niedziela, 16 czerwca 2013

171. Życie jadem nasączone



Z pełnym szacunkiem dedykuję ten post naszej blogowej DD, którą podziwiam i która jest zaprzeczeniem wszystkiego, co zostało napisane poniżej.
Da się być sympatyczną i życzliwą mimo ciężkich przeciwności? Da się!

Czasem, gdy mam dużo czasu i specjalną ochotę, rozglądam się za blogami nadającymi się do poczytania (niestety, coraz trudniej o nie). Klikam wówczas w linki na blogach, na które weszłam i tak dalej. Pewnego razu trafiłam w ten sposób na niesłychane zapiski kobiety wychowującej niepełnosprawną córkę. Sytuacja, jakich znamy dziesiątki: czteroosobowa rodzina, urabiająca sobie ręce po łokcie matka, niepełnosprawna nastolatka po maturze, nieco młodszy brat, ojciec pracujący dorywczo, domowy zwierzyniec i mieszkanie w bloku. Wiadomo – tam, gdzie jest choroba, nigdy nie ma lekko. Pieniędzy brakuje, doba wydłuża się nieznośnie w kolejne godziny harówki, odpoczynku jak na lekarstwo, a niepełnosprawne dziecko wymaga opieki i pomocy. Tak, osoby, które dzień po dniu zmagają się z chorobą, obojętnie – swoją czy kogoś bliskiego – zazwyczaj budzą w nas współczucie, podziw, szacunek, wyzwalają chęć pomocy. Z takim nastawieniem zajrzałam na wspomniany blog. To, co przeczytałam w losowo wybranych postach, najpierw wprawiło mnie w osłupienie, a potem spowodowało, że z niedowierzaniem w ciągu kilku kolejnych dni przedarłam się zachłannie przez całość, post po poście. Podejrzewam, że był w tym jakiś rodzaj masochizmu. Odkryłam przy tym, że autorka prowadzi równolegle drugi blog na innym portalu. Nic dziwnego: takiej dawki nienawiści, jadu, chamstwa i prostactwa na jednym po prostu by nie zmieściła!
Rozumiem, że wszyscy ci, którzy w jakiś sposób zostali poszkodowani przez los, noszą w sobie mniejsze lub większe poczucie krzywdy i mają do tego pełne prawo. Mają również prawo do złości na takie a nie inne koleje życia i nieprzychylnych ludzi, do zmęczenia i rozżalenia. Ale z taką nienawiścią do wszystkiego, co żyje i z takim gejzerem bluzgów na każdego bez wyjątku spotkałam się w życiu po raz pierwszy. Czytając, odnosi się wrażenie, że świat zaludniony jest wyłącznie wrogimi autorce i jej córce istotami, które tylko czyhają, aby wyrządzić im kolejną, nieludzką krzywdę. Przy tym sama autorka jest chodzącym ideałem, a córka nawet przewyższa matkę w doskonałości. Wszyscy wokół są źli: lekarze, rehabilitanci, logopedzi, nauczyciele, sąsiedzi, ludzie obcy i znajomi, przechodnie na ulicy, sprzedawczynie w sklepach, urzędnicy, księża, zakonnice, koleżanki z pracy, dzieci i młodzież, szefostwo, współpracownicy, mąż, bliższa i dalsza rodzina, Bóg, matka, babka... Absolutnie, totalnie, całkowicie, zupełnie, bez wyjątku WSZYSCY!
Człowiek, który spojrzy z życzliwością albo nieopatrznie zada jakieś drażliwe pytanie – bez podtekstu i złych intencji – natychmiast jest o nie posądzony i poczęstowany stekiem wyzwisk, nie tylko w blogowych zwierzeniach, ale, jak wynika z opowieści, często-gęsto i w realu. Paleta epitetów jest barwna; od „chuja” pisanego przez „h” po „moher” pisany przez „ch” – bez względu na wiek, płeć i zawód. Nawet ci, którzy nie ujawniają „wrogich” (czyli tak naprawdę żadnych) zamiarów i żyją własnym życiem, tyle, że w zasięgu wzroku autorki, obrywają za dosłownie wszystko: za kolor włosów, za ubiór, za figurę, za fryzurę (kobieta deklaruje przy tym, że nie ocenia ludzi po wyglądzie!), za zawód, za dochody, za to, że żyje. Nawet nie stara się ukrywać rozsadzającego ją od środka wulkanu nienawiści. Nie przebiera w słowach. Przy tym mieni się osobą wykształconą, posługując się jednocześnie językiem gminu właściwym jej kondycji (pracuje fizycznie jako robotnica „przy taśmie”) i ortografią wołającą o pomstę do nieba, podkreśla wielokrotnie, że jest „po taaaakich szkołach”. Nie wiadomo jednak, po jakich i czy w ogóle po jakichś. To, co i w jaki sposób pisze, każe w to powątpiewać. Deklaruje nienawiść do męża (tak, używa właśnie tego słowa) i dobre samopoczucie wyłącznie pod jego nieobecność, a jednak nie robi nic, aby się od niego uwolnić. Skarży się wreszcie, że nie ma już siły do córki, która wciąż histeryzuje, zachowuje się jak udzielna księżna, kaprysi i każdy człowiek wyprowadza ją z równowagi, mimo że jest taka idealna. A przecież ta dziewczyna od 20 lat patrzy na matkę i słucha jej „jobów”, w myśl których każdy musi być zły i chcieć wyrządzić jej ciężką krzywdę samym faktem, że chodzi po ziemi, a poza tym zdążyła przywyknąć do pozycji rozkapryszonej księżniczki, którą wszyscy, z matką włącznie, mają obowiązek nosić na rękach, piać peany na jej cześć i być na jej usługach.
Tymczasem znam wielu ludzi, którzy mają dzieci dużo bardziej chore i kompletnie niesprawne, a jednak potrafią z pokorą i choćby odrobiną pogody znosić swój los. Przede wszystkim jednak nie dyszą żądzą mordu na każdej jednostce ludzkiej, która nie jest nią samą albo jej dzieckiem.
Czegoś równie ohydnego dawno nie widziałam.

6 komentarzy:

  1. "Pokora" źle mi się kojarzy. Ja bym raczej nazwała to "nietraceniem sił na walkę z wiatrakami, tylko robienie swojego w życiu".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uczyłam dokładnie takiego słowa, jakiego zamierzałam. Są rzeczy w życiu, które uczą człowieka pokory nawet, jeśli ten jej nie ma. Nie wiem, z czym złym może kojarzyć się pokora.

      Usuń
  2. No i kto tu jest złą kobietą? Be, przyznaj, że słabo wypadasz. Bo z przedstawionej relacji nie wyłazi nieszczęście, bezsilność, czy wołanie o pomoc. Tylko zło. W czystej nieortograficznej chamskiej postaci.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ciekawe, czy ten blog jeszcze istnieje. Z drugiej strony, piszące taki blog osoba, gdzieś swoją frustrację musi "wywalić".
    Wolałabym tego bloga nie czytać.
    Pa:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy istnieje i pewnie nawet nie umiałabym go znaleźć. To było bardzo dawno, gdy na niego wdepnęłam. Nie starałam się zapamiętać, bo i po co?

      Usuń