niedziela, 30 czerwca 2013

175. Wolna chata



Sobota, 29. 06. 2013 r., godz. 400 – kompletnie nieprzytomna macham niemrawo kończynami górnymi w stronę białego pojazdu, który unosi w siną dal moje dziecię. O tej porze nocy, przy szczelnie zamkniętych oczach i z mózgiem nie rozpoznającym żadnych bodźców zewnętrznych, nie jestem w stanie rozróżnić, czy to cinquecento, czy autokar na 57 miejsc.
Sobota, 29. 06. 2013 r., godz. 415 – za pomocą plączących się kończyn dolnych, z zaciśniętymi powiekami, macając drogę, docieram jakimś cudem do domu. Po schodach pnę się na czworakach.
Sobota, 29. 06. 2013 r., godz. 416 – bezbłędnie osiągam pokój marszem na azymut, walę się z powrotem do łóżka tak jak stoję i natychmiast zasypiam.
Sobota, 29. 06. 2013 r., godz. plus minus 1400 – wreszcie budzę się wypoczęta i rześka jak pierwiosnek. CHATA WOLNA!!!
Sobota, 29. 06. 2013 r., godz. 1430 – „Wyjechali na wakacje wszyscy nasi podopieczni, gdy nie ma w domu dzieci – to jesteśmy niegrzeczni”... i to bardzo! Właśnie tak. Do powrotu progenitury zamierzam być wyłącznie niegrzeczna. Mmmmm... no więc... sami rozumiecie... malutka przerwa na bycie niegrzeczną...

wtorek, 25 czerwca 2013

174. Napisz o mnie. Szprotka



- Napisz o mnie – powiedziała Szprotka.
Obiecałam jej, że napiszę.

* * *

Znam je obie.
Zawsze były nierozłączne: w szkole, na podwórku, w czasie studiów. Zjadły wspólnie beczkę soli – i to pewnie niejedną. Niemal w tym samym czasie powychodziły za mąż, obie zresztą dość niefortunnie.
Pierwsza uwolniła się od męża tyrana Ruda. Ciężko było. Wynająć mieszkanie, opłacić dzieciom naukę, kupić samochód, by móc dojeżdżać do pracy – to wszystko spoczywało tylko i wyłącznie na jej barkach.
- Dasz radę – mawiała pokrzepiająco Szprotka i jak mogła, tak jej pomagała. – Zresztą, jak tak dalej pójdzie, to niedługo do ciebie dołączę.
Problemy małżeńskie Szprotki narastały lawinowo. W niecały rok później poszła w ślady przyjaciółki. Nie mając swojego mieszkania, także zmuszona była poszukać czegoś do wynajęcia.
- Ty – powiedziała pewnego dnia Ruda – a gdybyśmy tak wynajęły coś większego i zamieszkały razem? Zawsze byłoby łatwiej...
Pomysł okazał się dobry. Kolejne dwa lata Ruda i Szprotka z czwórką dzieci spędziły w niewielkim, drewnianym domku na przedmieściu, wynajętym po przyzwoitej cenie. Dzieliły się obowiązkami, jedzeniem, proszkiem do prania, radościami i kłopotami, jedynym rozsypującym się samochodem należącym do Rudej. Dzieci, praktycznie od pieluch wyrastające ze sobą jak rodzeństwo, teraz były przeszczęśliwe.

* * *

- Wiesz – westchnęła pewnego dnia Ruda – ja to sobie tak myślę, że mam chyba więcej szczęścia niż rozumu. Spotkanie Łysego to jak... jak... – szukała przez chwilę odpowiedniego porównania – jak... trafić kumulację w Lotto!
To prawda. Odkąd Ruda poznała Łysego, jej życie zaczęło nabierać blasku. Nie mieszkały już ze Szprotką w drewnianym domku na przedmieściu. Łysy wybudował duży dom, w którym szybko uwili sobie gniazdko. Długowłosi – bliźniaki Rudej – zaczęli ubierać się w markowe ciuchy i bawić się zabawkami najnowszej generacji. Ruda rozkwitła i piękniała w oczach. Nie musiała już harować na utrzymanie siebie i dzieci. Po tym, co w życiu przeszła, należało jej się. Toteż odpoczywała, pławiąc się w poczuciu szczęścia, bezpieczeństwa i świętego spokoju.
Szprotce udało się stanąć na nogi o własnych siłach, chociaż kupno niewielkiego mieszkanka okupiła ciężką pracą, długami i niekończącymi się wyrzeczeniami. Nie miała innego wyjścia. Była sama na świecie, a przecież miała dzieci. Wyszarzała na twarzy, z cieniami pod oczami, wiecznie zmęczona, stawała na rzęsach, aby niczego im nie brakło. Mimo przemęczenia i trudów życia uśmiechała się często, patrząc na to, co udało jej się osiągnąć w pojedynkę. Przywykła do skromnego życia, dlatego wystarczało jej to, co mieli.

* * *

- A co byś powiedziała, gdybyśmy zabrały dzieciaki na Korsykę? – zapytała jednego razu Ruda, gramoląc się zza stołu. – Ciasno tu u ciebie – stęknęła z niechęcią. – Jak ty wytrzymujesz w tej klitce? Przecież tu się nawet oddychać nie da!
- Siła wyższa – wzruszyła ramionami Szprotka i rozłożyła ręce w geście bezradności. – Tak krawiec kraje, jak materii staje...
- No wiem, wiem – przerwała ze zniecierpliwieniem Ruda. – To co z tą Korsyką? Mamy tam z Łysym takie swoje fajne miejsce.
- Nic – Szprotka ponownie wzruszyła ramionami. – Odpada. Nie stać mnie.
- Oj, nie stać! Przecież nie ciągnę cię na Malediwy!
- No tak – westchnęła Szprotka – tylko że bez względu na to stać mnie będzie co najwyżej na domek letniskowy kuzynki nad jeziorem, a i tego nie jestem pewna.
- Eee – na twarzy Rudej odmalował się niesmak. – Z tobą to ostatnio zupełnie nie można się dogadać. Na Sylwestra nie, bo „kiecki nie mam”, na narty nie, „bo za drogo”, na weekend nie, „bo nie mam czym pojechać” i w kółko to samo. Nawet dzieciom na wakacje będziesz skąpić?
- Ruda, przecież wiesz, że to nie o skąpienie chodzi... Nie mam, po prostu żywcem nie mam! Już nie pamiętasz, jak to jest? Do tego spłacam kredyt... Nic mi nie chce spaść z nieba!
- Już nie przesadzaj! Ja nie pracuję, a jakoś dajemy radę żyć na przyzwoitym poziomie.
- No tak, ale ty masz Łysego, a Łysy ma firmę i stać go na to żeby was wszystkich utrzymać...
- Moja droga – powiedziała Ruda dobitnie, cedząc kolejne sylaby przez zęby, a może tak się tylko Szprotce wydawało. – Nikt ci nie bronił znaleźć sobie sponsora!

* * *

- Ona już zupełnie przestała do mnie przychodzić – powiedziała Szprotka ze łzami w oczach. – Ma nowe towarzystwo i gdzie mnie do nich... Nie mam domu z ogrodem, nie stać mnie na podróże, nie mam w co się ubrać, nie wiem nawet, co to jest to całe SPA... Długowłosi też zapomnieli drogi do moich dzieci. A przecież kiedyś cała czwórka była nierozłączna...
Szprotka popatrzyła na mnie lśniącymi oczami.
- Napisz to. Napisz, jak się traci przyjaciół.
Napisałam. Happy endu nie będzie.

sobota, 22 czerwca 2013

173. Rumunia: Şurdeşti



Şurdeşti to malutka wioszczyna położona w okręgu Maramuresz, w której zatrzymał się czas.



Ludzie mieszkają w domach, jakich u nas na próżno by już szukać. To właśnie tutaj widziałam babinkę w roboczym fartuchu, która za pomocą sierpa kosiła trawę w rowie. Inne krzątały się w obejściach, z ciekawością zerkając na turystów.




Skarbem Şurdeşti jest XVII-wieczna cerkiew pod wezwaniem Świętych Archaniołów z 1766 r. Na jej teren prowadzi brama opatrzona podobiznami Archaniołów Michała i Gabriela.




Została wybudowana w całości z drewna dębowego, bez użycia metalowych gwoździ. Posiada najwyższą wśród zabytków architektury drewnianej wieżę, mierzącą 54 metry i podzieloną na trzy kondygnacje. Sam hełm z iglicą ma ponad 20 m.






Wewnątrz zachowała się polichromia z 1810 r. namalowana temperą bezpośrednio na deskach.










W bezpośrednim otoczeniu cerkwi znajduje się stareńki cmentarzyk.




Każdego dnia w południe dzwony w Şurdeşti obwieszczają Anioł Pański, przypominając jednocześnie zwycięskie odparcie Turków spod Belgradu. Zwyczaj ten kontynuowany jest od początku istnienia cerkwi.