których wnukom będę opowiadać (o ile będę je miała, na czym specjalnie mi nie zależy). Póki co, dobrze się bawię, gdy o nich myślę.
Ewidentną wpadziochę zaliczyłam w wieku 25 lat. Nigdy wcześniej nie byłam na wsi, dlatego z wielkim zainteresowaniem wypytałam Gbura, który pochodzi z gospodary po horyzont, czy świnie mają naprawdę takie ryjki jak na obrazkach. Gbura zatchnęło, gdy to usłyszał i zadziałał błyskawicznie: przygotował grunt i zaprosił mnie na uroczyste oględziny. Cała wieś wiedziała, że w niedzielę przyjedzie jedna taka przygłupia miastowa, co magistra ma, a świni w życiu nie widziała. Sprawę ryjków zbadałam empirycznie, wykonałam nawet stosowne fotografie i z niekłamaną przyjemnością spadłam z konia gratis aż ziemia jęknęła.
- Piłaś kiedyś mleko prosto od krowy? – zapytał Gbur. – Mama właśnie poszła doić. Napijesz się?
- No jasne! – wykrzyknęłam entuzjastycznie. Na wszelki nabiał jestem pazerna do sześcianu, a za prawdziwe mleko oddałabym się byle komu. Już po chwili dostałam kubek, na który rzuciłam się zachłannie.
- Pyyyyszne! – oblizałam się z rozkoszą. – Ale po co grzałeś? Ja lubię zimne.
W pokoju zapadła gwałtowna cisza, którą następnie rozdarła salwa śmiechu. Nie pamiętam, kto pierwszy się uspokoił i wyjaśnił mi, jak zrobiłam z siebie głupa. Od tamtego czasu minęło kilkanaście lat, ale po dzień dzisiejszy Gbur otwiera mi drzwi z pytaniem: „ale po co grzałeś?” na ustach.
Kolejny raz wygłupiłam się stosunkowo niedawno, na wczasach w Grajdole. Szłyśmy sobie spacerem. Kulka z Wroną i Wybrakowaną pogrążyły się w rozmowie, tabun dzieci kłębił się wokół nas w dowolnych i zmiennych konfiguracjach, a ja zamykałam grupę, wlokąc się pogrążona w zamyśleniu. Nałogowo kontemplowałam uroki bliższej i dalszej przyrody. W pewnym momencie coś w krajobrazie mi nie zagrało.
- Stójcie! – gestem przywołałam do siebie dziewczyny. – Popatrzcie na to.
- No, co? – zapytała Kulka obojętnie i wzruszyła ramionami.
- No to popatrz na to! – zniecierpliwiłam się.
- Widzę przecież. No i cóż takiego?
- Jak to: co?! – zdenerwowałam się. Ślepa, czy jaka? Przed nami rozpościerało się coś na kształt zagonu jakiegoś beznadziejnie nieatrakcyjnego zielska z rzadkimi, drobnymi, zupełnie niedekoracyjnymi białymi kwiatkami. Ni w pięć, ni w dziewięć.
- Nie razi cię to dziwne coś? Po jaką cholerę ktoś posadził koło domu tak dużo takich potwornie brzydkich kwiatków? – zapytałam zniesmaczona osobliwym gustem właściciela ogródka. – Nie było ładniejszych?
- Panie święty, zmiłuj się... – jęknęła Kulka i razem z Wybrakowaną zaczęły szatańsko chichotać. – Przecież to ziemniaki!
Tom się dowiedziała.
Następnie mój przyjaciel TiP zaprosił mnie kiedyś do swojej pracy, aby mi ją ze szczegółami pokazać. Wielogodzinny w niej pobyt był dla mnie w całości fascynujący, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zaliczyła jakiejś wpadziochy. Zeszliśmy mianowicie do studia nagrań książki mówionej. Zawsze znajdzie się tam jakaś interesująca postać, bo książki nagrywają przede wszystkim aktorzy. No i się nie zawiodłam. Patrzyłam przez szybę, jak w sąsiednim pomieszczeniu czyta powieść Jacek Rozenek. W pewnym momencie pomylił się, przerwał czytanie, napił się wody ze szklanki i za pomocą rozmaitych przycisków porozmawiał z panem z reżyserki. W tym czasie uzewnętrzniłam swoje doznania.
- Nie lubię tego typa – powiedziałam, odwracając się w kierunku TiP-a. – Ma paskudną gębę.
Wspomniany typ przelotnie obrzucił nas uważnym wzrokiem zza szyby, a może tylko mi się wydawało... Pan z reżyserki odwrócił się do mnie z rozbawioną miną.
- Na drugi raz – powiedział wyraźnie ucieszony – gdy trzymam palec na tym guziczku, proszę nic nie mówić, bo tam słychać.
Buraczkowa na twarzy wypadłam ze studia i z prędkością światła znalazłam się w gabinecie TiPa kilka pięter wyżej. Zdaje się, że pobiłam rekord trasy.
Ostatnio natomiast dokonałam manewru stulecia. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że należę do gatunku ludzi, którym zawsze jest gorąco. Najczęściej paraduję więc po mieszkaniu w samej bieliźnie, co zdarza mi się także w zimie. Pewnego wczesnojesiennego dnia wpadłam do domu zziajana i głodna. Rozebrałam się, jak zwykle, do rosołu. Zrobiłam sobie kanapkę, wzięłam kawę i usiadłam przy biurku. Niespiesznie włączyłam komputer. Pochyliłam się nad klawiaturą... i kątem oka zarejestrowałam coś dziwnego, czego do tej pory normalnie nie było w moim polu widzenia. Wyprostowałam się i spojrzałam w okno. Zrozumiawszy, co widzę, zamarłam. Tak jakoś zapomniało mi się, że gdzieś pod koniec lata zaczął się remont elewacji sąsiedniego bloku. Niedaleko moich okien wyrosły rusztowania. Na poziomie mojego piętra stało właśnie czterech facetów. Oparci niefrasobliwie o barierkę, z kanapkami w rękach, jedli drugie śniadanie i gapili się w moje okno...

14 komentarzy:

  1. Miszczyni :))))
    Masz mój podziw :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie, podziwiam ludzi, którzy mają takie przygody :))

      Usuń
    2. No tak. Co najmniej średnio niebanalne :))

      Usuń
  2. I tak trzymaj. Jesteś... niepowtarzalna :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaaaa... ciekawe, czy to był komplement, czy wręcz odwrotnie :))

      Usuń
    2. Komplement!!! Tylko i wyłącznie!

      Usuń
    3. No dobrze. Przyjmuję wdzięcznie łaskawym skinieniem głowy :)

      Usuń
  3. No powiem Ci wesoło sobie żyjesz ;)))

    Ten post przypomniał mi o pewnej wpadce, którą sam popełniłem dziecięciem będąc... O tym jeszcze w swoim wspomnieniowym cyklu nie pisałem, więc napiszę w przyszłym roku :)

    A Ty żyj tak dalej i nie przejmuj się niczym : o )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żyję. I broń Boże, niczym się nie przejmuję :)))

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. O Jezusicku!
      Mam Ci tłumaczyć?
      Pozdrawiam, z pełnym zrozumieniem sytuacji.
      Grunt, że nie bolało!
      Pa:)

      Usuń
    2. Nie tłumaczyć, tylko palcem pokazać :)))

      Usuń