niedziela, 14 kwietnia 2013

150. Sacro-fiction, czyli głos w obronie Boga



Wybrałyśmy się razem po zakupy. Minęłabym obojętnie sterty badziewia w barwach oczojebliwie wiosennych, gdyby nie to, że sięgnęła po małe, obrzydliwe pojemniczki z plastiku.
- Po co ci to? – zapytałam.
- Do koszyczka. Do jednego dam sól, a do drugiego ocet. A ty w czym święcisz ocet?
- A po jakiego grzyba święcić ocet?!
- No jak to? Przecież pije się go w Wielkanoc przed śniadaniem!
- Zwariowałaś? Ocet?! Na czczo?!
I wywiązała się dyskusja.
Okazało się na przykład, że tydzień wcześniej należy zjeść bazie z poświęconego wiechcia zwanego „palmą”, bo to chroni przed chorobami gardła, a wodę święconą w Wielką Sobotę przechowuje się w specjalnej (najlepiej też poświęconej) butelce przez cały rok. Po co, nie mam pojęcia, za to nabyłam lepszej wiedzy. Na przykład takiej, że niezależnie od starości, wodę święconą można nawet pić. Wstrząśnięta do głębi czynnikiem sanitarno-epidemiologicznym, wyartykułowałam swoje – delikatnie mówiąc – wątpliwości. W odpowiedzi uzyskałam odpowiedź, która strąca kapcie z nóg z siłą Niagary: woda święcona się nie psuje, zachowuje krystaliczną świeżość górskiego wodospadu i nie imają się jej żadne drobnoustroje!
W tym momencie nasuwa się pytanie: w którym to miejscu Biblia, która jest jedynym fundamentem katolicyzmu (i wszelkich innych wyznań chrześcijańskich), podaje informacje o wodzie święconej i jej właściwościach?
Ponadto niejakie „sakramentalia”, czyli egzorcyzmowana woda, olej, sól i kadzidło zwalczają demony. Innymi słowy – wypowiedzenie formułki nad przedmiotem nadaje mu nadzwyczajnej mocy. Harry Potter wymięka, a ręce, cycki i gacie opadają poniżej parteru.
Moje pytanie brzmi: w którym miejscu Biblia mówi o sakramentaliach?
Najwyraźniej religia katolicka, zwłaszcza w wydaniu polskim, teoretycznie zwalczająca wszelkie czary, praktycznie najwięcej ma wspólnego z magią, zabobonem i folklorem, najmniej zaś z wiarą w Boga. Jeszcze trochę, a tego ostatniego trzeba będzie poszukiwać listem gończym, bo prym wiodą wszechobecne ubóstwienie kolejnych „świętych ojców”, jaskrawo malowane, gipsowe „święte” figury, odpustowe obrazy świętych postaci spowite w światełka, girlandy sztucznego kwiecia, „złote” ornamenty i jadowite barwy, przerośnięty kult obrazów, figur, rzekomych „relikwii” i innych „świętych” przedmiotów materialnych. Wszystko to wydaje się być jota w jotę podobne do prastarego fetyszyzmu i ani trochę do tego, czym w teorii jest (powinna być) wiara w jedynego Boga.
Tym razem pytanie brzmi: w którym miejscu Biblia zaleca kult świętych obrazów, posążków, figur i relikwii oraz kolejnych papieży?
Zapewne wszyscy pamiętają niedawny „zamach” częstochowski. Przez kraj przetoczyła się fala szeroko odtrąbionych ekspiacji, suplikacji i licho wie, czego jeszcze, za „atak na Matkę Bożą”. To w końcu co lub kogo oblano farbą? Obraz czy bożyszcze?! Rozumiem symbol, rozumiem tradycję, ale, na litość boską, ktoś, kto uważa, że w kawałku pomalowanej deski mieści się jakiekolwiek bóstwo, musi być po prostu niespełna rozumu! Jeśli zaś uważa tak jakaś większa społeczność, to należy się od niej trzymać z daleka dla własnego bezpieczeństwa.
Polsko-katolickie widzenie Boga tam, gdzie Go nie ma: w materii, w szmirze i odpustowej tandecie, w klerze, w święconej wodzie i we fluorescencyjnych różańcach to szczyt... niewiary! Ludzie modlą się do obrazów (jakże ładnie komponuje się tutaj stare porzekadło: „gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu”) i obcałowują figury (co jest w najwyższym stopniu obrzydliwe), pocierają kawałki tkanin o rozmaite „świętości” i decydują za Boga, kto po śmierci zostaje świętym. Beatyfikują, kanonizują, cudują. Obwieszają krzyżami wszelkie możliwe miejsca – także użyteczności publicznej – a potem stoją pod nimi, prowadząc rozmowy, od których uszy więdną. Uważają, że Bóg jest obecny w ociekającej złotem świątyni bardziej niż gdzie indziej i nazywają go „domem bożym”. Dla własnych celów pokrętnie interpretują Biblię, nadając słowom zupełnie inne znaczenie niż mają.
Kolejne pytanie brzmi: gdzie w Biblii jest mowa o beatyfikacjach i kanonizacjach?
Niedawno tłumy żyły zmianami na stołku w Watykanie.
Pytanie jest proste: w którym miejscu w Biblii mowa jest o instytucji papiestwa i kościele instytucjonalnym?
A już zupełnie niedawno, właściwie dopiero co, równie liczne tłumy wystawały w kolejkach do spowiedzi, aby uczynić zadość przykazaniu kościelnemu „przynajmniej raz do roku przystąpić do sakramentu pokuty”. Co chcieli uzyskać autorzy tego przykazania i samego sakramentu? Może przekonać ludzi o tym, że Bóg jest istotą niepełnosprawną intelektualnie i bez pomocy „pośredników” nie dogada się z grzesznikami? A może ubezwłasnowolnić Boga, żeby sam o własnych siłach nie był władny odpuścić człowiekowi jego win, tylko potrzebował do tego księży?!
Pytanie nasuwa się samo: w którym miejscu w Biblii padają słowa: „sakrament”, „spowiedź”, „bierzmowanie”, „konfesjonał” itp.?
Jednocześnie całe mnóstwo wiernych, uważających się za prawych i dobrych, niszczy tysiące roślin, żeby na procesjach rzucać je pod nogi księżom lub przybijać gałęzie spustoszonych drzew i krzewów do drzwi. Mienią się obrońcami życia, ale interesują ich głównie antykoncepcja i zapłodnione komórki jajowe, zwierzęta zaś, mimo że cierpią, mają za nic – zabijają je dla futer, dogadzania podniebieniu albo pastwią się nad nimi, „bo są rzeczą, która nie ma duszy”. Nie widzą Boga w tym, co stworzył, ale w mamonie i człowieku. Gardzą największym dobrodziejstwem tego świata – naturą, którą otrzymali od Stwórcy – przyczyny wszelkiego życia. Nie widzą Go w źdźble trawy, w żuku mozolnie gramolącym się na liść, w oczach psa, w podmuchu wiatru, w szumie morza. Czczą za to wizerunki, posążki, miejsca, medaliki, różańce, szaty i kolejnych papieży jako „świętości”. Nazywają cudami wydarzenia takie jak to, o którym niedawno rozpisywała się prasa – zsunięcie się koron z figur w jarosławskim kościele i zdają się nie dostrzegać, że prawdziwym cudem byłoby, gdyby korony same wskoczyły na figury.
Jak ciemny musi być człowiek, który nie rozumie istoty bytu niematerialnego i tworzy sobie Boga na swoje podobieństwo? Ile warta jest folklorystyczno-obskurancka religijność bez wiary?

10 komentarzy:

  1. W ramach odpowiedzi na zmieniające się zapotrzebowanie społeczne, Kościół może z Biblii wyprowadzić praktycznie wszystko. Po to ona jest. Jak trzeba, każą ją rozumieć dosłownie, albo w razie potrzeby - symbolicznie. Kościół zawsze uzurpował sobie prawo do jedynego słusznego tłumaczenia z boskiego na ludzkie w imię własnego dobra, żądzy władzy i majątku. Ludzie to kupują. a ci próbujący obcować z Absolutem na własną rękę do Kościoła należeć nie mogą. Pat i klops. No to pędzą owieczki w ten wstrętny ersatz.
    Co do kwestii bytów niematerialnych, jestem wystarczająco ciemny, bo uważam że ogród Natury jest tak porażająco piękny, że na cholerę mi w nim jeszcze jakieś wróżki? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cholera, byłam w sobotę w takim miejscu, że na kolana powala, a dowolna ludzką ręką zrobiona katedra, nawet najbardziej gotycka z gotyckich, może mu buty czyścić! Jedna ze świątyń Natury, na bank.

      Usuń
  2. Zbrzydziły mnie kiedyś w Częstochowie butelki (chyba po płynie do prania Kokosal) przetłoczone w postać Matki Boskiej, a zakrętka miała kształt korony. Poza tym cała reszta "sakraliów" też. O, wyszło mi niechcący "ssakraliów", ale chyba dobrze wyszło, bo to służy do wysysania kasy od maluczkich :)
    Jeśli nie ma wiary w człowieku, to to wszystko psu na budę się zda...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I odwrotnie. Wierze nie potrzebne żadne artefakty.

      Usuń
  3. Samo sedno i dobitne podkreślenie ;) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Nic dodać, nic ująć. Niestety. Co niedziela w kościółku, raczki złożone i do komunii pędzą, a po nóz w plecy bliźniemu wbiją. Zresztą napisałaś wszystko, co trzeba.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nigdzie i o niczym takim! Na religię chodziłam do matury! Ale było to lata temu.
    Masz rację! Biedny Pan Bóg!

    OdpowiedzUsuń