czwartek, 2 maja 2013

156. "Odpowiednie dać rzeczy słowo", czyli ta nieznośna nowomowa



Zaczyna mi się marzyć powrót do przeszłości. To znaczy do czasów, w których – mimo siermiężności i biedy – bywało po prostu normalnie.
Poszła sobie Nieletnia do koleżanek w liczbie sztuk trzy (plus pięć sztuk rodzeństwa). Grzecznie wróciła o stosownej porze, po czym zaczęła o czymś entuzjastycznie opowiadać.
- A tymczasem Łukasz z Pawłem siedzieli w salonie...
- W czym?! – przerwałam gwałtownie.
- W salonie – powtórzyło dziecko.
- To oni się wyprowadzili? Wybudowali dom...? Gdzie ty właściwie byłaś?! – zdenerwowałam się. Zaprzyjaźnione dziewczynki mieszkały dotąd w pobliskim bloku, prawie po sąsiedzku.
- Jak to przeprowadzili? Spokojnie, mamo. Nigdzie się nie przeprowadzili, mieszkają tu, obok nas. Co ty? – zdziwiła się Nieletnia.
- Przecież powiedziałaś, że Łukasz i Paweł siedzieli w salonie. To gdzie oni niby mają ten salon?
- Co...? A, oni tam tak nazywają ten ich duży pokój.
Aha. Aha. Wdech. Wydech.
Dziesięć osób (rodzice + ośmioro dzieci) upchniętych na 50 metrach kwadratowych z malutkim balkonikiem w betonowym bloku posiada „salon”, podobnie zresztą jak 90% znanej mi blokowej populacji. Dlaczego mnie to w ogóle jeszcze dziwi? Może dlatego, że moja wybujała osobowość wciąż ma trudności adaptacyjne zachodzące tam, gdzie występuje zjawisko wyżej srania niż dupy posiadania? Moja Niania nieboszczka miała na to całkiem stosowne powiedzenie: „nie widziała dupa słońca, ogorzała od miesiąca”.
Zapewne z tych samych powodów ucieszyła mnie niezmiernie reakcja koleżanki, której mąż wpadł do domu w przerwie od pracy i zażyczył sobie spożyć lunch.
- Co proszę? – zapytała uprzejmie koleżanka.
- Co jest na lunch? – powtórzył cierpliwie mąż.
- Lunch, powiadasz... – powiedziała złowieszczo, kierując kroki do kuchni. – Obawiam się, że nic nie ma.
Po chwili opuściła kuchnię, dźwigając oburącz jakiś garnek. Bez słowa wyminęła męża i weszła do łazienki, z której po chwili dobiegł odgłos spuszczania wody w sedesie. Mąż poruszył się nerwowo.
- Co ty zrobiłaś? – wykrzyknął podejrzliwie.
- Wylałam żurek – odpowiedziała zimno. – Miał być na obiad, ale ty życzyłeś sobie lunch, a ja akurat nie wiem, co to takiego.
- Zwariowałaś?!
- Ależ kochanie – powiedziała, nie tracąc zimnej krwi – nie denerwuj się. Wieczorem będzie kolacja. A teraz biegnij do pracy, pa.
Muszę przyznać, że niezbyt lubiana przeze mnie w normalnych warunkach koleżanka w tym momencie mi zaimponowała.
Czasem wydaje mi się, że nikt już dzisiaj nie szanuje słów. Nie wiem, jak innych, ale mnie potwornie denerwuje zarówno dewaluacja pojęć utrwalonych w języku, jak i niczym nieuzasadnione udziwnienia.
Pisałam już kiedyś o nadużywaniu słowa „depresja”, więc tylko przypomnę, że nastała drażniąca moda na nieuprawnione posługiwanie się posługiwanie się tym terminem. Oznacza on poważną i wyjątkowo antypatyczną chorobę, tymczasem co krok słyszy się „mam depresję”, bo np. odcień szminki nie współgra z kolorem lakieru do paznokci albo koleżanka wystąpiła na imprezie w takiej samej bluzce.
Wyrazem, który działa na mnie jak czerwona płachta na rozjuszonego buhaja, jest także „gwiazda”. Mianem tym obdarzano niegdyś jednostki naprawdę wybitne i przez to znane nie tylko w swoim własnym kraju, wyjątkowe, wyróżniające się niepowtarzalnym talentem aktorskim, piosenkarskim czy sportowym i niebanalną osobowością. Dziś natomiast wszystko, co się rusza i na drzewo nie spieprza, nazywa się „gwiazdą”. Twarz nieznana, nazwisko nieznane, najwybitniejsze osiągnięcie to udział w serialu dla inteligentnych inaczej albo występ w gdak-show o sprzątaniu w sam raz dla kurzych móżdżków, ale „gwiazda” jest! Gdyby dobrze się przyjrzeć, to mogłoby się okazać, że zwyczajni aktorzy, piosenkarze, prezenterzy już w ogóle nie istnieją.
Oprócz odbierania wyrazom ich znaczenia, drugim nieznośnym zjawiskiem jest pojawianie się na masową skalę idiotycznych, okropnych wyrazów, często tworzonych na bazie nieuzasadnionych, niepotrzebnych zapożyczeń. Zasada czerwonej płachty i rozjuszonego buhaja jak najbardziej w tym wypadku się do mnie stosuje. W modzie jest taki na przykład „singiel”, słowo-wytrych skutecznie zabijające całą gamę odcieni braku partnera życiowego. Mamy w języku polskim bardzo precyzyjne określenia: „panna”, „wdowa”, „rozwódka”, „osoba samotna”, tymczasem obcy i na dodatek niekonkretny „singiel” wyraźnie uważany jest za coś lepszego od nich. Ciekawe, dlaczego!
Gorszy od „singla” jest chyba tylko „celebryta”. Tu już w ogóle ręce opadają niżej kolan. Kto to w ogóle jest?! I czy na pewno nie ma normalnych słów na określenie tego kogoś, kimkolwiek by nie był? A może właśnie chodzi o to, że celebryta jest nikim i jakoś to trzeba nazwać...?
O kretyńskim „designie” i o „designerach” nawet pisać mi się nie chce. Tutaj pojawia się wręcz kwestia z pogranicza filozofii – mianowicie zagadnienie wyglądu ludzi oraz pospolitych przedmiotów. Co było, kiedy nie było designu? Nic...? Próżnia...? Przedmioty nie wyglądały...?!
A swoją drogą, ciekawa jestem, w co ubierali się kiedyś ludzie, zanim im się w dupach poprzewracało i zaczęli nosić T-shirty. I jak radziły sobie te nierozgarnięte kobiety, które w zamierzchłej, straszliwej dobie braku brafitterek nie były w stanie samodzielnie nabyć biustonosza? Zapewne dyndały nieujarzmionymi cyckami poniżej pasa! Tak to jest, jak się matematyki nie uczyło – zmierzenie obwodu w klatce piersiowej bywa wówczas zadaniem nie do rozwiązania.
I tylko rodzice mieli w tych strasznych czasach lepiej niż dziś. Mogli zwyczajnie zapłacić za wczasy lub kolonie i w ten sposób pozbyć się swoich pociech, fundując im wakacyjny wypoczynek. Dziś muszą go „sponsorować”, a na to, jak wiadomo – w odróżnieniu od zwyczajnego płacenia – potrzebne są zupełnie inne pieniądze. Kto wie, może takie – nie sponsorowane, a zwyczajnie opłacone wczasy czy kolonie – w ogóle nie spełniają swojej funkcji?

20 komentarzy:

  1. Mam to samo co Ty. Wstręt do zapożyczeń.
    Rozumiem, w danym języku jakieś słowo nie istnieje, w co wątpię, i trzeba jakiegoś użyć. W każdej innej sytuacji, jest to dla mnie, nie do pomyślenia. Nagminne używanie angielszczyzny mnie mierzi. Można przecież używać rusycyzmów. Jedno i drugie tak samo "dobre". Rusycyzmów Polacy nie chcą, a angielszczyznę uwielbiają? Tacy światowcy z nich się zrobili, chociaż wielu nosa poza granice Polski nie wyściubiło. Fe!
    :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa, światowcy... od krowich ogonów, głównie z awansu społecznego.

      Usuń
    2. No to ja się wypowiedziałam wczoraj w temacie dzisiejszym :) "Dzień po" i "dzień przed" mogłam powiedzieć, ale nie... :)

      Usuń
    3. Strasznie mi wstyd... :) Pisała o tym zresztą (nie o moim wstydzie, tylko o nowomowie) Mniszkówna, piętnując modę na wtykanie gdzie się dało i nie dało francuskich zwrotów.

      Usuń
    4. E tam, zaraz wstyd...
      Pierdoły.
      Chyba muszę zabrać Ci trochę czasu na poprawę humoru, tylko nie wiem, kiedy można. Bo...
      ...
      - A ty jak się m​asz? - spytał Pu​chatek.
      - Nie bardzo się​ mam - odpowiedz​iał Kłapouchy. -​ Już nie pamiętam czasów, żebym ​jakoś się miał.

      Usuń
  2. a u mnie słowem miesiąca w kategorii "wnerwiacz", jest "couch". Cholera, ludzie, co takiego niewłaściwego jest w słowie "trener'?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, kolejny kamyczek do ogródka!

      Usuń
    2. Jak to co? Jest polskie!

      Usuń
    3. No, a kto by się tam do tej polskiej gadki przyznawał :P

      Usuń
    4. PS Ciekawa jestem, jakby wciąż takim międzynarodowym językiem była łacina, jak by dzisiejsze latynizmy wyglądały :D

      Usuń
    5. O ja pierdziuńkam... :)))

      Usuń
    6. A że 'złe, bo polskie", to się przychylam. Nie jest trendi ani słit.

      Usuń
    7. Myślę, że te latynizmy niczym nie różniłyby się od dzisiejszych anglicyzmów - byłyby równie gówniane.

      Usuń
  3. Mój ulubiony temat!
    Przesiąkanie języka branżowego do mowy potocznej mnie mierzi. Celują w tym nieszczęśni uczestnicy wyścigów szczurów z wielkich firm ("korpo" słabo mi przez klawiaturę przechodzi).
    Moje "ulubione" to:
    kreatywny,
    brifink
    lancz
    brancz
    mitink
    energetyczny,
    lajfstajlowy
    nie mam wiedzy
    nie ma zgody na

    Lubię za to " chujom precz!" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...i weź, nie pierdol. Nie ma to jak po swojsku! :))

      Usuń
  4. ...właśnie! Po co stosować protezy (językowe) gdy ma się wszystkie zęby? ;)
    Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No chyba, że się nie ma...

      Usuń
    2. ...tak, ale ja o tych protezach odnośnie tych ząbków, które są pisałam :)

      Usuń
    3. To znakomicie zmienia postać rzeczy!

      Usuń