środa, 29 maja 2013

165. "Dwa serca złączone, klucz wrzucony w morze..."



Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, po co ludzie robią takie rzeczy. Kłódki rdzewieją, uczucia jeszcze szybciej... Ozdoba dla mostu to też nader wątpliwej urody. No i ciekawe, co dzieje się w razie rozstania. Piłują...?









niedziela, 26 maja 2013

164. Ukraina: podolski Wersal



Pamiętacie rezydencję księcia Janusza Radziwiłła, którą oglądaliście w „Potopie” Jerzego Hoffmana? To zamek w Podhorcach, jedna z najwspanialszych rezydencji magnackich Rzeczypospolitej, nazywana Podolskim Wersalem. Pod koniec XVII wieku mawiano, że jest najpiękniejszą budowlą w Polsce.
Pierwszym właścicielem miejscowości był Jan Podhorecki herbu Belina, który w 1440 roku otrzymał akt własności z rąk króla Władysława Warneńczyka. W 1633 r. kupił Podhorce Stanisław Koniecpolski herbu Pobóg, właściciel pobliskiej miejscowości Brody, hetman wielki koronny i kasztelan krakowski. W latach 1635 – 1640 w miejscu, gdzie dawniej stał zamek obronny i skąd rozpościera się niezrównany widok na Równinę Wołyńską, Koniecpolski – miłośnik kultury francuskiej – pod wpływem architektury pałaców francuskich, a zwłaszcza zamków nad Loarą, wzniósł palazzo in fortezza (pałac posiadający cechy zamku obronnego). Pałac na stoku gór Woroniaków można było zobaczyć z odległości wielu kilometrów.


Podhorce zostały zapisane przez wnuka Stanisława Koniecpolskiego najstarszemu synowi króla Jana III Sobieskiego – Ludwikowi Henrykowi Jakubowi, a następnie przeszły w ręce hetmana Stanisława Rzewuskiego. Jego potomek, Wacław Rzewuski (pisarz, hetman i marszałek) doprowadził pałac do rozkwitu: dobudował kolejną kondygnację, pokrył czterospadowym dachem, zmienił hełmy nad pawilonami, zwieńczył je postaciami Atlasa dźwigającego na barkach kulę ziemską. Zaprowadził nadworny teatr, w którym wystawiał własne sztuki i ufundował kościół Św. Józefa i Podniesienia Krzyża Świętego zlokalizowany naprzeciw wjazdu do pałacu. Na zboczu wzgórza, z drugiej strony zamku, umieścił tarasowo schodzący w dół ogród włoski. Z pałacu schodziło się prosto do tarasowych ogrodów otoczonych balustradami, kamiennymi grotami, schodkami, podestami, pawilonami, pomarańczarniami i figarniami. W ogrodach znajdowały się także zwierzyniec, pstrągarnia, pasieka, winnica i młyn. Komnaty zamkowe (zielona, żółta, złota, karmazynowa, rycerska) zostały urządzone z przepychem, pokryte stiukami, malowidłami, lustrami, sztukaterią, boazeriami, wyposażone w obrazy, saską i chińską porcelanę, ozdobne piece i kominki oraz kolekcję broni. Najbardziej reprezentacyjnym pomieszczeniem była zbrojownia, w której znajdowały się dziesiątki obrazów, mebli, arcydzieł rzemiosła artystycznego, chorągwi, sztandarów, zbroi, kolczug, szabli i tarczy. Pośród zbiorów znajdowało się między innymi 40 rynsztunków husarii polskiej ze skrzydłami i trofea spod Wiednia. Była to największa kolekcja w Europie.
W czasie rozbiorów w zamku przez kilka lat stacjonowały wojska moskiewskie, później austriackie. Zbiory zgromadzone w zamku uległy rozgrabieniu i rozproszeniu. Część dzieł sztuki została przeniesiona do pobliskiego Oleska – miejsca urodzenia króla Jana III Sobieskiego. Kolejni właściciele – Leon Rzewuski i książę Eustachy Sanguszko doprowadzili zamek do dawnej świetności, lecz w okresie I wojny światowej zbiory podhoreckie znów zostały wywiezione do innych dóbr. W latach trzydziestych XX wieku Sanguszkowie ponownie zaczęli je kompletować, ale II wojna światowa zniszczyła posiadłość. Reszty dopełnił ZSRR: w rezydencji urządzono szpital gruźliczy, a wielki pożar w 1956 r. zawalił stropy i zniszczył wszystkie wnętrza. Zamek popadł w ostateczną ruinę. Cień nadziei wzbudził we mnie rozpoczęty remont, ze względu jednak na kompletny brak pieniędzy ślimaczy się do nieprzytomności. Od 2009 r. do dziś zupełnie się nie posunął.










Usytuowany naprzeciw pałacu w odległości 300 m kościół pod wezwaniem Św. Józefa i Podwyższenia Krzyża Świętego jest istną perełką. Wybudowany został w latach 1752 – 1766 według projektu Karola Romanusa na planie rotundy o średnicy 12 metrów i zwieńczony kopułą. Miał być czymś w rodzaju miniatury bazyliki św. Piotra. Wewnątrz pokryty był wspaniałymi freskami słynnego osiemnastowiecznego malarza polskiego, Łukasza Smuglewicza. Nad potężną kolumnadą koryncką znajdowało się osiem rzeźb wykonanych przez Sebastiana Fessingera i Josepha Leblasa, wyobrażających świętych patronów rodu Rzewuskich, jednak jedna z nich uległa zniszczeniu w czasie II wojny światowej. Nad kolumnami umieszczony został napis „In cultum Domini Dei nostri exodi” („W służbie Panu Bogu naszemu”). Żal ściskał mi serce, gdy oglądałam – jedynie z zewnątrz – to zrujnowane cacko.



czwartek, 23 maja 2013

163. Żadna praca nie hańbi, ale tylko niektórych



Idąc codziennie rano – bardzo rano! – do pracy, mijam młodego, dwudziestokilkuletniego mężczyznę, który zawsze o tej samej porze z zapałem zamiata lub odśnieża (w zależności od pory roku) chodnik. Czasem robi to w deszczu. Krząta się, zbierając liście i śmiecie, plewi przestrzenie między płytkami. W zimie z werwą macha drewnianą łopatą, odgarniając śnieg z chodnika i posypuje go piaskiem. Pogodnie odpowiada pozdrawiającym go przechodniom. Nawet gdy na ulicy jest jeszcze ciemno, a wczesna pora nie nastraja zbyt radośnie, widok tej skromnej i pracowitej osoby wlewa otuchę w zaspane ludzkie jestestwo. Młody pracownik ADM-u zapewne nie zarabia przesadnie dużo, a przecież ma swoje potrzeby, może rodzinę. O pracę jest jednak ciężko, więc nie wybrzydza. Robi to, co może i – co ważne – najlepiej jak umie. Pewnie się nie uskarża, bo na jego twarzy zawsze malują się pogodny uśmiech i życzliwość. A przecież mógłby narzekać – jego praca jest niewdzięczna, ciężka, bo fizyczna, często w trudnych warunkach atmosferycznych, a przy tym „mało prestiżowa”.
W tym miejscu przychodzi mi na myśl postawa, jaką przyjął wobec życia mój bliski kolega. Jakże skrajnie inna!
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz pracował. Ponad czterdziestoletni mężczyzna, bezrobotny, bez prawa do zasiłku, od lat zalegający z alimentami na niepełnosprawne dziecko, żyje na utrzymaniu ciotki-staruszki, która daje mu mieszkanie, wikt i opierunek. Nie wierzę, że przez tyle lat nie da się znaleźć stałej pracy. Myślę, że on jej po prostu nie chce mieć. Pamiętam incydent sprzed kilku lat: Powiatowy Urząd Pracy skierował go w ramach prac interwencyjnych do odśnieżania. Przepracował jeden dzień. Wrócił wściekły i zbulwersowany: „Jak można pracować w TAKICH warunkach?!”. Innym razem również sam zwolnił się z całkiem dobrze płatnego i ciepłego stanowiska, bo... zaczął za dużo zarabiać. To znaczy, na tyle dużo, że komornik zajął mu konto, aby część poborów pobierać na poczet zaległych alimentów. Po co zrywać się i przemęczać pracą, skoro pieniądze i tak pójdą na dziecko, z którym i tak od lat nie utrzymuje kontaktów? Czyż nie lepiej jest oszczędzić sobie fatygi, wyspać się, wypić piwko na koszt przyjaciela, zjeść kolacyjkę u ładnej koleżanki, a może i zostać od razu na śniadanko...?