niedziela, 25 sierpnia 2013

185. Rumunia: Moeciu de Jos, czyli do czego służy okno w kabinie



W odległości 6 km od Branu położona jest wieś Moeciu de Jos. Jak inne wioski rumuńskie, umiejscowiona jest w zakątku, gdzie czas płynie jakby dużo wolniej niż gdzie indziej. Na spokojnym odludziu pośród łagodnych, zielonych wzniesień stoją zwyczajne domy tradycyjnie ogrodzone pochylonymi płotami z drewnianych sztachet i otoczone podwórkami pełnymi soczystej zieleni. Póki co, terror kosiarek wygryzających wszystko do łysej ziemi jeszcze nie jest tam zauważalny. Wokół rozciągają się malownicze pagórki, na których niekiedy można dostrzec pasące się baranki.








W Moeciu znajduje się również pensjonat przyjmujący turystów, który na kilka dni stał się naszym mieszkaniem. Właściciele i pracownicy pensjonatu dwoili się i troili, aby nam dogodzić i choć w części wynagrodzić niedogodności skromnych warunków. Rzeczywiście, standardy, jakim podlega pensjonat, są nieco oryginalne. Wraz z Tobołkową wylądowałyśmy w pokoju na samej górze, gdzie oprócz zwykłego tapczanu miałyśmy do dyspozycji łoże wielkości lotniska. Postanowiłyśmy spać razem. Między nami zmieściłoby się jeszcze, lekko licząc, kilka osób. Od razu mi się spodobało! Mogłam się do woli wiercić i rozwalać, nie naruszając spokojnego snu przyjaciółki.
Wieczorem pierwszego dnia udaliśmy się grupką na rekonesans. Ze zdumieniem odkryliśmy, że miejscowa ludność wciąż przemieszcza się konno na oklep, równie naturalnie jak samochodami. Z przydomowych ogródków dobiegał nas zapach trawy, na poletkach schło siano i dojrzewała kukurydza, psy i koty leniwie obserwowały idących drogą, a w przydrożnych rowach żaby dawały koncert nad koncerty. Kumkały, rzecz jasna, po rumuńsku.



Gospodarze urządzili nam na powitanie „rumuński wieczór”, z poświęceniem grillując rozliczne baranie kiełbaski, serwując przepyszne sery i palinkę, po której wszyscy z zapałem poszli w tany przy dźwiękach oryginalnej rumuńskiej muzyki. Gospodarze i kelnerzy dali popis tradycyjnego rumuńskiego tańca, przy którego oglądaniu można było dostać oczopląsu, tak szybko mieszały się ich nogi. Zdjęcie, niestety, nie oddaje jego dynamiki. Nauka kosztowała nas wiele potu i okrutną zadyszkę. Do dziś jednak z ogromnym sentymentem wsłuchuję się w brzmiące w uszach dźwięki śpiewanej na żywo pieśni, niosącej się echem po całym Moeciu i odbijającej się od wzgórz.


Jako jedyne z naszej paczki miałyśmy z Tobołkową balkon. To ten widoczny u samej góry po lewej, pod mniejszym dachem. Tak, wzrok nikogo nie myli: wiszący na nim ręcznik w jedynie słusznym, czerwonym kolorze, należy ni mniej, ni więcej do Frau Be!


Decyzja o tym, że wieczorne imprezki odbywać się będą właśnie na naszym balkonie, zapadła przez aklamację. Należy dodać, że zajmowany przez nas „apartament” wyposażony był dość osobliwie: okno w łazience znajdowało się... w kabinie prysznicowej, a na dodatek wychodziło na balkon, co widoczne jest na zdjęciu. Jednego wieczoru, gdy Tobołkowa brała jeszcze prysznic, rozochocone towarzystwo uplasowało się już na stanowiskach i otworzyło butelkę.
- Trzymaj! – krzyknął Major do okna, wkładając przez nie rękę z kieliszkiem prosto pod prysznic. Po chwili wysunęła się stamtąd namydlona kończyna Tobołkowej z pustym naczyniem.
- Poproszę jeszcze – dobiegł nas pogodny głos na tle szumu lejącej się wody. Tą samą drogą przeszło jeszcze kilka kolejek, dzięki czemu dokonująca ablucji przyjaciółka nie była stratna. Budzący wcześniej nasze zdumienie pomysł architektoniczny spotkał się w tym momencie z pełnym zrozumieniem.



10 komentarzy:

  1. Woda z prysznica była zapojką czy rozcieńczalnikiem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ani tym, ani tym. Li i jedynie rozpuszczalnikiem brudu :) A swoja drogą... Tuż przed Tobołkową brałam prysznic ja. Z nadmiaru wrażeń pomyliłam szampon do włosów (MIĘTOWY) z żelem do higieny intymnej. Nie pytaj, co czułam...

      Usuń
    2. A idź! Myślałam, że ze skóry wyskoczę, tak piekło.

      Usuń
    3. ...znam i opisałam sytuację, gdy facet umył się damskim żelem do higieny intymnej, ale się darł ;)

      Usuń
  2. ...widoki, że dech zapiera...
    Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie, jakich u nas już chyba nie ma...

      Usuń
  3. Może, gdzieś tam, coś takiego stoi, ale raczej jako skansen. Chociaż, podobne miejsca widziałam w Augustowie i jego okolicach. Czyli na Suwalszczyźnie i na Litwie. Może nie aż tak strome góry tam mają , ale pagórki na pewno i oczywiście odpowiednio stare zabudowania.
    :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Suwalszczyzna to chyba dość zacofany region.

      Usuń