wtorek, 3 września 2013

188. Rumunia: skok na Bran i Roszpunka w wieży



Jednego wieczoru zachciało nam się z Tobołkową obejrzeć zamek Draculi w wieczornym oświetleniu. Bez namysłu pomaszerowałyśmy na rozlatujący się przystanek ichniego „PKS-u”. Brakowało chodnika, połowy zadaszenia, szczebelków w ławce i rozkładu jazdy. Beztrosko postanowiłyśmy czekać na niewiadome, przyglądając się tymczasem bocianiemu gniazdu na najbliższym domu.


W niedługim czasie od strony pustego „centrum” wymarłej o tej porze wsi nadciągnął pijany autochton i opadł na wybrakowaną ławkę. W przypływie desperacji, całkiem bez nadziei na porozumienie, zapytałam go po polsku, czy nie wie przypadkiem, o której będzie autobus do Branu. Tobołkowa patrzyła na nas zachłannie. Dla trącącego alkoholem Rumuna moje pytanie musiało zabrzmieć jak kompletnie niezrozumiały bełkot, zatem to, co się wydarzyło w następnej chwili, ewidentnie zalicza się do kategorii „cud”. Nie dość bowiem, że zostałam w jakiś nadprzyrodzony sposób zrozumiana (i to obala mit o zamraczającym wpływie alkoholu na umysł – moim zdaniem stało się raczej odwrotnie!), ale na dodatek i ja (będąc całkiem trzeźwą!) zrozumiałam odpowiedź udzieloną w całkowicie nieznanym mi języku. W myśl tego, co oznajmił napity tubylec, autobus zmierzający do Branu miał pojawić się za cztery minuty. I przyjechał! Ze wzruszeniem skonstatowałyśmy, że oto przyszło nam przejechać się niesłychanym rupieciem, całkiem jak w czasie sielskiego dzieciństwa datującego się na lata siedemdziesiąte. Po polsko-rumuńskiej wymianie informacji nabycie u kierowcy dwu sztuk biletów do Branu było już łatwe jak spożycie bułki z masłem.
Bran nocą wprawił nas w osłupienie. Na dole, w bezpośrednim sąsiedztwie zamku rozkwitło tzw. nocne życie. W jedynej czynnej kawiarni, przy stolikach pod gołym niebem siedzieli ludzie. Konsumpcji towarzyszyła rozrywka kulturalna w postaci oglądania filmu wyświetlanego... bezpośrednio na murze.


W pobliskim „pasażu” (jak go zwał, tak go zwał) sklepiki i stragany były już pozamykane. Nieczynne było również lokalne kino, ale drzwi wejściowe i wyjściowe były otwarte, zapewne celem przewietrzenia sali. Zajrzałyśmy do ciemnego pomieszczenia i ponownie doznałyśmy wstrząsu: ekran wisiał sobie zwyczajnie na stojaku, a liczba miejsc wynosiła... 24 (cztery rzędy po 4 i ostatni, piąty rząd – 5). Uwieczniłam to na zdjęciu monitora wyświetlającego obraz z kamery.


Po Branie pałętało się jeszcze sporo ludzi, ale tak naprawdę już nie było co robić. Obleciałyśmy więc zamek dookoła, co także niewiele dało, bo zrobiło się ciemno i zdjęcia wyszły marne.


Zdecydowałyśmy, że pora wracać. Dyndać piechotą 6 kilometrów po ciemku wcale nam się nie uśmiechało, więc poszukałyśmy przystanku. Scenariusz praktycznie się powtórzył. Na lekko zdemolowanym stanowisku nie było poza nami żywego ducha, rozkładu jazdy także nie. Na dodatek zrobiło się jeszcze ciemniej. Tylko zwariowany księżyc jak nadgryziony rogalik świecił romantycznie nad owianym złą sławą zamczyskiem.


Pewności, że coś jeszcze pojedzie, nie miałyśmy żadnej. Za jakiś czas pojawił się jednak chłopczyk z rowerem, którego natychmiast zaczęłam emablować na tematy komunikacyjne. Dowiedziałam się (równie tajemnym sposobem, co poprzednio), że owszem, za 10 minut przyjedzie upragniony przez nas autobus. Mrok zgęstniał, gdy tylko wyjechałyśmy z Branu. W kompletnych ciemnościach (wszelkie oświetlenie uliczne pozostało na terenach cywilizowanych) wysiadłyśmy przez pomyłkę o jeden przystanek za wcześnie. Potykając się w atramentowej czerni o własne nogi (żeby nie było nieporozumień – chodników też nie było) i chichocząc niefrasobliwie, dotarłyśmy w końcu na miejsce. Upojone sukcesem, postanowiłyśmy go uczcić. O dziwo, we wsi był jeszcze czynny sklep, przed którym stały ławy i parasolki. Nabyłyśmy zimne piwo i poszłyśmy bratać się z tubylcami. Co prawda nie rozumiałyśmy ani słowa z tego, co mówili – i zapewne vice versa, ale towarzystwo było młode i przystojne, więc porozumienie kwitło bujnym kwieciem. Śmiechu było co niemiara!
W wyśmienitych humorach wróciłyśmy do pensjonatu, gdzie entuzjastycznie powitano nas jako zaginione, a cudem ocalałe ofiary Draculi. Jak zwykle decyzję podjęłyśmy spontanicznie i nie przyszło nam do głowy nikomu się opowiadać.
- A tu wszędzie pełno tej kukurydzy rośnie... – powiedziała żałośnie Beti.
- Yyyy... i cóż stąd? – zapytałam zbita z pantałyku. Jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić, jakie niebezpieczeństwo mogło nam zagrażać ze strony tego sympatycznego zboża.
- No bo w tej kukurydzy... – zaczęła tajemniczo – w tej kukurydzy mogą siedzieć zboczeńcy. I jak oni się jej nażrą, to wyjdą i będą nią bekać... i bekać...
Oświadczenie Beti zabrzmiało zaskakująco, ale nie miałyśmy czasu nad nim się zastanawiać. Obok nas przemknął Shrek ze złowróżbną miną.
- Jak kto ma jakaś protezę, to do kieszeni chować i pilnować w czasie snu – oznajmił ponuro.
- Że co proszę...? – wyrwało się Tobołkowej.
- Dracula zęby kradnie! – zakomunikował Shrek złowieszczym tonem i przepadł w ciemnościach.
- Wam to dobrze – rzekła Beti. Mieszkacie na samej górze, może do was nie przyjdą.
- Kto?! – wykrzyknęłyśmy z Tobołkową obie naraz.
- No... Dracula... i zboczeńcy... bo będą bekać... Jesteście jak Roszpunki w wieży.
- Matko, co oni pili...?! – jęknęłam.
- Palinkę – oznajmił radośnie Profesor i machnął pustą butlą o pojemności 5 litrów, a następnie czknął. – Sie... sie... siedem... hep!... dziesiąt... hep!... pro-o-o-cent!
Odebrało nam mowę.
- Chodź, Roszpunko, westchnęła Tobołkowa. – Idziemy do wieży. Tylko mi się po drodze na schodach nie roszpunknij!

2 komentarze:

  1. Mnie te Twoje przygody BARDZO się podobają. Nie ma to jak Roszpunka! Palinki nie piłam i chyba już nie będę.
    Pa:)))
    P.S. Coś mi się wydaje, że moja rodzina miewa podobne.. aaaa nie. Przygodę przednią miała moja ciotka we Francji przy zwiedzaniu muzeum z jakiejś wojny. Chyba pierwszej. Obsługa przy monitorach miała ubaw po pachy!

    OdpowiedzUsuń