środa, 27 marca 2013

144. Nic podobnego!



Ileż to razy w życiu słyszałam truizm: „małe dziecko – mały kłopot, duże dziecko – duży kłopot”. Nic bardziej mylnego!
Materiał na matkę-Polkę ze mnie żaden i dlatego, mimo że nasłuchałam się i naczytałam pięknych teorii o macierzyństwie, podchodziłam do nich z zasadą ograniczonego zaufania. Jak się okazało, praktyka potwierdziła słuszność moich podejrzeń. Żeby nie było niedomówień – nie uważam, że macierzyństwo jest złe, ale za to uważam, że w pierwszych latach jest rzetelną mordęgą. Dzieciństwo Nieletniej (tak mniej więcej do dziesiątego roku życia) wyprało mnie doszczętnie z wszelkiego entuzjazmu rozrodczego. Nocne pobudki, wózki, pieluchy, poradnie dziecięce, zupki, kaszki, buteleczki, place zabaw etc. zamieniły tamten czas w ciężkie galery. I gdy mi ktoś mówił, że trzylatka „to już duża dziewczynka”, ścierałam sobie uzębienie na donośnym zgrzytaniu. „Duża dziewczynka” to jest wtedy, gdy samodzielnie zrobi zakupy, ugotuje obiad i pojedzie nad morze!
Jednego razu, gdy po żłobku uprawiałam swoją niekończącą się martyrologię przy huśtawce, obca kobieta ze starszą dziewczynką zapytała mnie o wiek Nieletniej.
- Mój Boże, ileż to jeszcze tej męki przed panią... – powiedziała ze współczuciem.
Poczułam dla tej kobiety niewymowną wdzięczność. Za to, że była szczera. Że nie kłamała. Nie udawała, że to cudownie jest być zmęczoną, niewyspaną, zniewoloną, nie mieć czasu i grama wolności dla siebie bez względu na część doby, dzień tygodnia, porę roku.
Mijały dnie, tygodnie, miesiące, a moje życie było jednym wielkim przeczekiwaniem. Żeby dziecko zaczęło samo chodzić, jeść, korzystać z wc, myć się, chodzić do szkoły, odrabiać lekcje… Bywało, że w środku nocy siedziałam na sedesie albo brzegu wanny, wyłam jak pies do księżyca i chciałam umrzeć.
Ale nadszedł w końcu ten czas, w którym mogłam powiedzieć, że macierzyństwo jest cudowne – gdy już przebrnie się przez mordęgę pierwszych lat i można rozmawiać z dzieckiem jak człowiek z człowiekiem, razem się pośmiać, zaplanować, podzielić obowiązkami. Nareszcie jest NORMALNIE! I nikt mnie nie przekona, że liczba i jakość kłopotów rosną wraz z dzieckiem. NIE rosną! Im dziecko starsze, tym mniej kłopotliwe. Takie jest moje doświadczenie.
Niniejszym mit o małych dzieciach i małych problemach (oraz odwrotnie) uznaję za obalony. Kompletny kit!

4 komentarze:

  1. I tak, i nie! Wszystko zależy od tego , jakie ma się to dziecko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieci ma się takie, jakie się wychowa.

      Usuń
  2. A zdradzisz jaki to ma być ten wiek?? Bo już się doczekać nie mogę ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie to nie pamiętam, ale na pewno po dziesiątce. Coś około gimnazjum.

      Usuń