czwartek, 11 kwietnia 2013

149. Ukraina: spacer w deszczu



Otoczony jarem Smotrycza stary Kamieniec kryje w sobie urokliwe zabytki. Od strony twierdzy rozpościera się przepiękny widok na cerkiew św. Grzegorza.


Charakterystycznym, widocznym z daleka „dziwolągiem” architektonicznym jest katedra katolicka pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła. Jej początki sięgają XVI wieku. W czasach tureckich, a więc w XVII w., została ona zamieniona na sułtański meczet, więc dobudowano do niej 33-metrowy minaret. Po ponownym przejęciu Kamieńca przez Polaków nie został on zburzony, gdyż taki był jeden z warunków traktatu karłowickiego. Nie usunięto także z jego szczytu półksiężyca. Na znak, że jest to jednak świątynia katolicka, na półksiężycu ustawiona została drewniana figura Matki Boskiej, którą później zastąpiono czteroipółmetrowym posągiem wykonanym z miedzi i pozłoconym.



Wewnątrz katedry spoczywają prochy polskiego psychiatry, historyka i krajoznawcy Antoniego Józefa Rollego. Niestety, z jakiegoś powodu świątynia była zamknięta, a wewnątrz panowały egipskie ciemności. Co prawda otworzyła nam drzwi jakaś zakonnica, lecz nawet nie zaświeciła światła. Jedyne zdjęcie, jakie zrobiłam w głównej nawie, prawie nie nadaje się do oglądania.


Nieco lepiej prezentuje się fotografia pochodzącego z 1876 roku nagrobka Laury Przeździeckiej, córki hrabiostwa Przeździeckich, która zmarła w wyniku urazów odniesionych przy upadku z konia. Został on przeniesiony ze zniszczonej kaplicy pałacowej rodu Przeździeckich.


Wykonany z białego marmuru, sam w sobie jest piękny, aczkolwiek do łez rozśmieszyło mnie wyryte na nim tchnące zamaszystą grafomanią epitafium:

„Laura dziewica
Zgasła w lat kwiecie.
Cudne jej lica
W lepszym są świecie.”

 

Znawcy tematu twierdzą, że Kamieńca Podolskiego nie da się zwiedzić tak, aby nie zmoknąć. Coś w tym chyba jest. Potworna ulewa pokrzyżowała nam dalsze plany. W deszczu odwiedziliśmy jeszcze tylko niewielki cmentarzyk w bezpośrednim sąsiedztwie katedry, na którym umieszczono coś w rodzaju pomnika w kształcie pnia drzewa, upamiętniającego Hektora Kamienieckiego. Inskrypcja na nim głosi:

„Pamięci pana pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego
Hektora Kamienieckiego
A. D. MCMXCIII
Życie to szereg poświęceń.
Powstanę.”


Potwornym, rozpadającym się gruchotem szumnie nazwanym taksówką uciekliśmy przed oberwaniem chmury do naszego miejsca zakwaterowania. Kuriozalny hotel „Ksenia” to odrębne zjawisko nie z tej planety. Już oglądany z zewnątrz powoduje opadnięcie żuchwy do poziomu asfaltu.



Groteskowa imitacja pałacu rodem z kreskówki Disneya wystrojem wnętrza wywołuje oczopląs i cierpnięcie skóry na pośladkach. Sztuczna skóra, plastikowa roślinność, porozwieszane wszędzie światła w rodzaju choinkowych i hurtowe ilości ozdób wszelkiego autoramentu powodują u osób nieprzywykłych do tego pokroju asortymentu rodzaj zapaści uleczalnej li i jedynie za pomocą dobrego, ukraińskiego piwa.






Schodząc na parter celem jego nabycia, doznałam kolejnego wstrząsu. W sklepie hotelowym, obok zwykłej wagi, pośród worków z suszonymi rybami i innych dupereli, leżało sporej wielkości liczydło. Żadnej kasy fiskalnej ani choćby kalkulatora nie było nie tylko w zasięgu wzroku, ale i zgoła w całym sklepie. Jak urzeczona wpatrywałam się w uwijające się sprzedawczynie, które posługiwały się liczydłem tak biegle, że nie nadążałam wzrokiem za ich palcami.




Musiały w końcu uznać mnie przygłupa z prowincji, gdyż runęłam nagle przez drzwi, potrącając obżerającą się suszonymi anchovies Topielicę i, pobiwszy rekord trasy do pokoju i z powrotem, wróciłam z aparatem fotograficznym. Nie omieszkałam przy tym zabrać więcej hrywien – zbyt mała ilość ukraińskiego piwa mogła nie zadziałać.




4 komentarze:

  1. Ten hotel zapamiętałam z poprzedniego życia tego bloga.
    Pokazujesz, dziwny konglomerat wszystkiego. Aż się skóra marszczy;)
    :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. ...ale pomieszanie z poplątaniem...
    Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń