wtorek, 23 kwietnia 2013

153. Ciężko ranny ptaszek



Każdy w tym kraju wie, że Polak jak głodny, to zły. Ale już niekoniecznie każdy wie, że głodna Frau Be to pół biedy – gorzej z Frau Be niewyspaną.
Niektórzy wyplatają mi tu (i ówdzie) farmazony, że niby taki ze mnie ranny ptaszek, bo posty o 500 publikuję. No to chyba żeby ciężko ranny! To i owszem, o tej porze jak najbardziej. Ranny w cały organizm. A posty publikują się same – kto ma blog, ten wie, że wystarczy napisać i ustawić precyzyjnie datę oraz godzinę publikacji. To, że czasem wypadnę z jakimś komentarzem u kogoś o jakiejś pogańskiej porze, jest złudne jak obietnice przedwyborcze Tuska. Problem leży w Szefie, który tak ustawił mi robotę, że zaczynam przeważnie w okolicach 700 i ani minuty później. To znaczy w środku nocy. Mój organizm traktuje to jako absolutny kosmos i reaguje totalną zmułą. Samoczynnie budzi się tak gdzieś w okolicach 1100, dlatego, zerwany sztucznie przez budzik, zachowuje świeżutką nieprzytomność do samego południa. Po prostu nie działa. W takiej sytuacji, żeby w ogóle zdążyć, muszę wstać proporcjonalnie wcześnie do moich spowolnionych ruchów. W przypadku wspomnianej 700 jest to 500. Żeby wypić kawę, umyć się, ubrać i pomalować, potrzebuję circa 75 minut. W tym czasie, żeby nie zasnąć nad wanną albo nie wydłubać sobie oka pędzlem, dopalam się pozorowaniem jakichś działań. Np. wizytowaniem cudzych blogów. Ot i cała tajemnica!
Ku pokrzepieniu serc zaprezentuję przykłady działań podejmowanych bez porozumienia ze mną przez mój przedwcześnie wyrwany ze snu organizm.
Zdarta na przykład pewnego zimowego poniedziałku przez odruchowo nastawiony jak co dzień parszywy budzik, tradycyjnie dopełzłam do kuchni macając ściany. Chwiejąc się nad czajnikiem usiłowałam uruchomić choćby pojedyncze szare komórki. Coś mi nie pasowało. Zupełnie nie mogłam sobie przypomnieć, jak spędziłam niedzielę. Nic. Kosmiczna czarna dziura! Sobotę pamiętałam w drobnych szczegółach, ale niedziela – rozstąp się, ziemio! – wykasowała mi się z pamięci na amen. Czyżbym brała udział w taaaakiej imprezie, po której nie pamiętałam nawet faktu jej zaistnienia...? Kompletnie rozmontowana kiwałam się jak pobożny Żyd pod Ścianą Płaczu, patrząc tępo zaćmokanym wzrokiem w kubek przygotowany na kawę. Olśnienie spłynęło nagle. Niedzieli nie było! Niedziela właśnie dopiero się zaczynała... W gwałtownym przypływie błogości wyłączyłam czajnik i bezzwłocznie rzuciłam się z powrotem w piernaty.
Innym razem, jak co dzień, w stanie agonalnym wsiadłam do autobusu, który powiózł mnie w kierunku pracy. Tak mniej więcej w połowie drogi poczułam dziwnie niestosowną wilgoć w okolicy ud. Może w innych okolicznościach byłoby to zjawiskiem pożądanym, ale w tak nieciekawej sytuacji...? Odruchowo podążyłam wzrokiem w kierunku swoich nóg i w pierwszej chwili nie zrozumiałam, co widzę. W drugiej zamarłam. Siedząc sobie wygodnie, na kolanach trzymałam torebkę i... worek ze śmieciami, który zabrałam z domu z myślą o wyrzuceniu go po drodze do śmietnika. Z worka na dodatek ciekło nie wiadomo co i anioł stróż ustrzegł, że nie był to olej ze śledzi! Na najbliższym przystanku wypadłam ze środka komunikacji i dyskretnie pozbyłam się balastu. Niestety, na powrót do domu i przebranie spódnicy nie było już czasu.
I tak to się kręci. Siłą woli wytrzymuję do piątku, kiedy to puszczają wszystkie tamy. O 1500, ewentualnie 1600 padam tak jak stoję i śpię do następnego dnia, przeważnie około 15 – 18 godzin, którymi niedospany organizm uzupełnia braki. Potem już można żyć.

4 komentarze:

  1. Niedospanie jest straszne, nie da się ukryć. Chłop mój, jako młody człowiek po szkole,zaczął pracę w Poznaniu. Żeby dojechać na godzinę szóstą do zakładu, musiał wstać koło 3.45, ubrać się i na węch dojść na dworzec, przekimać się godzinkę w pociągu, potem wsiąść w tramwaj, wysiąść z niego, przesiąść się w autobus zakładowy i już był w pracy ;)
    Zdarzyło się mu, że wyszedł z domu godzinę wcześniej, dojrzał to jakoś na jakimś zegarze po drodze i wracał się do domu ;) albo z tego zmęczenia zasnął kiedyś na koncercie rockowym ... nieludzkie to wszystko :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak słusznie napisała J.Chmielewska w swojej książce, tak wczesne godziny są do dojenia krów. W pozostałych przypadkach nieludzkie. W Twoim przypadku Frau, takie właśnie są. I dla Ciebie i dla uczniów. Też miałam problemy z porannym wstawaniem. Kto, do Jasnej Anielki , to wymyślił?
    Pa:)

    OdpowiedzUsuń