sobota, 3 sierpnia 2013

181. Byle co, czyli parę myśli niepozbieranych



Jakoś nie mogę się pozbierać. Głównie intelektualnie. To przez to beztroskie, słodkie, rozkoszne rozleniwienie. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w kompletnym odrealnieniu, w innym, jak zawsze zachwycającym i zdumiewającym świecie. I cholernie mi z tym dobrze. Było mi to bardzo potrzebne. Każdy zresztą potrzebuje raz na jakiś czas zmiany otoczenia, środowiska i codzienności, w jakiej jest osadzony. Nieważne, dokąd się uda i w jakim towarzystwie – byle mu odpowiadały. Ważne, aby zmienić na chwilę przestrzeń, zapomnieć na trochę o powszednich problemach, odetchnąć innym powietrzem, a przede wszystkim spędzić czas tak, jak się lubi: mocząc wędkę w strumieniu, wspinając się na Mount Everest, majsterkując w szopie na Mazurach, czytając książkę w hamaku na Hawajach albo ocierając pot z czoła przy zwiedzaniu Pcimia. Mnie się to udało. Przemierzyłam kawał świata, zobaczyłam mnóstwo fascynujących miejsc, zrobiłam kilka tysięcy zdjęć i spędziłam czas w lubianym towarzystwie. Przez 14 dni żyłam w innym wymiarze, ładując akumulatory na cały rok. O to właśnie chodziło.
Pośród śmiechu i beztroski znalazła się i chwila zadumy nad ulotnością człowieczego bytu i nad umiejętnością wykorzystywania tego, co ma do zaoferowania. Dzień po katastrofie, która pochłonęła dziesiątki ofiar, przybyłam do Santiago de Compostela. Wjeżdżając do miasta widziałam miejsce, w którym się to stało, szczątki pociągu i dźwigi do ich podnoszenia, opuszczone flagi i białe kartki z czarnymi wstążkami w oknach budynków. Zawsze w takich chwilach myślę o tym, jak bardzo nie warto przejmować się duperelami i jak ważne jest, aby cieszyć się pełnią życia. Tego nauczyli mnie moi rodzice i dziadkowie. W każdej sytuacji zachowywali pogodę ducha, nagradzali się za ciężką pracę, obowiązkowo jeździli na długie wczasy, inwestując przede wszystkim w siebie, a dopiero potem w dobra materialne. Jestem im za ten wyniesiony z domu wzorzec niezmiernie wdzięczna. To nic, że od dwóch lat zbieram pieniądze na remont łazienki i że odmówienie sobie tych dwóch tygodni znacznie by przyśpieszyło inwestycję. Mury nie zając, nie uciekną i nie zabiorę ich ze sobą do grobu. Wolę raz w roku zaszaleć, bo tego, co przeżyję, nikt mi już nie odbierze. Przyjemność odpoczynku, radość zabawy i nowe, niezapomniane wrażenia pozostaną na zawsze moje.
I tak od niemocy umysłowej wychodząc, doszłam do rozważań nieomal filozoficznych, aby powrócić do myśli w gruncie rzeczy wiodącej: muszę od nowa zaadaptować się do nowych-starych warunków, realnych i wirtualnych. To znaczy – pozbierać myśli, które bujają jeszcze, rozproszone, gdzieś w obłokach.

10 komentarzy:

  1. Cieszę się, że dzielisz się tu swoimi "filozoficznymi" przemyśleniami, cieszę się, że jesteś typem człowieka, który rozumie, że tzw. "duperele" to nieważne sprawy, cieszę się, że mogę tu Ciebie czytać, pomimo, że nie zawsze Twój punkt widzenia jest również moim. Ale właśnie o to chodzi aby poznawać opinie innych szanując je przy tym :)

    ps. Cieszę się, że jesteś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, masz! Cóż to za spontaniczny wybuch radości! :))

      Usuń
  2. NORMALNY!!!
    Przyzwyczajaj się :)))
    O kulturze i rodzajowi tego co piszesz. Chapeau bas!

    OdpowiedzUsuń
  3. ...no, Frau Be, znowu spotkałyśmy się na tej samej drodze...dokładnie tak i dokładnie po to i ja nauczona przez Tatę żyję, co tam dobra materialne, one dziś są , jutro może ich nie być, poza tym przyklejają się jak niepotrzebne błoto do butów, ograniczając ruchy, a obrazy, zapachy, zachwycenia takie swoje, takie własne, dla innych czasem, albo i często niezrozumiałe..pozostają na zawsze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My chyba w ogóle jedną drogą idziemy...

      Usuń
    2. ...coś mi się zdaje, że nie chyba a na pewno...

      Usuń
    3. Na pewno jest ileś tam punktów stycznych.

      Usuń